Czarne życie ma znaczenie
Pospolite ruszenie ery Baracka Obamy weszło w nową fazę. W najbliższych latach przebudzonych społecznie i kulturowo Afroamerykanów pod rządami Donalda Trumpa czeka wielki test
Wraz z elekcją pierwszego czarnego prezydenta w 2008 r. do zbiorowej świadomości powrócił utopijny sen Martina Luthera Kinga o wolnym od uprzedzeń rasowych społeczeństwie. Fala życzeniowego entuzjazmu szybko rozbiła się jednak o mur kilkusetletnich podziałów i toksycznych przyzwyczajeń. Jeszcze przed drugą kadencją Obamy stało się jasne, że charyzmatyczny lider mimo wszystko nie jest cudotwórcą, a klasyczny protest song Marvina Gaye’a "Mercy, Mercy Me" o "zbyt wielu płaczących matkach i zbyt wielu umierających braciach" pozostaje przygnębiająco aktualny.
#BlackLivesMatter
Skalę problemu uzmysławia wydany właśnie w Polsce wybitny reportaż Jill Leovy "Wszyscy wiedzą. O zabójstwach czarnych w Ameryce". Książka stanowi owoc ponad dziesięcioletniego śledztwa i w formie quasi-kryminału rzetelnie dokumentuje pełne spektrum przemocy. Autorka odchodzi od tendencyjnych narracji obecnych tak w białych, jak i czarnych mediach. Oddaje sprawiedliwość marginalizowanej biedocie i uczciwym policjantom, lecz jednocześnie zwraca uwagę na patologie aparatu państwowego, w tym zjawisko spychologii wyrażające się zatrważającą ilością nierozwiązanych spraw wynikającą m.in. z szokująco powszechnego przekonania, że "czarne życie się nie liczy". Leovy nie popada przy tym w nihilizm - zauważa nieznaczny, acz systematyczny spadek liczby morderstw.
Ziarno nadziei zostało zatem zasiane i z niego właśnie latem 2013 r. wykiełkował ruch Black Lives Matter. Narodził się tam, gdzie wiele współczesnych idei - w mediach społecznościowych, jako hashtag w geście sprzeciwu wobec skandalicznego uniewinnienia George’a Zimmermana, białego policjanta oskarżonego o zastrzelenie nieuzbrojonego i nieagresywnego czarnego nastolatka Trayvona Martina.
Rok później, po demonstracjach w Ferguson i Nowym Jorku, gdzie z rąk stróżów prawa śmierć ponieśli kolejni Afroamerykanie - Michael Brown i Eric Garner - Black Lives Matter była już prężnie rozwijającą się organizacją. Mimo to do dziś nie posiada scentralizowanej struktury ani formalnej hierarchii. Młodzi aktywiści odżegnują się od autorytarnego modelu przywództwa, ale nie tylko to odróżnia Black Lives Matter od tradycyjnych czarnych ruchów społecznych. Stowarzyszenie kojarzone najczęściej z atrakcyjnymi medialnie marszami przeciw brutalności policji ma w statucie także m.in. ochronę czarnych kobiet, osób homo- i transseksualnych, niepełnosprawnych, bezdomnych. Słowem, wszystkich grup, które dotąd były marginalizowane nawet w obrębie czarnych ruchów wolnościowych.
Nieoficjalne przywództwo w Black Lives Matter dzierżą trzy założycielki: Alicia Garza, Patrisse Cullors i Opal Tometi, spośród których dwie pierwsze identyfikują się w dodatku z ruchem LGBTQ. Jednym z czołowych aktywistów pozostaje DeRay Mckesson, otwarty gej. To bezsprzecznie nowa jakość w silnie zmaskulinizowanym środowisku Afroamerykanów. Marcia Chatelain, profesorka historii z Uniwersytetu Georgetown, wymienia "wiodącą rolę młodych queerowych kobiet" jako kluczowy element budowania nowej czarnej świadomości. "Mamy wielu liderów - podkreślała Alicia Garza w jednym z wywiadów - tyle że niekoniecznie tam, gdzie ich szukacie. Jeżeli rozglądacie się za czarnymi pastorami w podeszłym wieku, to u nas ich nie znajdziecie".
Rzeczywiście, większość działaczy Black Lives Matter to dwudziestolatkowie, najstarsi nie przekraczają czterdziestki. Nowe pokolenie względnie szanuje zaangażowane kazania Jessego Jacksona i dobroczynne bankiety Harry’ego Belafonte’a, ale zarazem uważa je za pieśni przeszłości. Młodzi wolą działać w swoich naturalnych środowiskach: na ulicy oraz w internecie. Wolą tweetować niż przemawiać - 140 znaków w zupełności im wystarcza, by się zmobilizować. Wydarzenie ogłoszone na Facebooku wystarcza, by skrzyknąć duży protest uliczny w kilka minut. Czyny, nie słowa; doraźna pomoc, nie konferencje prasowe; oddolne inicjatywy, nie łzy wylewane w telewizji śniadaniowej.
Doktor Harvey Young, kulturoznawca z Uniwersytetu Northwestern, w rozmowie z DGP wskazuje nowe media, technologie i kanały komunikacji jako główne czynniki emancypacji kulturowej Afroamerykanów. - Podejrzewam, że wpływ nowej fali wynika bezpośrednio z relatywnej łatwości, z jaką zarówno aktywiści, jak i artyści mogą dotrzeć do swoich odbiorców. Wielcy inwestorzy nie są już potrzebni, by wyprodukować filmy pokroju "Moonlight" czy "Get Out", by Chance the Rapper mógł, kiedy tylko chce, podzielić się z fanami przez streaming nową muzyką, by działacze Black Lives Matter błyskawicznie dystrybuowali swoje treści - mówi.
Zupełnie nowe spojrzenie
Znamienne, że najbardziej wpływowi artyści to najczęściej rówieśnicy aktywistów. Garza, która jako pierwsza użyła hashtaga #BlackLivesMatter, urodziła się w tym samym roku co Beyoncé, której wizualny album "Lemonade" okazał się jednym z najważniejszych muzycznych wydarzeń ubiegłego roku. W niezwykle sugestywnym filmie, który towarzyszył premierze płyty, matki zastrzelonych przez policję chłopaków pokazują do kamery fotografie synów. W kontrowersyjnym klipie do singla "Formation" wokalistka zatapia radiowóz i prezentuje graffiti z bezceremonialnym przekazem: "Nie zabijajcie nas".
Album Beyoncé wpisuje się zarazem w rosnący w siłę nurt afrocentrycznego feminizmu, który przyniósł nam w ostatnim czasie znakomite nagrania Alicii Keys, Jamili Woods, Esperanzy Spalding czy wreszcie Solange, młodszej siostry Beyoncé. Co istotne, nurt wykracza daleko poza niszę muzyczną, obejmując także literaturę (głośny esej "We Should All Be Feminists" i powieść "Americanah" Chimamandy Ngozi Adichie, wspomnienia "Negroland" krytyczki teatralnej Margo Jefferson) czy popularne seriale. "Skandal", "Imperium", "Being Mary Jane" opowiadają o czarnych kobietach sukcesu. Rewelacyjne "Niepewne" Issy Rae przełamują monopol na białe narracje telewizyjne o "seksie w wielkim mieście". W wielu aspektach przypominają też kobiece odbicie lustrzane nagrodzonej dwoma Złotymi Globami "Atlanty" Donalda Glovera, innej odcinkowej opowieści o wielkomiejskich Afroamerykanach przed trzydziestką.
We wszystkich wymienionych serialach niejako siłą rzeczy pojawiają się tematy brutalności policji, zinstytucjonalizowanego rasizmu, utrudniających życie stereotypów. To nic innego jak chleb powszedni Afroamerykanów, nie wyłączając tych wykształconych, uprzywilejowanych, z dobrych domów.
I tak jak czarni Amerykanie dzielą doświadczenia bez względu na status społeczny czy genderowy, tak też nową falę afroamerykańskiej kultury oplata gęsta sieć wzajemnych powiązań. W jednym z odcinków emitowanego na polskim kanale Fox Comedy sitcomu "Czarno to widzę" o rodzinie z przedmieść, ojciec rozprawia o Black Lives Matter, dziadek wspomina Malcolma X i Jamesa Baldwina, zaś syn dzierży pod pachą egzemplarz głośnej książki "Between the World and Me" Ta-Nehisiego Coatesa. Wyróżniony przed dwoma laty National Book Award bestseller pożycza strukturę ze słynnego eseju Baldwina zamieszczonego w zbiorze "Następnym razem pożar" z 1963 r. Legendarny pisarz afroamerykański opisywał tam swoje doświadczenia w Harlemie w formie listu do siostrzeńca. Ta-Nehisi Coates, potomek działacza Czarnych Panter, uznany prozaik i scenarzysta, ubiera "Between the World and Me" w formę emocjonalnego listu do nastoletniego syna, snując refleksje nad rasą jako konstruktem społecznym, determinującym egzystencję kolejnych pokoleń Afroamerykanów.
Sam Baldwin również przeżywa ostatnio renesans popularności, m.in. za sprawą filmu Raoula Pecka "I Am Not Your Negro", jednego z czterech dokumentów podpisanych przez czarnych reżyserów, a nominowanych w tym roku do Oscarów (w Polsce film zostanie pokazany w ramach majowego festiwalu Docs Against Gravity). To kolejny element większej układanki. Ubiegłoroczna akcja #OscarsSoWhite, piętnująca lekceważący stosunek Akademii Filmowej do dokonań mniejszości etnicznych - przy jednoczesnych zachwytach światowej krytyki nad czarnymi nowofalowcami - przyniosła zamierzony skutek. Podczas 89. ceremonii rozdania Oscarów padło kilkanaście afrorekordów, a za film roku uznano emancypacyjny "Moonlight" ledwie 38-letniego Barry’ego Jenkinsa, intymną historię młodego geja z getta.
Czarny ekran
Historyczny triumf "Moonlight" nastąpił już w pierwszych tygodniach panowania Trumpa, niemniej film pozostaje produktem ery Obamy i symbolicznie podsumowuje okres rządów, za których nastąpił wyraźny progres zarówno w afroamerykańskim kinie artystycznym, jak i masowym. Hollywood epoki Obamy zostawia po sobie cały nurt rozliczeniowy (na czele z nagrodzonym Oscarem "Zniewolonym" Steve’a McQueena), pierwszą czarną księżniczkę Disneya ("Księżniczka i żaba") oraz pokaźną armię herosów zmieniających status quo, jak Django, Luke Cage, rewolwerowiec Denzela Washingtona w nowej wersji "Siedmiu wspaniałych" czy syn Apolla Creeda przejmujący rękawice od Rocky’ego Balboy. Oni wszyscy też poniekąd działali w służbie Black Lives Matter.
Nadejście nowych-starych czasów, ery Donalda Trumpa utożsamianego z białą supremacją, symbolizuje natomiast wchodzący w kwietniu na polskie ekrany "Get Out" Jordana Peele’a, najbardziej dochodowy i jeden z najlepiej ocenianych debiutów w dziejach kina, satyryczny horror opowiadający - o ironio! - o przejmowaniu czarnych tożsamości przez białych.
- Zdumiewający sukces "Get Out" zdaje się sprzężony z aktualnym momentem politycznym, podobnie jak chwilę wcześniej "Lemonade" Beyoncé, "Between the World and Me" Coatesa czy przełomowe nagrania Kendricka Lamara - zauważa Harvey Young. - Aktywizm wokół Black Lives Matter rzeczywiście może tłumaczyć nową falę afroamerykańskiej ekspresji kulturowej. W pewnym sensie mamy tu sytuację analogiczną do Black Arts Movement z późnych lat 60. i wczesnych 70., który też został zainspirowany aktywizmem społecznym poprzedniej dekady - dodaje.
Afroamerykański krytyk filmowy Odie Henderson postrzega to zgoła inaczej. - Jakkolwiek elekcja prezydenta Obamy i ruch Black Lives Matter z pewnością podziałały inspirująco na czarnych filmowców, tak nie dostrzegam korelacji między każdym świeżym sukcesem kina afroamerykańskiego. Black Lives Matter jest częścią narracji filmów takich jak "13. poprawka" Avy DuVernay czy "I Am Not Your Negro" Raoula Pecka, ale nawet gdyby ten ruch nie istniał, te filmy znajdowałyby swoją publiczność. Napięte relacje między czarnymi obywatelami a policją wciąż byłyby obecne. Mikroagresje zobrazowane w "Get Out" Jordana Peele’a byłyby obecne nawet bez prezydentury Obamy - tłumaczy w rozmowie z DGP. Krytyk zaznacza, że Peele pracował nad swoim filmem ponad dekadę, pierwsze przymiarki do realizacji nominowanego do Oscara w tym roku "Fences" były robione już w latach 90., za prezydentury Busha. "Nowa fala" kina afroamerykańskiego nie pojawiła się w ciągu jednej nocy po inauguracji Obamy. - Ta "fala" pojawia się cyklicznie co 20 lat, proszę spojrzeć na Black New Wave we wczesnych latach 90. oraz na nurt blaxploitation w latach 70. Krytycy doceniali te filmy i znajdowały one widzów, przeważnie pocztą pantoflową, bo wytwórnie nie były specjalnie zainteresowane ich promocją - opowiada Henderson.
Dziś sytuacja nieco się zmieniła, więcej filmów ma rozbudowaną promocję, "Ukryte działania", również nominowane do kilku Oscarów, miały imponującą kampanię. Henderson daleki jest jednak od optymizmu: - Bądźmy szczerzy - te wszystkie nowe filmy afroamerykańskie wciąż są robione za małe pieniądze, przynajmniej według hollywoodzkich standardów. Wciąż też najczęstszym narzędziem promocji czarnych filmów jest oddolne przekazywanie sobie informacji z ust do ust, o co oczywiście dużo łatwiej w dobie mediów społecznościowych. Publiczność, szczególnie kolorowa, gorąco pragnie swoich historii, ale pragnęła ich od dekad, więc nie ma tu żadnej niespodzianki - wyjaśnia krytyk.
Henderson ma oczywiście sporo racji, niemniej abstrahując już od kinematografii, trudno nie traktować siły oddziaływania Black Lives Matter w kategoriach niespodzianki. Ruch obywatelski, który zaczął się od zwykłego internetowgo hashtaga, ma dziś zwolenników pod każdą szerokością geografczną.
@RY1@i02/2017/069/i02.2017.069.000002600.801.jpg@RY2@
fot. Matt Sayles/Invision/AP
Beyoncé i Kendrick Lamar w czasie koncertu w Los Angeles, 2016 r.
Piotr Dobry
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu