Panika i lęk u demokratów
Partia Demokratyczna wrze. Po katastrofalnej dla Bidena debacie część ugrupowania stoi za nim murem, ale nie brak wpływowych głosów, by wybrać innego kandydata
Wcale nie zdarza się w USA często tak, że prezydencka debata wywraca do góry nogami dotychczasowy porządek kampanii. Tak jednak stało się w tym roku. Na nic zdały się tygodniowe przygotowania w rezydencji w Camp David, walczący o drugą kadencję Joe Biden wypadł w telewizyjnym starciu z Donaldem Trumpem katastrofalnie. Gubił i mylił słowa i wątki, mówił cicho i niewyraźnie, słowem wyglądał dokładnie tak jak w spotach Partii Republikańskiej, w których przedstawia się go jako osobę niedołężną, fizycznie i mentalnie niezdolną do sprawowania najważniejszego urzędu w kraju. Biały Dom słabszą dyspozycję tłumaczył po debacie przeziębieniem 81-latka, ale trudno zweryfikować, czy te doniesienia są prawdą.
– Nie chodzę tak sprawnie jak kiedyś, nie mówię tak płynnie jak kiedyś, nie debatuję tak dobrze jak kiedyś. Ale wiem, jak mówić prawdę. Nie ubiegałbym się ponownie o stanowisko prezydenta, gdybym nie wierzył z całego serca, że mogę wykonywać tę pracę – tłumaczył dzień później swój gorszy występ na wiecu w Raleigh Biden. Otoczony swoim sympatykami, czytając z promptera, wyglądał znacznie lepiej. Mówił zrozumiale, sprawiał wrażenie żywotnego i zdeterminowanego, podobnie jak na marcowym orędziu o stanie państwa wygłoszonym w Kongresie. To wszystko jednak za późno i za mało, by wymazać plamę z debaty, obejrzanej przez ponad 50 mln Amerykanów. Temat zdrowia i wątpliwej witalności prezydenta staje się najważniejszym w kampanii, co przyprawia o wielką radość republikańskich sztabowców.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.