Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Samorząd terytorialny i finanse

Komisja śledcza bada też lokalne gazety

Ten tekst przeczytasz w 2 minuty

Zgierscy radni rozpoczęli straceńczy bój o niezależność lokalnej gazety samorządowej od wójta.

Na razie efekt boju jest taki, że gazeta przestała wychodzić, a gminna komisja śledcza zbada, czy periodyk był obiektywny. Przesłuchania zaczęły się w czwartek.

Miesięcznik "Na Ziemi Zgierskiej" od lat 90. był typową gazetą samorządową - powstawał w urzędzie gminy, informował o gminnych wydarzeniach, inwestycjach, uroczystościach. I poczynaniach wójta, oczywiście. Wydawcą miesięcznika był urząd gminy, a więc w rzeczywistości stojący na czele urzędu wójt. W Zgierzu od lat 90. na tym stanowisku zasiada ta sama osoba - Zdzisław Rembisz. Od zarania to on kieruje więc lokalną gazetą.

W tym ustatkowanym systemie pod koniec ubiegłego roku powstała wyrwa.

Opozycyjni wobec wójta radni zażądali, że chcą mieć wpływ na to, co się ukazuje w periodyku. - Nie podobało im się, że w gazecie publikowane są moje zdjęcia z restauracji. Mówili, że to nie jest temat do prasy - opowiada w rozmowie z "DGP" wójt. I dodaje, że niby dlaczego redakcja miała nie zamieścić tych zdjęć, skoro pochodziły ze spotkania z mieszkańcami?

Według wójta miesięcznik dobrze wypełniał swoje zadania. Informował o tym, co się dzieje w gminie, ale unikał opinii. - To powinien być biuletyn informacyjny, a nie polemiczna trybuna - mówi.

Jednak opozycja jest innego zdania. Uważa, że nawet jako biuletyn periodyk nie działał dobrze. - To była tuba propagandowa wójta - mówi Lechosław Wojcieszek, wiceprzewodniczący rady gminy Zgierz. - Pisano na przykład, że w jakiejś miejscowości coś zostało zrobione, a nie zostało. Albo że budżet został wykonany, a on był wykonany tylko w 50 proc. - wylicza Wojcieszek.

Dlatego radni wstrzymali finansowanie miesięcznika. Gazeta zaczęła się ukazywać ponownie pod kontrolą kolegium redakcyjnego, w skład którego weszły osoby wskazane przez wójta i przez opozycję. Jednak wtedy dopiero zaczęły się prawdziwe konflikty. - Wójt chciał opublikować sprawozdanie ze swojej działalności, dzień po dniu, na dwie i pół strony - opowiada radny Wojcieszek. - Po co taki artykuł, skoro to już jest w internecie, a gazeta ma tylko kilkanaście stron i na druk czekają inne artykuły?

Wójta raziło z kolei, że gminny periodyk drukuje opinie zamiast informacji. - Przecież jestem wydawcą tej gazety. Dlaczego mam dopuszczać teksty wobec mnie napastliwe? - pyta. W konsekwencji z kolegium wystąpiły dwie osoby rekomendowane przez wójta, a od marca gazeta przestała się ukazywać.

W odpowiedzi wójt powołał komisję śledczą, właśnie zaczęła przesłuchiwać kolegium redakcyjne. Ma ustalić, czy kiedy gazeta była kierowana kolegialnie, dochowywała świętej dla niezależnej prasy zasady obiektywizmu. Wraz z komisją pojawiło się jednak kolejne pole konfliktu, gdyż w jej skład weszły wyłącznie osoby związane z urzędem, a więc podległe wójtowi.

- Takie jest prawo - rozkłada ręce wójt. Opozycja jednak już zastanawia się, w jaki sposób zablokować prace komisji i storpedować pomysł wójta, który ich zdaniem sprowadza się do szukania kozła ofiarnego.

Problemy gazety z gminy Zgierz nie są jednak jednostkowym przykładem. Podobne mogłaby mieć prasa wydawana przez gminne i miejskie urzędy w całej Polsce, gdyby tylko lokalni radni zechcieli walczyć o jej niezależność. Niepisany obyczaj jest jednak taki, że finansowana przez gminę gazeta nigdy nie krytykuje władz. - To smutne, ale powszechne zjawisko - mówi prof. Wiesław Godzic, medioznawca. I dodaje, że warto, żeby radni polskich gmin ocenili, czy warto wydawać pieniądze podatników na zwykłe bałwochwalstwo.

Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.