Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Prawo po afgańsku

27 czerwca 2018

Zachodnie firmy często tak konstruowały umowy, żeby oszukać Afgańczyków - mówi Tom Rosenstock, który prowadzi w Kabulu największą kancelarię prawną

Tomem Rosenstockiem

amerykański prawnik specjalizujący się w prawie gospodarczym, kieruje największą kancelarią zajmującą się prawem międzynarodowym w Kabulu

Afganistan po raz kolejny w swojej burzliwej historii staje na rozdrożu. Na początku kwietnia odbędą się wybory prezydenckie (urzędujący Hamid Karzaj w nich nie startuje), a pod koniec roku wycofa się większość albo nawet wszystkie wojska Zachodu (w tym także polskie). Gospodarka kuleje, bezrobocie jest olbrzymie (nikt nie wie dokładnie jakie), a ryzyko, że wkrótce znów wybuchnie wojna domowa, jest duże. Oto spojrzenie na ten kraj z perspektywy amerykańskiego prawnika, który od pięciu lat pracuje w Kabulu.

Ciężko prowadzi się kancelarię prawną w Afganistanie?

Jeśli spytasz Afgańczyka, ile ma kur, odpowie, że wszystkie są zdrowe. Jeśli ponowisz pytanie, stwierdzi, że znoszą mu 10 jajek tygodniowo. Gdy spytasz po raz trzeci, odpowie, że połowa z nich jest chora. To jest różnica między nami, ludźmi z Zachodu, a nimi: my cały czas coś liczymy, coś dodajemy, a dla nich nie ma znaczenia, ile mają kur, ale to, czy są zdrowe i czy znoszą wystarczająco dużo jajek, by zaspokoić potrzeby rodziny. Tu obowiązuje zupełnie inny sposób myślenia. Tak ma się rzecz i z prawem. Historycznie w Afganistanie bardzo rzadko obowiązywało prawo spisane. Nie ma tradycji sporządzania umów, prawnikom się nie ufa.

Jak tu trafiłeś?

To był 2008 r. Od ponad dwóch lat pracowałem dla kancelarii w Nowym Jorku. Znakomite doświadczenie, ale nie chciałem żyć tak kolejne 20 lat. Zwolniłem się w styczniu, by odpocząć, podróżowałem po Iranie i Azji Środkowej. Wtedy dostałem e-maila od kolegi, żebym wpadł do Afganistanu. Na początku pomyślałem, że to szalony pomysł, ale spotkałem w Uzbekistanie kilka osób, które opowiadały, że tam już nie jest aż tak niebezpiecznie.

Planowałeś zostanie przez tydzień.

Ósmego dnia nie chciało mi się wyjeżdżać z Kabulu. Następnego również. Powoli kończyły mi się pieniądze, więc zacząłem się rozglądać za pracą. Szukałem w mieście kancelarii, która zajmowałyby się prawem gospodarczym, ale nie było takiej.

Jak to?

W ostatnich latach wpadali tu zagraniczni prawnicy, ale robili to, co mieli do zrobienia, i szybko wyjeżdżali. Nikt na miejscu nie zajmował się na poważnie prawem gospodarczym. Postanowiłem wypełnić niszę. Nie wiedziałem, czy moja firma przetrwa, więc na początku nie inwestowałem: wynająłem laptopa za 75 dol. tygodniowo. Mieszkałem wówczas w hotelu, w którym zatrzymywali się obcokrajowcy; tak było przynajmniej do ostatniego zamachu na restaurację, w którym zginęło kilkadziesiąt osób. Chodziłem od stolika do stolika, przedstawiałem się, pytałem, czy mogę się przysiąść, i rozmawiałem.

Pierwsi klienci?

To bank, który prosił, bym przejrzał ich umowy, i afgańska firma budowlana, której amerykański zleceniodawca nie zapłacił. To przedsiębiorstwo wygrało półroczny kontrakt na utrzymanie drogi wart 3,6 mln dol. Umowa dobiegała końca, a ono dostało tylko 900 tys. dol. Przez półtora dnia sprawdzałem dokumenty: wynikało z nich, że pełna zapłata im się należała. Jak się później okazało, było to powszechne zachowanie wielu międzynarodowych firm, które tu były obecne.

Oszukiwali afgańskich partnerów?

Tak, a to ma fatalne skutki. Jeśli Amerykanie wydają 3 mln na zbudowanie drogi, to tak naprawdę nie chodzi o nią, ale o stworzenie miejsc pracy. O to, by ludzie tutaj mieli alternatywę dla biegania z karabinami. Napisałem więc do tej firmy pismo przedprocesowe, że są zobligowani zapłacić, i wkrótce przyszedł przelew na 1,5 mln dol. Mój klient był przekonany, że to z powodu mojego działania. Ja też mam taką nadzieję. Ale wciąż byli winni ok. 800 tys. dol. W USA przygotowanie pozwu jest kosztowne i o zbyt małe kwoty ludzie się po prostu nie sądzą. Myślę, że ta amerykańska firma myślała, że tak to się skończy. Ale afgański przedsiębiorca się zaparł i powiedział, że nie odpuści. Znaleźliśmy prawnika, który reprezentował nas w amerykańskim sądzie. I zapłacili kolejne pół miliona.

Potem Afgańczyk odpuścił?

Nie. Walczył o pozostałe 325 tys. dolarów w arbitrażu.

Amerykańskim czy afgańskim?

Wszelkie kontrakty podpisywane z miejscowymi firmami stanowią, że spory będą rozstrzygane przez amerykańskie sądy. To tak naprawdę nie daje Afgańczykom prawie żadnej szansy na dochodzenie praw, bo ich na to nie stać. W każdym razie ten afgański biznesmen w zwykłych okolicznościach nigdy by mnie nie zatrudnił, bo tutaj nie ma zwyczaju dochodzenia swoich praw w sądzie. Rezultat moich działań go zaskoczył i zupełnie zmienił jego postrzeganie tego, jak działają prawnicy.

Ciągle jesteśmy w 2008 r. Co działo się dalej?

Zajmowałem się negocjowaniem umów, bo o ile tradycja zawierania kontraktów między przedsiębiorcami jest tu długa, nikt się nigdy nie przejmował tym, by je spisywać. Ale okazało się, że Afgańczycy nie są gotowi płacić za tego typu usługi. Za to coraz częściej jako klienci trafiały do mnie międzynarodowe firmy, które oczekiwały pomocy przy rejestracji działalności i tutejszej obsłudze podatkowej.

Dlaczego?

Nie ma co ukrywać, że korupcja jest tu olbrzymia. Ale problem pojawia się, gdy przychodzi audyt. W Stanach obowiązuje prawo, które zabrania amerykańskim obywatelom i firmom płacenia łapówek także za granicą. Nawet jeśli zrobisz to w Afganistanie, będziesz z tego powodu ścigany w USA. Dla wielu z tych firm, szczególnie tych na kontraktach cost plus (podpisanych z rządem amerykańskim: niezależnie od kosztów wykonawca zarabia określoną prowizję), różnica w wydaniu 5 tys. dol. czy 20 tys. dol. jest mało istotna. Bardziej zależy im na tym, by nikt nie mógł im zarzucić złamania prawa, bo dopiero to może być bardzo kosztowne.

Na czym jeszcze skupia się wasza kancelaria?

Wynajmują nas również małe i średnie przedsiębiorstwa, które chcą, byśmy przygotowali im np. umowy o pracę. Niewielka część naszej działalności jest związana z sektorem rozwojowym, czyli działalnością Międzynarodowego Funduszu Walutowego czy ONZ.

Mówiłeś mi, że gdy przyjechałeś, Afgańczycy nie wierzyli w system prawny, w to, że on może być sprawiedliwy. Czy to się zmieniło?

Moi klienci to mała grupa ludzi. To kilkaset, może kilka tysięcy firm, które osiągnęły jakiś sukces. I nawet wśród nich odsetek tych, którzy naprawdę wierzą, że mogą dojść przed sądami sprawiedliwości, jest niewielki. Ale rośnie grupa tych, którzy uważają, że choć nie jest to rozwiązanie idealne, to może być przydatne. Problemem jest to, że nasze stawki są dla nich kosmiczne. Czasem, gdy spotykam klienta, żartuję, że moja propozycja jest taka: będziesz mi płacił za godzinę więcej niż wielu swoim ludziom przez miesiąc, pracuję w biurze i świadczę usługi również konkurencji. Dla Polaków czy Amerykanów to oczywiste, tutaj budzi zdziwienie.

Kiedy uznałeś, że twoja kancelaria się utrzyma?

Pod koniec 2009 r. byłem zapracowany, miałem wielu klientów. Nawet więcej, niż chciałem mieć. Chciałem tu ściągnąć mojego amerykańskiego kolegę, również prawnika, ale odmówił. Do pracy w takich miejscach trzeba mieć predyspozycje - tu jest kurz, bieda, a rzeczy załatwia się trudniej niż na Zachodzie. Czasem nie masz wody, czasem prądu, no i dochodzą kwestie bezpieczeństwa. Jeśli to ci nie przeszkadza, otwiera się przed tobą wiele perspektyw. Wtedy powiedziałem sobie, że moim nowym wyzwaniem będzie powiększenie firmy. Teraz zatrudniamy kilku afgańskich prawników, mam również kolegów z USA i Nowej Zelandii. Nie muszę już przebywać w Kabulu cały czas. Jednak sporą część roku tu jestem. Bo tu jest inaczej. Po pierwsze, klienci międzynarodowi mają poczucie, że będąc tutaj, dokonują poświęcenia, i chcą, byś to poświęcenie dzielił z nimi. Po drugie, z Afgańczykami trudno się dogaduje przez telefon lub e-maila.

A jak prowadzenie kancelarii w Kabulu wygląda finansowo?

Różnie, ale mieliśmy kilka tak tłustych lat, że zarabiałem więcej niż w Stanach. Teraz przed nami niepewna przyszłość. Nie wiadomo. co się zdarzy w ciągu najbliższych ośmiu miesięcy, czekają nas wybory oraz wycofywanie sił koalicji ISAF. Ten biznes prowadzę od ponad pięciu lat, jeśli będę musiał go zamknąć, zrobię to z pewnym żalem. Choć z drugiej strony - nie będę musiał aż tyle pracować.

@RY1@i02/2014/056/i02.2014.056.000001700.803.jpg@RY2@

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.