KONFRONTACJA. Co o gabinetach politycznych i doradcach sądzą ugrupowania polityczne
@RY1@i02/2016/049/i02.2016.049.18300230d.804.jpg@RY2@
Jan Grabiec Platforma Obywatelska
@RY1@i02/2016/049/i02.2016.049.18300230d.805.jpg@RY2@
Andrzej Maciejewski Kukiz’15
@RY1@i02/2016/049/i02.2016.049.18300230d.806.jpg@RY2@
Jerzy Polaczek Prawo i Sprawiedliwość
Czy tzw. gabinety polityczne w samorządach (rozumiane także jako doradcy czy asystenci) są w ogóle potrzebne?
Musimy pamiętać, że w samorządach nie ma gabinetów politycznych, istnieje tylko możliwość zatrudniania doradców i asystentów. To rozróżnienie jest ważne, bo moim zdaniem gabinety polityczne w samorządach rzeczywiście potrzebne nie są, ale stanowiska doradców i asystentów - jak najbardziej tak. Struktura urzędów jest w miarę stała, a samorządy podejmują nieraz działania o charakterze okresowym. Z mojej praktyki samorządowej przypominam sobie np. problem dzików, które pojawiały się na terenach zurbanizowanych. Powołałem wówczas jednego z doświadczonych myśliwych na doradcę, który wykonywał zadania w zakresie koordynacji działań gmin i policji, kół łowieckich czy nadleśnictwa. Bez tej koordynacji nie uporalibyśmy się z problemem. Zwracam uwagę, że nie tworzyłem dodatkowego stanowiska, lecz zatrudniłem na pół etatu doradcę stricte od tej tematyki. To najwygodniejsza forma radzenia sobie z zadaniami o okresowym charakterze.
Tak jak wskazaliśmy w naszym projekcie, jest to ewidentne marnotrawstwo pieniędzy, a także niepotrzebne upartyjnienie urzędu. Tam powinny pracować przede wszystkim osoby kompetentne, a nie komisarze ludowi. Dlatego nasza propozycja zmierza w kierunku odchodzenia od zbędnej administracji, która nic nie wnosi, a jest tylko elementem politycznym, którego głównym celem jest spłata jakiegoś długu wyborczego. Nie może być tak, że dzisiejszy przerost administracji dominuje nad potrzebą bieżącej obsługi interesantów. Jeśli wójt chce zamiast fachowców zatrudniać działaczy politycznych, niech to robi z własnej kieszeni.
Na pewno w dużych miastach są okoliczności dające podstawę do tego, by tamtejsi prezydenci mogli korzystać z usług doradczych. Jeśli natomiast ten mechanizm jest wyłącznie sferą elastyczną i dowolną, pozostaje pytanie, jakie cele mają być realizowane i na co mają być wydawane środki publiczne. Krytyka wysokości kwot wydawanych na doradców jest w jakiejś mierze uzasadniona. Co do zasady nie jestem przeciwnikiem funkcjonowania aparatu doradczego w samorządzie, jednak praktyka pokazuje, że jego rola niejednokrotnie stoi w sprzeczności z zadaniami samorządu. Jako były samorządowiec dostrzegam też głębszy problem. Brakuje mechanizmu budowania kompetentnego korpusu urzędników samorządowych na podobnych zasadach jak w służbie cywilnej. Nie powinno się zwiększać administracji samorządowej kosztem realizacji zadań własnych. Należy promować dobre przykłady miast, które prowadzą racjonalną politykę kadrową.
Czy należy całkowicie zakazać wójtom, burmistrzom i prezydentom zatrudniania doradców? A może jeszcze bardziej ograniczyć ich liczbę (dziś w dużych miastach może być siedmiu)? Czy wręcz przeciwnie - należy zliberalizować przepisy?
Istotą samorządu jest to, że ostatecznie społeczność lokalna decyduje o tym, w jaki sposób samorząd wykonuje zadania. Jeśli mieszkańcy gminy akceptują to, że ich wójt zatrudnia 3 czy 4 doradców w określonych dziedzinach i w dodatku potrafi im wytłumaczyć, dlaczego ci doradcy są mu potrzebni, to nie widzę problemu. Ponadto większość samorządowców w Polsce w ogóle nie zatrudnia żadnych doradców i w inny sposób realizuje te same zadania. Wydaje mi się, że temat likwidacji tzw. gabinetów politycznych ma charakter polityczny. To tworzenie iluzji, że przez likwidację czy ograniczenie etatów doradców da się oszczędniej gospodarować w administracji publicznej. Zadania samorządowe trzeba wykonywać. A jeśli nie będą tego robić doradcy, to i tak urzędy będą zatrudniać ludzi. Tak więc efekt będzie podobny.
Mówimy o całkowitym wyrugowaniu tych struktur z urzędów. Przyczyna jest prosta - gabinety polityczne stały się jednym z elementów upartyjnienia samorządów. Jesteśmy dumni z samorządu i tego, że przez 25 lat zbudowaliśmy jedną z najlepszych struktur władzy w Polsce. Niestety było zbyt duże przyzwolenie na daleko idące upartyjnienie, zwłaszcza na poziomie powiatowym i wojewódzkim, a niekiedy także na poziomie gminno-miejskim. Chcemy to wyeliminować.
Jeśli mówimy o bliskim zapleczu prezydentów miast, poszedłbym przede wszystkim w kierunku ograniczenia wydatków samorządowych w tej materii. Trzeba też jasno sprecyzować zakres zadań, jakie wykonują ci doradcy. To nie jest i nie powinna być formuła nieograniczona. Gdyby nie była ona ograniczona czasowo, rodzi się pytanie, czym się różni ta forma doradzania od zadań klasycznego urzędnika administracji samorządowej. Konieczny jest mechanizm, który trzymałby w ryzach wydatki na administrację - tak, by były proporcjonalne do wielkości jednostki. Niejednokrotnie jest tak, że urząd gminy staje się największym pracodawcą w okolicy.
W ocenie przedstawicieli miast rezygnacja z tego typu możliwości zrodzi konieczność zlecania ekspertyz na zewnątrz na mocy umów cywilnoprawnych, nie będzie więc wcale zapowiadanych oszczędności. Zgadza się pan z tym stwierdzeniem?
Oczywiście tak. Szacowana na ponad 500 mln zł kwota oszczędności wynikająca z likwidacji gabinetów jest wyssana z palca. Samorządowcy wcale nie zatrudniają doradców w liczbie zbliżonej do maksymalnego limitu określonego w ustawie. Spodziewam się, że raptem kilka procent samorządów w ogóle zatrudnia jakichkolwiek doradców. Pozorne oszczędności będą więc może dotyczyć kilkuset tysięcy lub kilku milionów złotych. Jeśli doradcy wykonują ważne zadania dla społeczności lokalnej, to nie mogąc ich zatrudnić, wójtowie zlecą realizację tych samych zadań w innej formie - na podstawy umowy o dzieło, wchodząc we współpracę z zewnętrzną firmą doradczą czy tworząc nowe etaty w urzędzie. Doradcy mogą zająć się realizacją wybranych projektów, które mają swój początek i koniec, a nie są elementem permanentnego działania urzędu. Oczywiście zapoznamy się z projektem klubu Kukiz ’15 i będziemy go analizować. Jesteśmy za samorządnością i oszczędną administracją. Ale sprzeciwiamy się pozornym zmianom dla uzyskania jakiegoś celu politycznego.
Nie zgadzam się z tą argumentacją. W każdym urzędzie jest zatrudniony prawnik. Każda gmina ma więc zapewnioną podstawową obsługę prawną. Poza tym większość samorządów jest zrzeszona w różnych korporacjach, gdzie również zapewnia im się zaplecze prawne. Co więcej, w obecnych czasach mamy tak dużą liczbę analiz i ekspertyz bezpłatnie upublicznionych, że twierdzenie o konieczności posiadania w każdej gminie nie wiadomo jakiego eksperta jest zwykłym mijaniem się z prawdą. Jeśli gmina ma jakieś wątpliwości prawne, to może skierować pytania do urzędu skarbowego, ma także możliwość skonfrontowania się z regionalną izbą obrachunkową. Czyli nie jest tak, że gmina jest zostawiona sama sobie.
To zbyt daleko idące uproszczenie problemu, sytuacja nie jest zero-jedynkowa. Zwracam uwagę, że w sferze administracji publicznej - czy to samorządowej, czy centralnej - często mamy do czynienia z outsourcingiem różnego rodzaju zadań. Jest to raczej podstawa do tego, by w sposób dojrzały dokonać kompleksowej oceny zdolności wykonywania zadań własnych i zleconych przez gminy, powiaty i województwa. Jeśli w latach 90. samorządy były zdolne, przez dawny krajowy sejmik samorządu terytorialnego, dokonać takich analiz, tym bardziej teraz Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji powinno dokonać podobnej oceny.
Rozmawiał Tomasz Żółciak
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu