Kto się zajmie maluchami
Król Ryszard III w dramacie Williama Szekspira woła: "Królestwo za konia". Może strzelam ze zbyt wielkiej armaty, ale niejedno królestwo oddaliby rodzice, którzy oczekują na miejsce dla malucha w żłobku... To oczywiście problem wielkich miast. Dziecko zdąży dorosnąć do wieku przedszkolnego, nim doczeka się miejsca w żłobku. Na razie pozostaje niania (zaufana, zatrudniana zazwyczaj na czarno, bo co to komu szkodzi) albo opiekun dzienny, co do którego jakoś rodzice przekonania nie mają.
Podobne problemy mają rodzice, którzy mieszkają w malutkiej gminie i chętnie znaleźliby pracę. Co prawda tam częściej w opiece nad dziećmi pomagają babcie, ciocie, sąsiadki. Może jednak warto, by w małych gminach także powstawały placówki opiekuńcze dla maluchów? Przecież nie trzeba od razu otwierać żłobka. Taką grupką może zająć się przeszkolony opiekun, choćby babcia jednego z maluchów, która zostanie zatrudniona przez gminę lub lokalną fundację. Inicjatywa należy do gminy, ale też do mieszkańców. Oczywiście każdy ma prawo zostawić malucha z babcią, jeśli ma taką możliwość. Jednak warto, by miał alternatywę - przecież coraz więcej babć jest zawodowo aktywnych.
Paradoksalnie sytuacja w małych gminach wydaje się łatwiejsza. Dotyczy to wielu sfer życia, choć oczywiście gminni włodarze zawsze przytaczają argumenty bezrobocia i ucieczki młodzieży do wielkich (albo nawet niewielkich) okolicznych miast. Znowu można przypomnieć, co pisał Szekspir: "Odważnym człowiekiem jest nie ten, kto się niczego nie lęka. Lecz ten, którego szlachetna dusza swój lęk przezwycięża".
Warto, by te słowa sprzed kilkuset lat stały się dewizą samorządowców, bo lęków w wielkich miastach i w maleńkich gminach jest i będzie dużo. Są sprawy śmieci, problemy oświatowe, finansowe, kłopoty z lokalną władzą wykonawczą, które skutkują np. referendum. Czy warto robić referendum pod koniec kadencji? Przeciwnicy powiedzą, że szkoda pieniędzy. Zwolennicy zagrzmią: przecież na tym polega demokracja.
Tylko, żeby nie wyszło jak w tym wierszu dla dzieci Doroty Gellner (okazuje się, że dziecięca literatura doskonale oddaje dorosłą rzeczywistość): "Miał być bal, lecz go nie było, bo się wszystko pokręciło". I w konkluzji: "No a co z balową salą? Czy się w sali światła palą? Jaka sala? Nie ma sali, bo jej nie wybudowali".
Może jednak żłobkowa ustawa i śmieciowa ustawa trafią na bal. I sala będzie.
@RY1@i02/2013/127/i02.2013.127.088000100.802.jpg@RY2@
Monika Górecka-Czuryłło zastępca redaktora prowadzącego
Monika Górecka-Czuryłło
zastępca redaktora prowadzącego
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu