Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Zamówienia publiczne

Błędów nie można naprawiać urzędniczymi interpretacjami

Ten tekst przeczytasz w 2 minuty

Nie mam wątpliwości: to fatalne rozwiązanie. Co trzy głowy to nie jedna. Taka zmiana niesie ze sobą więcej zagrożeń niż korzyści.

Takich jak choćby ryzyko wydania złego rozstrzygnięcia. Dziś do KIO nikt nie idzie ze sprawą błahą. Problemy z interpretacją przepisów mają nawet najwybitniejsi eksperci, więc współczuję jednoosobowo orzekającym członkom KIO.

Ciężaru odpowiedzialności. Konieczności podejmowania trudnych decyzji. Także tego, że w pojedynkę muszą stawiać czoło sprytnym i doświadczonym pełnomocnikom stron.

Żałuję, że jest, jak jest. To niedobry sygnał dla rynku. Było do przewidzenia, że przy jednoosobowym orzekaniu taka sytuacja może mieć miejsce. To właśnie KIO poprzez jednolite orzecznictwo miała wskazywać urzędnikom i przedsiębiorcom właściwy sposób rozumienia oraz stosowania przepisów. Z kolei drogą do wypracowania spójnej linii orzeczniczej jest dyskusja i ucieranie się poglądów poszczególnych członków Izby.

Nie ma mowy o ingerencji, przecież wszystko powinno się odbywać w ramach KIO, bez udziału kogokolwiek z zewnątrz, wyłącznie na podstawie analizy spraw trafiających na wokandę. Oczywiście nie chodzi o ustalanie linii obowiązującej, ale o wzajemną pomoc przy rozwiązywaniu trudnych problemów przy założeniu, że każdy ma prawo zostać przy swoim zdaniu. Bardzo do tego członków KIO, po ich powołaniu, namawiałem.

Nie wiem. Wiem natomiast, że taka sytuacja nie powinna mieć miejsca. To stawianie zamawiających i wykonawców przed dylematem, co ważniejsze: święta Bożego Narodzenia czy Wielkanoc. Nigdy nie podobało mi się, że interpretacją prawa zajmują się urzędnicy z UZP. To powinna być domena KIO. Urzędnicze interpretacje stają się szczególnie niebezpieczne - usiłują naprawiać błędy legislacyjne.

Nie rozumiem tej decyzji. Nie przekonał mnie żaden z argumentów.

Protest miał głęboki sens jako instrument procedury naprawczej, która była w rękach zamawiającego. Dziś nic go nie zastępuje. Mamy tylko jakieś namiastki. Natomiast argument przyspieszenia procedur jest jak wytrych. Przy kolejnych nowelizacjach usprawiedliwia się nim nawet najbardziej dziwne pomysły.

Fakt organizacji mistrzostw jest nam znany od kilku lat. Nie może być to ciągle argument do chodzenia na skróty, np. udzielania zamówienia z wolnej ręki na budowę stadionu we Wrocławiu. Nie chcę oponować przeciwko samej zasadzie przyspieszania postępowania. Ale są pewne granice, po przekroczeniu których nawet najbardziej szlachetna idea staje się niebezpieczna. Po ostatnich zmianach prawa zamówień publicznych zbliżamy się do tych granic.

Przyspieszenie nie może się odbywać kosztem interesu przedsiębiorców, kosztem względnej równowagi sił w systemie zamówień, a w efekcie - kosztem interesu państwa. Jest oczywiste, że zamawiający zawsze będzie stroną dominującą, ponieważ to on ma kasę. System prawny nie może więc tej pozycji jeszcze dodatkowo wzmacniać. Poza tym osłabienie pozycji wykonawcy nie zawsze wzmacnia pozycję zamawiającego, często zysk z takiej operacji jest pozorny, a straty ponoszą wszyscy.

To złe rozwiązania, uderzające głównie w małych i średnich przedsiębiorców. Drogą do rozwiązywania problemów z odwołaniami jest konsolidacja procedur, a nie piętrzenie barier i zakazów oraz wyłączanie kolejnych przesłanek składania odwołań. Nie rozumiem np., dlaczego przy mniejszych zamówieniach o wartości poniżej progów unijnych można złożyć odwołanie na sposób oceny warunków w przetargu, natomiast na same warunki już nie.

@RY1@i02/2010/149/i02.2010.149.183.0009.001.jpg@RY2@

Fot. Wojciech Górski

Tomasz Czajkowski

były prezes Urzędu Zamówień Publicznych

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.