Wszystko w rękach organizatorów przetargów
Uchwalona pod koniec lipca przez Sejm i przyjęta w ubiegłym tygodniu bez większych poprawek przez Senat nowelizacja przepisów o zamówieniach publicznych ma skończyć z dyktatem najniższej ceny w przetargach. To dobra wiadomość dla przedsiębiorców. Jest szansa na to, że skończy się bezsensowna rzeź cenowa, która tak naprawdę nikomu nie służy. Ani firmom, które balansują na krawędzi opłacalności, co niestety nierzadko kończy się zrywaniem kontraktu, bo inaczej musiałyby do niego dopłacać. Ani zamawiającym, którzy co prawda płacili mniej, ale dostawali marne jakościowo rzeczy.
Zgodnie ze znowelizowaną ustawą - Prawo zamówień publicznych, poza standardowymi zakupami, cena nie będzie już mogła być jedynym kryterium. Zamawiający będzie musiał ustalać dodatkowe. Tak samo jak w Niemczech, gdzie od końca XIX w. zakazane jest wybieranie ofert wyłącznie w oparciu o najniższą cenę. Regułę tę wprowadzono po tym, jak w okolicach Freiburga zawalił się dopiero co wybudowany most. Okazało się wówczas, że wykonawca zaproponował zaniżoną cenę, a potem oszczędzał na materiałach.
W Polsce, gdzie aż 92 proc. zamówień udziela się wyłącznie na podstawie kryterium cenowego, zmiana ta będzie bez mała rewolucyjna. Czy przepis ten okaże się skuteczny? To już będzie zależało od urzędników odpowiedzialnych za przetargi. Oczywiście część z nich pójdzie po linii najmniejszego oporu i doda do ceny nic nieznaczące kryteria, tylko po to, by spełnić ustawowy obowiązek. Albo też przypisze im tak niewielką wagę, że w praktyce nadal cena będzie decydować o wszystkim. Z pewnością znajdą się specyfikacje, w których cena będzie stanowić 95 proc. wagi.
Jest jednak nadzieja, że przynajmniej część urzędników przymuszona nowymi przepisami zacznie zastanawiać się, jakie kryteria dobrać, aby uzyskać najlepszy efekt. Być może termin gwarancji, może koszty eksploatacji, a może aspekty ekologiczne czy prospołeczne? Możliwości jest wiele, trzeba tylko zastanowić się, na czym tak naprawdę nam zależy.
Krytycy nowej regulacji wieszczą, że druga grupa zamawiających będzie stanowiła mniejszość, że dominować będzie stare podejście. Nawet jeśli mają rację, to i tak moim zdaniem warto było uchwalić te zmiany. Za dużo ważniejsze od zmuszania niechętnych uważam bowiem zachęcenie tych, którzy chcieliby spróbować innego podejścia, ale się boją. Strach ten jest zresztą jak najbardziej uzasadniony. Kontroler, który widzi, że wybrano droższą ofertę - od razu nabiera podejrzeń, że coś musi być nie tak. Bo dlaczego wydano więcej, skoro można było wydać mniej? A ty się później człowieku tłumacz. Teraz będzie na odwrót. Tłumaczyć mają się ci, co nie zastosowali dodatkowych kryteriów.
Tłumaczenia natomiast nie będzie wymagało zignorowanie możliwości, jaką daje inny nowy przepis. Zgodnie z nim w przetargach, w których jest to uzasadnione, zamawiający może wymagać, aby pracownicy realizujący zamówienie byli zatrudnieni przez przedsiębiorcę na etat. To tylko możliwość, z której urzędnicy mogą, ale nie muszą korzystać. Uważam jednak, że ci, którzy tego nie zrobią postąpią nieetycznie. Bo za nieetyczne uważam zmuszanie firm do zatrudniania na umowy śmieciowe. A z tym właśnie mamy do czynienia, gdy zamawiający nie stawia takiego wymogu, a jednocześnie wybiera ofertę na podstawie wyłącznie kryterium cenowego. Przedsiębiorca, który chce zdobyć takie zlecenie, nie ma wyjścia i musi zatrudniać na umowy zlecenia. Tylko unikając kosztów związanych z ubezpieczeniami społecznymi jest bowiem w stanie zaproponować wymaganą przez zamawiających jak najniższą cenę. Ci, którzy dbają o pracowników, nie mają w tej rywalizacji żadnych szans.
@RY1@i02/2014/155/i02.2014.155.21500020a.802.jpg@RY2@
Sławomir Wikariak dziennikarz Dziennika Gazety Prawnej
Sławomir Wikariak
dziennikarz Dziennika Gazety Prawnej
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu