Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo

500 zł na dziecko nie zadowala samorządów. Mają swoje rozwiązania i nie zamiarzają z nich rezygnować

2 lipca 2018

Problem

©?

Oprac. Paweł Sikora

Wizjonerska Nysa

10 listopada br. radni Nysy przyjęli na sesji uchwałę w sprawie wprowadzenia na terenie gminy świadczenia pieniężnego - bonu wychowawczego w kwocie 500 zł. - Mamy to: 13 głosów za, 6 wstrzymujących się, a 4 radnych w ogóle nie głosowało - mówi Magdalena Zioło, rzecznik prasowy Urzędu Miejskiego w Nysie. - Teraz czekamy, aby nam tego wojewoda nie uchylił. Podobno pomysł bonu zrodził się już trzy lata temu i jest realizacją programu wyborczego burmistrza Kordiana Kolbiarza. Wtedy była mowa o wypłaceniu go na każde dziecko, obecnie w regulaminie świadczenia doprecyzowano, że pieniądze pójdą tylko na drugie i każde kolejne. - Celem programu jest powstrzymanie w głównej mierze największego w skali kraju niżu demograficznego - na każdy 1000 mieszkańców gminy rodzi się zaledwie siedmioro dzieci. Jesteśmy pierwszą gminą w Polsce, która wprowadza bon w takim kształcie. Tylko Szczecin wyprzedza nas z podobnym świadczeniem, które tam jest ściśle związane z celem. My nie precyzujemy, na co rodzice mają przeznaczyć pieniądze. Są za to określone kryteria. Rodzina musi być małżeństwem. Przynajmniej jedno z małżonków ma być zameldowane w Nysie minimum trzy lata i tam zamieszkiwać. Jego centrum życiowe ma być związane z tym terenem, co powinno zostać odzwierciedlone we wniosku składanym w urzędzie - podkreśla rzecznik. - Ale nie będzie prowadzony wywiad środowiskowy.

Zespół do spraw bonu wychowawczego miał zostać powołany 16 listopada. Będzie on weryfikował zgłoszenia wyłącznie na podstawie danych w rejestrach meldunkowych i urodzin. Jeszcze do niedawna burmistrz wahał się, czy pozostać przy świadczeniu, jak wejdzie w życie pomysł PiS. Jednak po głosowaniu nie ma już wątpliwości. Oznacza to, że w ostatecznym rozrachunku od nowego roku w Nysie rdzenni rodzice dostaną po 1000 zł na każdego drugiego i następnego potomka. Kolbiarz podkreśla, że wprowadzony program nie jest programem socjalnym. Ma być narzędziem, które wspiera dzietność. Skąd na to pieniądze? Rzecznik twierdzi, że wewnętrzne budżety wydziałów są odpowiednio pomniejszone, aby zrealizować ten program. - Staramy się odwlekać pewne inwestycje zaplanowane już na przyszły rok. Cały czas trwają rozmowy ze skarbnikiem, który przygotowuje taki plan. Musi on zostać zatwierdzony jeszcze przed podjęciem uchwał budżetowych na nowy rok, czyli do końca roku lub do końca stycznia. Obliczyliśmy, że bon będzie nas kosztował niespełna 4 mln złotych. Wokół sprawy pojawiło się już sporo kontrowersji. Niezadowolenia nie ukrywają samotne matki i osoby pozostające w związkach nieformalnych. Czyli ci, którzy w projekcie nie zostali uwzględnieni - tłumaczy rzecznik.

Opiekuńczy Szczecin

W programach dopłat na dzieci Nysę wyprzedził Szczecin. Miasto twierdzi, że jako pierwsze w Polsce wprowadziło bon opiekuńczy. Uchwała zapadła 8 września br. Piotr Krzystek, prezydent Szczecina, wyraził wtedy nadzieję, że Szczecin stanie się wzorem dla innych samorządów. - Ta oferta będzie wsparciem finansowym dla rodzin z dwójką dzieci i rodzin wielodzietnych, do wykorzystania na opiekę nad pociechami. Myślę, że jest to krok w dobrym kierunku - zachwala program prezydent Szczecina.

Oferta dotyczy rodzin z dziećmi do lat 3. Łukasz Kolasa, rzecznik prasowy prezydenta Szczecina precyzuje, że program ma na celu wsparcie rodziców w zapewnieniu dzieciom od 13. do 36. miesiąca życia optymalnej, wybranej przez nich opieki. Bon będzie świadczeniem pieniężnym w wysokości 500 zł netto miesięcznie. Jego wprowadzenie jest planowane z początkiem stycznia 2016 r. - Rodzice będą mogli dokonać wyboru formy opieki przez wskazanie jej dofinansowania. Legalne zatrudnienie niani czy dopłata do pobytu dziecka w żłobku niepublicznym, klubie dziecięcym lub u opiekuna dziennego zależeć będzie od wyboru rodzica. Całe przedsięwzięcie jest związane z niżem demograficznym, który też u nas jest spory - wyjaśnia rzecznik. Obok tworzenia przyjaznego klimatu dla rodzin oraz budowania poczucia bezpieczeństwa zwiększającego skłonność do posiadania więcej niż jednego dziecka, bon ma też pomóc rodzicom w ich szybkim powrocie na rynek pracy. - Może to też być dodatkową motywacją do osiedlania się i pozostawania rodzin w Szczecinie - zwraca uwagę Kolasa.

Według założeń programu beneficjentami będą rodziny posiadające Szczecińską Kartę Rodzinną.

Becikowe i karty

Poza bonem wciąż w grę wchodzi jednorazowe becikowe na urodzenie dziecka. By bardziej zainwestować w dzietność samorządy dają także dodatkowe zapomogi. Jednak zdecydowana większość gmin nie daje dodatkowego becikowego, bo ich na to nie stać. Te, które wciąż to robią, starają się wspierać raczej rodziny wielodzietne. Za przykład może posłużyć gmina Spytkowice w powiecie wadowickim czy miasto Zgierz. Na becikowe mogą tam liczyć rodzice, którym urodziło się trzecie i kolejne dziecko. W Spytkowicach dostaną oni świadczenie w wysokości 1 tys. zł, za bliźnięta - 2 tys. zł, zaś za trojaczki i czworaczki - po 2 tys. zł na każde dziecko. W Zgierzu za urodzenie minimum trojaczków miasto wypłaci zapomogę 2 tys. zł za każde dziecko. Żeby ją otrzymać, rodzice muszą się w ciągu 12 miesięcy od narodzin zgłosić do MOPS-u. W najbogatszej gminie w Polsce - w Kleszczowie becikowe to jednorazowo 4 tys. zł na dziecko. Warunek jest jeden. Przynajmniej rok meldunku matki na terenie gminy. O wiele mniej na dzieci otrzyma się w Aleksandrowie Łódzkim, tylko 500 zł na trzecie i kolejne dziecko, pod warunkiem uczestnictwa w programie Aleksandrowskiej Karty Dużej Rodziny. Pozostałe samorządy w walce z ujemną demografią mają podobne rozwiązania. Przykładem może być Żyrardów, który 15 września br. przyjął zarządzeniem prezydenta miasta regulamin Żyrardowskiej Karty Dużej Rodziny. Robert Rybicki, radny i przewodniczący zarządu Koła Związku Dużych Rodzin 3+ twierdzi, że jest ona wydawana rodzinom mającym na utrzymaniu co najmniej troje dzieci w wieku do 18 lub 25 lat, w przypadku gdy studiuje, w których wszystkie dzieci i przynajmniej jeden rodzic przebywa na terenie Żyrardowa z zamiarem stałego pobytu. - System polega na tym, że miasto i partnerskie przedsiębiorstwa przyznają pewne ulgi beneficjentom tej karty. Katalog firm jest otwarty. To m.in. kina, baseny, ośrodki sportowe. Podobne rozwiązania ma sporo innych miast, np. Białystok leżący w jednym z regionów bardziej dotkniętych niżem. Program Białostockiej Karty Dużej Rodziny gwarantuje liczne ulgi, zniżki w miejskich żłobkach, przedszkolach i w komunikacji miejskiej oraz u partnerów prywatnych. Według Kamili Busławskiej z Biura Komunikacji Społecznej Urzędu Miejskiego w Białymstoku do programu przystąpiło już ok. 14 tys. osób, co daje ponad 2,6 tys. rodzin.

Lepiej dać wędkę

Inne podejście do ujemnej demografii ma gmina Terespol. - Jesteśmy jedną z nielicznych gmin w Polsce, która przez 10 lat wykupiła 60 ha terenów w strefie nienarażonej na zalewanie przez Bug - zachwala swój pomysł Krzysztof Iwaniuk, wójt gminy. - Zmieniliśmy też plan zagospodarowania przestrzennego, podzieliliśmy teren na działki i teraz możemy je sprzedawać.

Tereny są stopniowo uzbrajane po to, by zachęcić do osiedlania się. W sąsiedztwie, praktycznie w szczerym polu powstał też nowy urząd gminy. Cena działek jest niska - 20 tys. zł za ośmioarowy teren. - Sprzedaliśmy 60 działek, 45 budynków jest już zamieszkałych - dodaje Iwaniuk. Wójt chce, by niedaleko inwestycji pojawił się zbiornik retencyjny, szkoła, przedszkole, ośrodek zdrowia i sportu. Wyraża sceptycyzm, zapytany o pomysły bonów i becikowego. - Nie sądzę, żeby to pomogło w walce z niżem i zachęciło do rozrodczości. Po wojnie mimo biedy dzieci rodziło się dużo. Budżet gminy to nie kopalnia pod podłogą. Takie rozwiązania oznaczają, że mieszkańcy w podwyższonym podatku musieliby de facto płacić swoim sąsiadom za to, że urodzą dzieci. O tym powinno rozstrzygać referendum, a ja już oczami wyobraźni widzę niezadowolenie ludzi.

Podobnie do rozwiązań socjalnych podchodzi też Leszek Świętalski, sekretarz generalny Związku Gmin Wiejskich. - Niedawno było słychać, że dotychczasowy pakiet spraw związanych z dzietnością spalił na panewce i nawet urlopy tacierzyńskie ani becikowe nie przyniosły spodziewanego rezultatu. Zatem warto bliżej zanalizować przyczyny. Jeśli bez tego znów dopompujemy pieniądze, bez wyciągnięcia wniosków, to ucierpi budżet, a populacja dalej będzie spadać. Samorządowcom zależy na większym zaludnieniu, gdyż to podatki od mieszkańców zasilają budżety. Jednak JST to nie ministerstwa dobroci, które obdarzają socjalem na lewo i prawo. Dobry samorząd, żeby się rozwijał i przetrwał, musi postawić na system bezpośredni: dostępność terenów budowlanych, zagospodarowanie ścieków, dobrą szkołę i przedszkole - żeby właśnie to młodzi ludzie wybrali. Sadzę, że taki system działa skuteczniej niż kilkaset złotych w kieszeni przyszłych rodziców.

@RY1@i02/2015/224/i02.2015.224.088000200.810.jpg@RY2@

@RY1@i02/2015/224/i02.2015.224.088000200.811.jpg@RY2@

@RY1@i02/2015/224/i02.2015.224.088000200.812.jpg@RY2@

@RY1@i02/2015/224/i02.2015.224.088000200.813.jpg@RY2@

@RY1@i02/2015/224/i02.2015.224.088000200.814.jpg@RY2@

shutterstock

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.