Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

Dożywocie za mowę nienawiści

28 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 62 minuty

Wywieszenie na Legii transparentu z groźbami pod adresem m.in. Tomasza Lisa i Moniki Olejnik skończyło się zawiadomieniem do prokuratury. Pytanie, czy uda się skutecznie ukarać autorów sloganu? Na świecie walkę z hejtem wprowadzono na forum ONZ

Jeśli wierzysz w wolność słowa, to wierzysz w wolność głoszenia poglądów, które ci się nie podobają" - błysnął niegdyś bon motem guru amerykańskiej lewicy, Noam Chomsky. Czy rzeczywiście? Niegdyś radykalne poglądy, wyrażanej w urągającej humanizmowi formie, były domeną niszowych periodyków adresowanych do garstki czytelników. Dziś sąsiadują w sieci na równych prawach z dziełami filozofów i wyważonymi analizami. Problem dostrzegła nawet ONZ, ale kolejne szczyty zwoływane w tej sprawie sprowadzają się do przelewania z pustego w próżne.

- Czas wziąć sprawy w swoje ręce i pozbyć się tych bandziorów. Musimy działać! - zagrzewał słuchaczy podczas wiecu w listopadzie 1992 roku Leon Mugesera, dygnitarz rządzącej partii MRND, reprezentującej dominującą w Rwandzie grupę etniczną Hutu. - Popełniliśmy fatalny błąd w 1959 roku, pozwalając im się wymknąć! Ich miejsce jest w Etiopii i znajdziemy im skrót, którym szybko wrócą do siebie, wrzucając ich do rzeki Nyabarongo! - cytuje rwandyjskiego polityka doświadczony reporter "The New York Times" Stephen Kinzer w swojej książce "A Thousand Hills. Rwandas Rebirth And The Man Who Dreamed It".

Świadkowie twierdzą dziś, że Mugesera nie poprzestawał na nawiązaniu do pochodzenia rwandyjskiej mniejszości Tutsich i zamieszek na tle etnicznym, do jakich dochodziło w latach 1959-1961. - Każdy, komu nie zetniesz głowy, to ten, który zetnie twoją głowę - dowodził Mugesera, nazywając Tutsich "karaluchami". Dwa lata później kraj spłynął krwią: pod maczetami Hutu spadły głowy 800 tysięcy Tutsi. Philip Gourevitch - jeden z dziennikarzy, którzy niemal na gorąco relacjonowali ludobójstwo w sercu Afryki - napisał potem, że wiec w prefekturze Kabaya/Gisenyi miał kluczowe znaczenie dla nadchodzącej rzezi. "Mugesera był jednym z pierwszych, którzy wystąpili publicznie, mówiąc: Słuchajcie, popełniliśmy w przeszłości błąd, pozwalając Tutsim przeżyć. Teraz musimy się ich wreszcie pozbyć" - kwitował.

Gdy studniowe szaleństwo w Rwandzie dobiegło końca, a w pewnej chwili Tutsi odzyskali inicjatywę, Mugesera nie czekał na rozwój sytuacji. Najpierw schronił się w koszarach, a wkrótce potem opuścił kraj. Wyjechał do Kanady, gdzie nie tylko udało mu się uzyskać status uchodźcy, ale wręcz zaczął robić karierę akademicką: przez pewien czas wykładał na uniwersytecie Laval w Quebec City.

W Kraju Tysiąca Wzgórz jednak nie zapomniano o krewkim mówcy z Kabaya. Przez przeszło dekadę kolejni rwandyjscy sędziowie usiłowali doprowadzić do ekstradycji polityka. Początkowo bez powodzenia: nie ma całościowego zapisu wystąpienia Mugesery z 1992 r., świadkowie przypominają sobie jego wypowiedzi na wyrywki, sam "uchodźca" twierdzi, że unieszkodliwić chce go wieloletni prezydent Rwandy Paul Kagame. Mimo to w 2012 roku Mugesera został przekazany rodakom - albo "karaluchom", jak sam zapewne by powiedział. Po trzyletnim postępowaniu, w połowie kwietnia Mugesera został skazany na dożywocie.

To symboliczny wyrok. Mugesera mógł dać sygnał, ale po nim nienawistne komunikaty sączyły się niemal zewsząd: celował w nich tygodnik "Kangura", specjalizowały się stacje Radio Rwanda czy RTLM. Żaden z pracowników tych redakcji nie odpowiedział za rolę, jaką media te odegrały w przygotowywaniu gruntu pod nadchodzącą rzeź. Co więcej, niegdysiejszy partyjny lider z prefektury Kabaya niewiele mija się z prawdą co do metod prezydenta Kagame: od dekady krytycy rwandyjskiego przywódcy trafiają za kratki pod zarzutem... siania nienawiści na tle etnicznym.

ONZ na wojnie z Facebookiem

Dziś mowa nienawiści - jeśli wierzyć dygnitarzom ONZ i światowym liderom - ma się lepiej niż kiedykolwiek. - Jest propagowana w mediach i w internecie, dlatego tak ważny jest sojusz wszystkich cywilizacji, zmierzający do tego, by przede wszystkim nie łączyć mowy nienawiści z religią. Dziś takie właśnie połączenie stoi u podstaw skłonności do przemocy - tłumaczył podczas zorganizowanego pod koniec kwietnia 7. Globalnego Forum w Baku Jean-Paul Laborde, szef ONZ-owskiej Komisji ds. Kontrterroryzmu.

Szczyt w Baku był kolejnym spotkaniem Narodów Zjednoczonych poświęconym mowie nienawiści. O tym, że sprawa stała się poważna, może świadczyć choćby liczba uczestników: na spotkanie do Azerbejdżanu zjechało się przeszło dwa i pół tysiąca głów państw i urzędników z całego świata. A to zapewne dopiero początek - w grudniu ubiegłego roku Sojusz Cywilizacji Narodów Zjednoczonych zainicjował cykliczne sympozja poświęcone walce z propagandą nienawiści.

Problem w tym, że uczestnicy tych sympozjów i szczytów mogą dyskutować o sytuacji w Syrii czy w Afryce - i próbować rozwiązywać problemy poszczególnych krajów. Ale po raz pierwszy w historii mają do czynienia z zupełnie nowym przeciwnikiem: portalem Facebook. - Można tam bez większego kłopotu znaleźć zdjęcia i klipy produkowane przez grupy ekstremistyczne, od Państwa Islamskiego zaczynając - kwitowała kierująca ośrodkiem International Centre for Political Violence and Terrorism Research, Jolene Jerard. - Nie tylko propagują one swoje idee, ale też zachęcają do przemocy. Poprzez media społecznościowe radykałowie instruują, jak przeprowadzać ataki, jak podkładać bomby i konstruować takie urządzenia. To wyraźnie pokazuje trend do wzniecania przemocy i powinno się bezwzględnie położyć temu kres - dowodziła.

Wołanie na puszczy. Facebook ma przeszło półtora miliarda aktywnych użytkowników miesięcznie i próba jakiegokolwiek ograniczenia ich aktywności - poza bardzo konkretnymi, niebudzącymi większych wątpliwości przypadkami - właściwie nie wchodzi w grę. Co gorsza, według ONZ-owskich dyplomatów w ostatnich latach zmienił się też charakter komunikatów w mediach tradycyjnych - kanały przekazu informacji stały się kanałami wymiany opinii, coraz częściej radykalnych. - Widzimy strumień uciekinierów z Syrii, w przypadku którego media odgrywają bardzo negatywną rolę, prezentując tych ludzi jako zagrożenie dla pokoju i bezpieczeństwa, zagrożenie dla gospodarki. A przecież wszyscy wiemy, że to ofiary dyktatury - perorował w Banku Nassir Abdulaziz Al-Nasserk Katarczyk pełniący funkcję Wysokiego Przedstawiciela Sojuszu Cywilizacji ONZ.

ONZ chciałoby stworzyć własny młot na hejterów i sieciowych radykałów. Sprowadzałby się on do zaostrzenia przepisów wymierzonych w piewców nienawiści, tworzenia struktur mających przeciwdziałać rozprzestrzenianiu się radykalnych komunikatów i treści oraz wywarcia nacisku na media społecznościowe, by czujniej reagowały na poczynania swoich użytkowników. - Kiedy analizujemy przypadki mowy nienawiści, kiedy przyglądamy się profilom, dzięki którym ona się rozpowszechnia, widzimy, że zazwyczaj są to konta anonimowe, fałszywe. Więc usługodawcy w sieci powinni wdrożyć mechanizmy ściślejszej kontroli, by takie przypadki eliminować - mówi Kemal Ilter, ekspert amerykańskiego University of North Carolina. - Po drugie, najmłodszym użytkownikom takich mediów trzeba uświadamiać, jakie korzyści, ale i jakie szkody niesie ze sobą korzystanie z mediów społecznościowych - wylicza.

Szkopuł w mętnej granicy między mową nienawiści a wolnością słowa - jednej z fundamentalnych reguł, na których oparta jest cywilizacja Zachodu. Sprzeczność, której można się doszukać już u Chomskyego, wymyka się sztywnym regułom prawa.

Sułtan z traumą

Nikt nie miałby więcej do powiedzenia na ten temat niż jeden z uczestników szczytu w Baku: turecki prezydent Recep Tayyip Erdogan.

"Meczety są naszymi koszarami, ich kopuły naszymi hełmami, minarety - bagnetami, a wierni - żołnierzami" - tą parafrazą z wiersza pantureckiego aktywisty Ziyi Gökalpa popisał się niemal dwadzieścia lat temu Erdogan podczas wiecu Partii Dobrobytu - jednej z poprzedniczek dzisiejszej Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) - w położonym w odległym zakątku na wschodzie Turcji mieście Siirt. Wariacja na temat poematu Gökalpa kosztowała Erdogana stanowisko burmistrza Stambułu oraz wyrok dziesięciomiesięcznej odsiadki, wraz z wynikającym z niego zakazem sprawowania stanowisk politycznych.

Co prawda dzisiejszy turecki prezydent odsiedział zaledwie cztery z zasądzonych dziesięciu miesięcy - a także w 2002 r., niemal natychmiast po pierwszych wygranych przez AKP wyborach, zniósł art. 312 tureckiego kodeksu karnego, który posłużył za podstawę wyroku oraz stał na przeszkodzie w objęciu jakiegokolwiek państwowego stanowiska. Trauma jednak najwyraźniej pozostała: "sułtan" do dziś udowadnia, że frazy "wolność słowa" czy "mowa nienawiści" można twórczo reinterpretować. W ramach walki z nienawiścią, głównie adresowaną pod własnym adresem, Erdogan zaprowadza porządki w tureckich mediach: rysownik, który odważył się sportretować dzisiejszego prezydenta jako kota zaplątanego w kłębek nici, zapłacił liderowi AKP odszkodowanie rzędu 3500 dol.; nieprzychylny prezydentowi (wówczas premierowi) magazyn "Penduen" podbił stawkę - do równowartości 28 tys. dol. Rekord pobił turecki megakoncern medialny - Dogan Media, który po długim procesie (prawda, że w sprawie zaległych podatków) musiał wysupłać 2,5 mld dol. na odszkodowanie, co skutecznie podcięło mu skrzydła.

Mało tego, "sułtan Erdogan" ujawnia, że potrafi dosięgnąć też prześmiewców w innych krajach. 31 marca niemiecki satyryk Jan Böhmermann poszedł po bandzie: w swoim programie satyrycznym emitowanym przez stację ZDF - ledwie dwa tygodnie po tym, jak inna stacja wyemitowała złośliwą piosenkę na temat tureckiego lidera, Böhmermann błysnął własnym lirykiem. W rymowance Erdogan występuje jako "facet, który lubi bić dziewczyny", "pieprzyć kozy i uciskać mniejszości", "kopać Kurdów, bić chrześcijan" i, mało tego, "oglądać dziecięcą pornografię".

Jeszcze w pierwszych dniach po emisji władze w Berlinie stanęły w obronie satyryka - odwołując się do wolności słowa, usprawiedliwiającej nawet "agresywne" wystąpienie Böhmermanna. Ale po kilku dniach, pod presją Ankary, pękły - zwłaszcza że tureccy prawnicy odwołali się do art. 103 i 104 tureckiego kodeksu karnego, które penalizują "obrażanie organów i przedstawicieli innych państw". - W rezultacie rząd Niemiec zdecydował się otworzyć drogę do postępowania prokuratorskiego - oświadczyła w połowie kwietnia kanclerz Angela Merkel. - Co nie oznacza ani przedwczesnego osądzania w tej sprawie, ani decyzji co do granic wolności słowa, prasy czy opinii - umyła ręce.

Wróg narodu zawsze czujny

Cóż, ze względu na historyczne doświadczenia nad Renem panuje znacznie mniejsza tolerancja dla słownych wybryków. Można to tłumaczyć potęgą aparatu propagandowego III Rzeszy i efektami jego działań. - Według Goebbelsa kryterium tego, co dozwolone w propagandzie, nie stanowiła prawda, lecz skuteczność - pisze brytyjski historyk, niegdyś żołnierz AK, Stanley Newcourt-Nowodworski w swojej pracy "Czarna propaganda". - Goebbels twierdził, że "w propagandzie, podobnie jak w miłości, dopuszczalne jest wszystko, co przynosi zamierzony skutek" - dodaje. Począwszy zatem od filmowego paszkwilu "Żyd Süss" po mniej znane operacje: np. rozpowszechnianie publikacji dowodzących, że Wielką Brytanią rządzą Żydzi i komuniści, czy rozrzucanie przez Luftwaffe nad Holandią i Danią ulotek - rzekomo autorstwa aliantów - które zachęcały tamtejsze kobiety do "życzliwego" przywitania nadchodzących czarnoskórych żołnierzy sił alianckich.

Powojenne rozliczenia ledwo musnęły hitlerowski aparat propagandy. Owszem, Julius Streicher - założyciel i wydawca niesławnego czasopisma "Der Stürmer", które w 1935 roku miało nakład oscylujący w granicach 600 tysięcy egzemplarzy - ostatecznie wylądował na szubienicy. Ale chodziło w końcu o prominentnego weterana NSDAP, osobistego przyjaciela Hitlera, współodpowiedzialnego za ustawy norymberskie, noc kryształową czy zburzenie norymberskiej synagogi.

Za to już ludzie tacy, jak Hans Georg Fritzsche - dyrektor w nazistowskim ministerstwie propagandy, niepodejmujący bezpośrednich decyzji o ludzkim losie, a "jedynie" o zawartości i tonie informacji nadawanych przez niemieckie stacje radiowe - wyjechali z Norymbergi wolni, jeżeli w ogóle tam trafili. Rozliczenia opierały się na winie sprawców, propagandyści uchodzili za trybiki machiny.

Do czasu jednak. Im więcej było opracowań historycznych, pokazujących realną skalę hekatomby, jaką świat przeszedł w czasie II wojny światowej, a także fenomen nazizmu w Niemczech, tym większą uwagę zwracano na wpływ propagandy na fenomen nazizmu i jego wpływu na umysły rodaków Hitlera. W olbrzymim uproszczeniu, z czasem refleksje te przerodziły się w - tak krytykowaną przez obrońców pełnej wolności słowa - polityczną poprawność, bardziej modę niż doktrynę polityczną, niepozbawioną też wad.

A w konsekwencji także w przepisy, mające zwalczać mowę nienawiści, które zaczęły pojawiać się w europejskich kodeksach karnych mniej więcej od lat 80. W olbrzymiej większości państw Unii Europejskiej obowiązujące dziś regulacje penalizują zbyt radykalne wystąpienia - choć różnią się one detalami, m.in. definicją czy odniesieniami do Holokaustu. Z reguły są to rozmaite warianty reguły chroniącej mniejszości rasowe, religijne, etniczne, seksualne. W niektórych przypadkach w tym kontekście pojawiają się też osoby niepełnosprawne. Nad Renem przepisy są bardziej szczegółowe: np. Niemcy penalizują użycie słowa "robactwo" do opisu innych grup etnicznych. Inna sprawa, że przypadki realnego pociągnięcia do odpowiedzialności osób o skrajnych poglądach są niebywale rzadkie. Siedem lat temu Holendrzy próbowali postawić przed sądem populistycznego polityka Geerta Wildersa, co skończyło się oczyszczeniem z zarzutów. Nad Wisłą batalie prowadziły ugrupowania Redwatch oraz Antifa. Ci pierwsi formułowali listy "wrogów narodu", ci drudzy - "faszystów". Jednak gdy okazywało się, że materiały te były publikowane na amerykańskich serwerach - a USA umyły ręce - stawało się to wygodnym pretekstem do porzucenia sprawy.

Zwycięstwo wolności słowa? Czemu nie, tyle że okupione stałym wzrostem przestępstw na tle rasowym, etnicznym czy religijnym. Mowa tu nie o spektakularnych atakach terrorystycznych, ale codziennej drobnej przestępczości: napadach w metrze, zaczepkach na ulicy, podpaleniach budynków kultu, dewastacji cmentarzy. W ostatnich miesiącach fala niechęci dotknęła zarówno uchodźców - czy, jak kto woli, imigrantów - przybywających do Europy, jak i tych, którzy już dawno zapuścili tu korzenie. Niechęć do muzułmanów odbija się też na Żydach lub Hindusach, którzy na oko wpisują się w stereotypowy obraz egzotycznego muzułmanina. Bruksela dostrzega trend, zwołuje sympozja, proponuje ujednolicenie standardów w tej kwestii - co oznacza, że od realnych rozwiązań mogą nas dzielić lata. Pytanie, ile mamy czasu.

Sypiając z wściekłym psem

- Możesz być pełen uprzejmości i miłości, ale nie możesz spać z wściekłym psem - peroruje wiernym odziany w pomarańczowe szaty buddyjski mnich Ashin Wirathu. - Jeśli będziemy słabi, nasz kraj stanie się muzułmański - kwitował. Niemal dokładnie trzy lata temu jego oblicze ozdobiło okładkę amerykańskiego magazynu "Time", wraz z wybitym tłustą czcionką tytułem: "Twarz buddyjskiego terroru". Mnich - nazwany przez redaktorów tygodnika "Birmańskim bin Ladenem" - dzisiaj trzęsie swoją ojczyzną znacznie bardziej niż usuwający się w cień generałowie czy laureatka Pokojowego Nobla Aung San Suu Kyi.

- Wcześniej słyszałem plotki o tym, że świat arabski zdominował media - zareagował Ashin Wirathu na wspomnianą publikację. - Teraz przekonałem się o tym osobiście - dodawał. Przy innej okazji dorzucił, że birmańscy muzułmanie - grupa etniczna znana jako Rohingya - "są okrutni i dzicy, bo ekstremiści muzułmańscy pociągają wśród nich za sznurki, dostarczając im finansowej, wojskowej i technicznej potęgi". Inspirowane wystąpieniami mnicha pogromy Rohingya doprowadziły już do śmierci od kilkuset do kilku tysięcy osób, wywołały eksodus około stu tysięcy uchodźców z regionów zamieszkanych przez tę grupę etniczną, a drugie tyle straciło dach nad głową. Co więcej, wpływ Wirathu jest na tyle przemożny, że sama Aung San Suu Kyi poradziła rzekomo ambasadorowi USA w Birmie, by nie używał słowa "Rohingya", gdyż taki lud nie istnieje - rzekomi Rohingya to po prostu mieszkańcy pobliskiego Bangladeszu.

Nie lepiej jest na subkontynencie. - Populacja muzułmanów i chrześcijan rośnie dzień w dzień. By to powstrzymać, należy wprowadzić stan wyjątkowy. Muzułmanie i chrześcijanie powinni przechodzić przymusową sterylizację, aby ich liczba nie mogła dalej rosnąć - wypalił pod koniec ubiegłego roku Sadhvi Deva Thakur, wiceprzewodniczący nacjonalistycznej organizacji Akhil Bharatiya Hindu Mahasabha. Na drugim oddechu dorzucił, że w meczetach i kościołach powinny stanąć posągi hinduskich bóstw. Może nie byłoby wokół tej wypowiedzi tyle szumu, gdyby chodziło o jakiegoś marginalnego ekstremistę - tymczasem z ruchem Mahasabha związani są prominentni politycy, z obecnym szefem rządu w Indiach Narendrą Modim na czele.

Niewiele lepiej jest w innych krajach: w Ameryce Donald Trump sprowadził swoją kampanię w prawyborach do poziomu epitetów w stosunku do Meksykanów i muzułmanów. W Brazylii czy RPA napięcia międzyrasowe są na porządku dziennym. W Chinach regularnie co kilka lat wybuchają gwałtowne zamieszki antyjapońskie, z atakami na sklepy firm z Kraju Kwitnącej Wiśni i podpalaniem samochodów japońskich marek. Z kolei Japończycy dopiero w tym tygodniu przegłosowali ustawę o mowie nienawiści, która być może zatamuje nieco tradycyjną niechęć wobec mniejszości narodowych - w szczególności kilkusettysięcznej mniejszości pochodzenia koreańskiego.

Jest jednak kraj szczęśliwy. Tuż przed długim majowym weekendem rząd w Warszawie rozwiązał powołaną kilka lat temu Radę ds. Przeciwdziałania Dyskryminacji Rasowej, Ksenofobii i związanej z nimi Nietolerancji. Uzasadnienie? "Funkcjonowanie Rady jest niecelowe" - napisała we wniosku o likwidację Rady minister cyfryzacji Anna Streżyńska. Słusznie, wystarczy wejść na Facebooka, żeby przekonać się, że nad Wisłą panuje harmonia, wzajemna uprzejmość i sielankowa niemalże atmosfera, a kibice witają cudzoziemców napojami gazowanymi i serdecznym uściskiem.

@RY1@i02/2016/092/i02.2016.092.00000240a.802.jpg@RY2@

MARCIN SZYMCZYK/FOTOPYK/NEWSPIX

Mariusz Janik

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.