Guanxi, czyli państwo korupcji
Chińskich notabli kusi niewyczerpane bogactwo łapówkarskich możliwości. Mogą defraudować pieniądze z ekologicznych projektów Banku Światowego, mogą zarabiać na rabunkowej wyprzedaży ziemi
W 2003 r. Chińczycy podjęli się niemożliwego: zbudowania w ciągu niecałych 20 lat największej sieci kolei dużych prędkości. Choć określenie "niemożliwe" nie oddaje sprawiedliwości ich ambicjom. W pierwszych planach mówiono o 1200 km - to więcej niż długość wszystkich torów szybkich kolei na całym świecie. Kilka lat później, gdy Chiny uruchomiły program pobudzania gospodarki osłabionej kryzysem, długość sieci zwiększyła się do 1700 km. Ta kolejowa rewolucja wymagała nadludzkiego poświęcenia. - By dokonać wielkiego skoku, należy poświęcić pokolenie - te słowa wypowiedział minister kolejnictwa Liu Zhijun, ale równie dobrze można by je przypisać Mao Zedongowi.
Ten wielki projekt był też zaproszeniem do korupcji. Być może opinia publiczna nigdy nie poznałaby jej skali, gdyby nie nieszczęśliwy wypadek pociągu pod Wenzhou, w którym zginęło 40 osób, a 192 zostały ranne. Z początku Centralny Wydział Propagandy starał się tuszować sprawę. Doszło do tego, że zakopano szczątki rozbitego składu, bo robotnicy "potrzebowali twardego gruntu". Gdy skonsternowani dziennikarze pytali, o co tak naprawdę chodzi, rzecznik prasowy kolei odpowiedział: "Wierzcie lub nie, ja w to wierzę".
Ostatecznie wzburzenie Chińczyków było jednak tak wielkie, że sprawy nie dało się zakopać. Informacje, które wyszły na jaw w wyniku śledztwa, były szokujące. Brat Liu Zhijun, Liu Zhixiang, wówczas wysoki rangą urzędnik ministerstwa transportu, dorobił się fortuny na łapówkach. Gdy przyszło do aresztowania, okazało się, że mieszka wśród gnijących stert banknotów. Ale jego 40 mln juanów i tak wydawało się nędzne w porównaniu z prawie 2 mld juanów zgromadzonymi przez restauratorkę Ding Shumiao. Skąd tak wielkie pieniądze u właścicielki knajpki? Ding znała kogo trzeba w świecie urzędników i w świecie przedsiębiorców zajmujących się spedycją węgla. Dzięki koneksjom przypadła jej lukratywna rola pośredniczki, wykonawcy płacili jej, by szepnęła o nich dobre słowo w ministerstwie. Śledczy ustalili, że przekazała ministrowi Liu i jego współpracownikom 90 mld juanów w łapówkach w zamian za kontrakty o wartości 180 mld juanów.
A Liu? W śledztwie okazało się, że wartość przyjętych przez niego łapówek szła w dziesiątki milionów dolarów. Sprawie dodało pikanterii to, że utrzymywał aż 18 kochanek. Sąd ostatecznie skazał Liu na karę śmierci w zawieszeniu. Oznacza to, że jeśli w ciągu dwóch lat od wyroku w czasie swojego pobytu w więzieniu nie popełni żadnego przestępstwa i będzie zachowywał się wzorowo, to kara zostanie zamieniona na dożywocie.
Guanxi z karaoke
Afera kolejowa to nieodosobniony przypadek, bo współczesne Chiny to kraj przeżarty łapówkarstwem. W badaniach postrzegania korupcji sporządzanych przez organizację Transparency International ChRL mieści się na setnym miejscu na 174 sklasyfikowanych państw (im niższe miejsce, tym większa korupcja), tak samo jak w bliźniaczym przeglądzie Amnesty International.
- Cywilizacja chińska, tyczy się to nie tylko Republiki Ludowej, jest korupcjogenna - mówi prof. Bogdan Góralczyk z Centrum Europejskiego Uniwersytetu Warszawskiego. - Każdy, kto wie coś o Chinach, zna zwyczaj wręczania czerwonych kopert czy fakt, że bez podarunków właściwie nie da się tam niczego załatwić. Dlaczego? Na Zachodzie przykłada się dużą wagę do procedur i systemu prawnego. W cywilizacji chińskiej to nie instytucje są najważniejsze, tylko osobiste powiązania. Chińczycy nazywają je guanxi - dodaje. Guanxi tworzy się i wzmacnia za pomocą sieci wymian darów i przysług lub zwyczajnych spotkań. Stąd bierze się w Chinach nadzwyczajna popularność salonów karaoke, ulubionych miejsc spotkań biznesmenów, urzędników i polityków. W takich salonach przedsiębiorcy piją alkohol - libacje mają rytualny charakter, regulowany wyszukaną etykietą toastów i gier towarzyskich - flirtują z hostessami, bawią się przy muzyce. Ta najczęściej niewinna rozrywka służy zacieśnianiu więzi i wzmacnianiu sieci kontaktów. Budowanie guanxi ma jednak też korupcjogenny wymiar. W ciągu ostatnich kilkunastu lat to, że politycy i urzędnicy traktują przedsiębiorców jako patronów, stało się niemal oczywiste. Taki zamożny sponsor potrafi wręcz zarzucić polityka podarkami i kopertami z pieniędzmi.
Gdy Li Zhei, partyjny sekretarz z Hebei, wyjeżdżał na delegację do Stanów Zjednoczonych, w jego domu pojawił się znajomy biznesmen i zaproponował mu kieszonkowe: "Mam trochę niepotrzebnych dolarów". Wydane "ku przestrodze" wspomnienia Li, zatytułowane "U bram piekła", wywołały spore poruszenie opinii publicznej. Spowiedź skazanego za korupcję urzędnika była pełna podobnych anegdot. Przedsiębiorcy opłacali mu i jego rodzinie wyjazdy za granicę, czesne syna, a jego niżej postawieni koledzy z pracy kupowali mu tony prezentów, w tym viagrę, wizyty u wróżek i w salonach masażu. Niektórzy oferowali nawet swoje żony.
A chińskich notabli kusi niewyczerpane bogactwo korupcyjnych możliwości. Mogą defraudować pieniądze z ekologicznych projektów Banku Światowego, mogą też zarabiać na rabunkowej wyprzedaży ziemi. W całych Chinach obowiązuje prawo pozwalające miejskim władzom na przymusowy wykup gruntów w "interesie publicznym". Rekompensaty są dość niskie i ustalone na sztywno, ale i tak zdarza się, że w wyniku korupcji pieniądze nie docierają do właścicieli ziemi. Podobno między 1990 r. a 2002 r. w ten sposób wywłaszczono aż 66 mln rolników. Kolejna metoda polega na wykorzystywaniu furtek prawnych. Dla przykładu przedsiębiorstwa państwowe mogą wymieniać juany na dolary po kursie znacznie niższym od obowiązującego. Mechanizm działa następująco: państwowe przedsiębiorstwo składa podanie o kredyt w dolarach, potem te pieniądze trafiają na konto firmy zajmującej się importem, która przewalutuje je po zwyczajnym kursie. Zysk trafia na konto zainteresowanych, a ślady transakcji ukrywa się w stercie przelewów, transferów i finansowej magii.
Skorumpowani są nie tylko urzędnicy. Jeśli ktoś chce zdobyć prawo jazdy, musi nie tylko skończyć kurs, ale przekupić egzaminatora. Jeśli fabryka chce sprzedać towar, musi zapłacić osobie odpowiadającej za planowanie zakupów pewną część wartości dostawy. Czasem zamiast kopert wręcza się kosze pełne luksusowych towarów. Niektóre branże utrzymują się przy życiu wyłącznie dzięki korupcji, tak jest z luksusowymi restauracjami.
Te pojedyncze sprzeniewierzenia publicznych funduszy, łapówki i inne przejawy korupcji kumulują się jak niespłacone odsetki. Nie da się policzyć, jakie kwoty przeszły przez ręce nieuczciwych urzędników. Nawet ci na średnim szczeblu mogą jednak przywłaszczyć sobie fortunę o wartości kilkunastu milionów dolarów. Politolog Andrew Wedeman wyliczył, że między 1988 r. a 2000 r. liczba urzędników wysokiego szczebla skazywanych za korupcję wzrosła ponad dwudziestokrotnie. Wedeman oszacował też przeciętną łapówkę: w 1984 r. wystarczyło zaledwie 4 tys. juanów, w 1994 r., by przekupić urzędnika, należało wydać 50 tys. więcej, w 1998 r. kwota wzrosła do 140 tys., a w 2005 r. - do 272 tys. (od 2,5 tys. do ponad 160 tys. zł).
Tak rozbestwiona kleptokracja irytuje zwyczajnych Chińczyków, dla których ten model prowadzenia polityki i interesów oznacza same straty: przede wszystkim zamknięcie szans awansu i niebywały wzrost nierówności. - ChRL od 1992 r., kiedy to włączyła się w światową gospodarkę i zliberalizowała rynek, zaczęła się gwałtownie rozwarstwiać. Wartość współczynnika Giniego w nominalnie komunistycznych Chinach jest wyższa niż w Stanach Zjednoczonych. Nawet chińskie źródła podają, że zbliża się do poziomu 0,6, a przecież socjologowie mówią, że już wartość 0,4 jest niebezpieczna dla ładu społecznego - tłumaczy Góralczyk.
Komunistyczna Partia Chin dostrzega więc w tym największe zagrożenie dla stabilności kraju i własnych rządów. - Już czwarta generacja przywódców ChRL, rządząca w latach 2002-2012, z Hu Jintao i Wenem Jiabao na czele, wyszła z koncepcją harmonijnego społeczeństwa. Harmonizacji miały ulec też dochody różnych grup społecznych, ale program się nie powiódł, a nierówności rosły w takim stopniu, że nowy sekretarz generalny partii i przewodniczący ChRL Xi Jinping nie miał innego wyjścia, jak tylko rozpętać kampanię antykorupcyjną - mówi profesor Góralczyk. - Ale ta kampania jest bezprecedensowa, jej skala jest nieporównywalna z żadną podobną inicjatywą podejmowaną od początku okresu reform, czyli od 1978 r. Ba, to, co robi Xi, jest bezprecedensowe w całej historii ChRL-u, a to dlatego, że jedną z ofiar tej kampanii jest niejaki Zhou Yongkang - podkreśa.
Upadek cara
W latach 2007-2012, obok Wen Jiabao i Hu Jintao, Zhou był trzecią najpotężniejszą postacią w państwie. Ten syn chłopa od początku umiejętnie kierował swoją karierą, jej kolejne szczeble prowadziły go do najsilniejszych resortów i najbogatszych grup wpływu. Sieć Zhou sięga od przemysłu naftowego - w którym zaczynał jako skromny inżynier, a skończył jako dyrektor China National Petroleum Corporation, największego w kraju przedsiębiorstwa państwowego - do służb bezpieczeństwa. Dzięki potężnym protektorom, takim jak sekretarz generalny Jiang Zemin, Zhou został ministrem bezpieczeństwa publicznego, a następnie członkiem Stałego Komitetu Biura Politycznego partii i szefem potężnej Komisji do spraw Polityki i Ustawodawstwa. Zachodnia prasa okrzyknęła go carem służb bezpieczeństwa i słusznie, bo dysponował monarszym aparatem. Podlegało mu ok. 10 mln pracowników, a budżet wszystkich kontrolowanych przezeń instytucji - policji, prokuratury i jeszcze wielu innych - przekraczał 700 mld juanów. Zhou sprawował tę władzę żelazną ręką, pod jego rządami nasiliły się prześladowania opozycji, podziemnych organizacji chrześcijańskich i tybetańskich działaczy niepodległościowych. Wprowadzane przez niego regulacje prawne zaś prowadziły do ograniczenia swobód obywatelskich.
Rodzina Zhou - w Chinach to częsty przypadek, że na władzy politycznej patriarchy rodu zarabiają krewni - umiejętnie przekładała guanxi na juany. I tak teściowa starszego syna miała liczne udziały w rurociągach, a sam potomek nadzwyczaj często wygrywał kontrakty na wyposażenie pól naftowych i państwowych stacji benzynowych. Miał również udokumentowane kontakty ze światkiem kryminalnym, za łapówki pomógł wydostać z więzienia jednego z szefów mafii. Jakby tego było mało, dziennikarze "New York Timesa" ujawnili, że najbliższa rodzina Zhou miała udziały lub pakiety kontrolne w co najmniej 37 firmach rozsianych po całych Chinach, od salonów Audi do firm deweloperskich. Wartość tych akcji przekroczyła miliard juanów (ponad 600 mln zł).
Czy w tej sytuacji aresztowanie Zhou oraz śledztwo w sprawie jego żony, brata, szwagierki, synowej, właściwie całej naftowej familii powinno dziwić? Tak. Od 1981 roku, kiedy zakończył się proces osławionej "bandy czworga", której członkinią była m.in. Jiang Qing, żona Mao, żadnego z wysoko postawionych notabli nie spotkało nic podobnego. W partii obowiązywała niepisana zasada, że członkowie Stałego Komitetu Politbiura są nietykalni, była to cena powstrzymania wyczerpujących walk frakcyjnych zagrażających stabilności partii. Co takiego stało się, że w grudniu 2014 r. Zhou został wyrzucony z partii, a zaledwie tydzień temu - 3 kwietnia 2015 r. - oskarżony o łapownictwo, nadużywanie władzy, ujawnianie partyjnych i państwowych tajemnic (być może proces rozpocznie się już w maju). - Jedną z ważniejszych przyczyn aresztowania Zhou wcale nie była korupcja, lecz nietrafione decyzje polityczne. W oficjalnych dokumentach mowa o naruszeniu dyscypliny partyjnej - mówi mi Wenguang Huang, współautor książki "Uderzenie w czerń. Morderstwo, pieniądze i walka o władzę w Chinach".
Dla Wenguanga jest jasne, że aresztowanie Zhou to kolejny etap konsolidacji władzy w partii. Pierwszą odsłoną tego dramatu była sprawa osławionego mera Chongqingu Bo Xilaia, ozłoconego partyjnego "książęcia" - potomka pierwszej generacji przywódców partii - i jeszcze do niedawna murowanego kandydata do najwyższych stanowisk w państwie. Zhou widział w nim swojego następcę w Komisji do spraw Polityki i Ustawodawstwa. Tryumfalnemu zwieńczeniu nad wyraz udanej kariery przeszkodziła monstrualna afera, u początków której stało tajemnicze morderstwo Brytyjczyka Neila Heywooda, doradcy biznesowego i powiernika Bo, i jego żony Gu Kailai. Skandal, po wielu dramatycznych zwrotach akcji, zakończył się wyrokiem dożywocia dla Bo, który został uznany za winnego wszystkich stawianych mu zarzutów, w tym łapownictwa, nadużywania władzy, naruszenia dyscypliny partyjnej. Wyrok zapadł wcześniej niż w sądzie, właściwie sprawa była już rozstrzygnięta na początku 2012 r., kiedy Wen Jiabao publicznie zaatakował Bo Xilaia podczas konferencji prasowej. Już wtedy stało się jasne, że Stały Komitet Politbiura zadecydował o losie mera Chongqingu. Jak się okazało, Bo - mimo swojej niewątpliwej popularności wśród Chińczyków - miał w partii wrogów chcących powstrzymać jego awans do Stałego Komitetu Politbiura. Wśród nich byli Hu Jintao, Wen Jiabao i wciąż potężny, choć emerytowany Jiang Zemin. Choć dla każdego z nich stawka w grze o klęskę Bo była nieco inna, łączyła ich wspólna niechęć dla politycznego okrucieństwa tego polityka i jego otwartego flirtu z maoizmem, do którego nawiązywał choćby w inicjatywach, takich jak kampania zbiorowego śpiewania pieśni rewolucyjnych.
Bo miał jednak również silną i wpływową frakcję przyjaciół. Jest więc jasne, że wyeliminowanie go wywołało opór i napięcie wśród jego sojuszników - mówi Wenguang. Gdy przyjrzeć się najwyżej postawionym ofiarom antykorupcyjnej kampanii Xi Jingpinga, łatwo dostrzec, że wszyscy należeli do sieci Bo. Wśród nich znalazł się m.in. niedawno zmarły Xu Caihou, generał Chińskiej Armii Ludowo-Wyzwoleńczej i protegowany Jiang Zemina. Podczas przeszukania jego domu śledczy znaleźli tyle gotówki, że do jej wywiezienia potrzeba było aż dwunastu ciężarówek (chińskie banknoty mają dość niskie nominały). Innym nieszczęśnikiem był Ling Jihua, który choć miał status zaufanego człowieka byłego prezydenta Hu Jintao, był też uważany za człowieka Bo w Pekinie.
Czy jednak na pewno kampania antykorupcyjna Xi to tylko dogrywka sprawy Bo? - Zhou był związany z Bo Xilaiem, którego nawet otwarcie bronił. Upadek Zhou należy jednak traktować jako nowe rozdanie. Xi Jinpingowi chodzi o mocny sygnał dla służb mundurowych, też bardzo skorumpowanych, że nawet one nie mogą stać ponad prawem i wolą najwyższego - mówi prof. Góralczyk. Tę diagnozę dodatkowo potwierdza to, że w trakcie afery Bo Xi stał raczej z boku i wstrzymywał się od otwartego potępienia mera Chongqingu, na którego klęsce przecież bez wątpienia skorzystał. Obecnie też nie kieruje nim raczej niechęć do Bo, którego miał zwyczaj nazywać "trzecim bratem".
O co więc chodzi sekretarzowi generalnemu? - Kampania antykorupcyjna jest nie tyle walką o władzę, ile raczej grą o utrzymanie się KPCh u władzy. Gdyby nie ona, to społeczeństwo, coraz bardziej niezadowolone z łapówkarstwa oraz nadmiernego rozwarstwienia, mogłoby się zbuntować, więc nie obyłoby się bez rozlewu krwi - mówi prof. Góralczyk. Ale kampania wydaje się też jednym z elementów planu politycznego Xi, polegającego na zmonopolizowaniu władzy kosztem rządzącego Chinami kolektywu, czyli Stałego Komitetu Politbiura, najwyższej instytucji powołanej do życia przez Denga Xiaopinga. - Deng poprzez zaordynowanie rządów zbiorowego cesarza tak naprawdę chciał przywrócić Chinom merytokrację w sensie konfucjańskim - komentuje prof. Góralczyk. - Sam Deng był ofiarą rewolucji kulturalnej, ten sekretarz generalny partii w jej wyniku trafił na biedną chińską wieś, gdzie ludzie walczyli o to, żeby przeżyć. Gdy zbierał krowie łajno - najlepsze wtedy źródło opału - zastanawiał się, dlaczego Chiny są takie biedne, zrozumiał, że jednoosobowe rządy mogą prowadzić do niebywałych wypaczeń. To z tych czasów pochodzi jego pomysł na kolektywne kierownictwo, w którym jeden drugiemu może patrzeć na ręce. Dotychczas funkcjonowało to w miarę sprawnie, ale wygląda na to, że Xi Jinping chce sięgnąć do starszej tradycji cesarskiej. By to zrobić, musi jednak zwyciężyć w walce z korupcją i z przeciwnikami politycznymi.
Obecnie wygląda na to, że Xi zrealizuje swój plan. Kampania zatacza coraz szersze kręgi, ostatnio wszechwładna Centralna Komisja Kontroli Dyscyplinarnej skierowała czujny wzrok w stronę armii. - Niedawno ogłoszono nazwiska 16 generałów, którzy zostaną poddani śledztwu. Wśród nich jest nawet zastępca osoby odpowiedzialnej za chiński arsenał nuklearny. Partia podjęła też decyzję o dokładnym przebadaniu finansów wojska - informuje Wenguang. Bezkompromisowość kampanii przynosi też wymierne polityczne korzyści. Xi jest szalenie popularny wśród Chińczyków, poziom kultu, jaki go otacza, powoli staje się wręcz karykaturalny. Do restauracji, w której raz jadł bułeczki na parze, ustawiają się długie kolejki, a kandydaci na artystyczny wydział pekińskiej politechniki w ramach zadania egzaminacyjnego mieli namalować portret sekretarza generalnego partii.
Akcja rodzi reakcję
Pytanie brzmi, czy ten sukces nie obróci się przeciwko niemu. - Po pierwsze, zwykli urzędnicy stali się niezwykle nerwowi ze strachu, że mogą stać się kolejnym celem kampanii. Dla nich to nowa rewolucja kulturalna, bo działania antykorupcyjne Xi nie opierają się na prawie. Wewnętrzne śledztwo partii ma bowiem nad nim pierwszeństwo. Rezultat tego jest następujący: urzędnicy boją się nie tylko siebie nawzajem, ale także podejmowania decyzji i działania. To będzie miało bezpośredni wpływ na chińską gospodarkę, łatwo przewidzieć, że choćby dyrektorzy państwowych przedsiębiorstw będą na przykład wstrzymywać nowe projekty, by uniknąć większego zainteresowania służb. Po drugie gra na osłabienie Stałego Komitetu Politbiura grozi powrotem do chaotycznych walk o władzę z czasów przewodniczącego Mao - tłumaczy Wenguang.
- Teraz Xi Jinping ma jeszcze wszystko pod kontrolą, bo może wymieniać wrogów na swoich ludzi, czy w rządzie, czy w gospodarce, czy w armii, ale prędzej czy później jego zasoby kadrowe się skończą. A za tym przyjdzie izolacja i jeszcze więcej strachu w szeregach partii - zauważa Wenguang. - To z kolei szkodzi stabilności partii. Załóżmy, że ktoś będzie chciał obalić Xi. Nie ma ku temu innej drogi niż zamach stanu, dlatego Xi konsoliduje swoje wpływy w armii. Ten rodzaj sprawowania władzy jest wprawdzie efektywny, ale też niesprawiedliwy i bardzo niebezpieczny dla kraju.
A co z nominalnym celem kampanii, czyli skorumpowanymi urzędnikami partyjnymi wysokiego i niskiego szczebla, "tygrysami i muchami", jak nazwał ich Xi? - Teraz może są przerażeni, ale i tak będą robić swoje - twierdzi prof. Góralczyk. - W języku chińskim jest powiedzenie: shnag you zhengce, xia you duice, czyli: polityka na górze spotyka się z kontrdziałaniem na dole. Tak było zawsze w chińskiej cywilizacji. Dlaczego teraz miałoby być inaczej?
@RY1@i02/2015/069/i02.2015.069.000001800.802.jpg@RY2@
East News
Jakub Bożek
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu