Racjonalne działania zamiast pieniędzy
Rozmowa ze Stanisławem Gawłowskim, sekretarzem stanu w Ministerstwie Środowiska
Jak samorządy mają sobie radzić z rosnącymi wydatkami na zadania związane z odprowadzaniem i oczyszczaniem ścieków, skoro ze względu na kryzys coraz więcej wydatków trzeba ciąć?
Pieniędzy obecnie nie ma nikt, ani w Polsce, ani w Europie. Jak popatrzymy na europejską debatę o budżecie - są to w praktyce tylko rozmowy, jak ciąć wydatki. Również na poziomie Polski wygrywać będą w najbliższym czasie takie zadania jak służba zdrowia, budowa dróg czy modernizacja kolei, a te obowiązki, które należą wyłącznie do samorządów np. gospodarka wodno-ściekowa, mimo że są wspierane funduszami unijnymi czy krajowymi, na dodatkowe pieniądze poza przewidzianym wcześniej wsparciem nie mają co liczyć. Sądzę, że gminy nie są tym zaskoczone, bo to ich zadanie własne od samego początku reformy samorządowej, czyli od ponad 20 lat.
Pewnie nie do końca to przewidziały. Kryzys kryzysem, ale terminy biegną nieubłaganie. Zgodnie z unijnymi wymaganiami do 2015 r. samorządy powinny skanalizować aglomeracje wodno-ściekowe. Czy biorąc pod uwagę ograniczone możliwości finansowe coraz większej grupy gmin, jest na to w ogóle szansa?
Poza wszelką dyskusją jest to, że niektóre rzeczy można zrobić, nie szukając dodatkowych wydatków. Zanim gorączkowo zacznie się rozglądać za pieniędzmi warto sięgnąć po myślenie i rozum. To nie złośliwość z mojej strony. To naprawdę daje oszczędności.
Kilka lat temu samorządowcy byli przeświadczeni, że wystarczy wyznaczyć aglomeracje wodno-ściekową i to pozwoli na otrzymanie pokaźnego dofinansowania ze środków unijnych. No i aglomeracje powstawały jak grzyby po deszczu, niezależnie od tego, czy w danym miejscu były rzeczywiście potrzebne, czy nie. Konsekwencją objęcia danego miejsca aglomeracją jest konieczność wybudowania tam systemu zbiorczego odbioru ścieków i ich oczyszczania. Jak zaczynam się im przyglądać, czy samorządy prawidłowo wyznaczyły obszary, to czasami jest to zrobione dobrze, ale niekiedy nie najlepiej. Buduje się kilometry rurociągów, żeby przyłączyć kilka czy kilkanaście domów, a to przecież kosztuje.
Dla w ten sposób wyznaczonych aglomeracji z pewnością pieniędzy zabraknie. Nie tylko na samą budowę. Potem są przecież niezbędne gigantyczne kwoty na ich utrzymanie. I wtedy mieszkańcom trzeba powiedzieć, że cena za odbiór ścieków to nie jest kilka czy kilkanaście złotych za metr sześcienny, tylko np. pięćdziesiąt złotych. Takie stawki w niektórych gminach są pobierane.
Czyli jest to drożej niż korzystanie z szamba i wywóz nieczystości wozami asenizacyjnymi, która to metoda jest uznawana za bardzo kosztowną?
Oczywiście. Dlatego pierwszą rzeczą, jaką należałoby zrobić, to przejrzeć wyznaczone już dzisiaj aglomeracje wodno-ściekowe. Jeżeli się je zweryfikuje, to okaże się, że nie będziemy musieli do roku 2015 wydać w skali kraju na budowę sieci kanalizacyjnej następnych kilkudziesięciu miliardów złotych, co rzeczywiście jest niemożliwe, tylko może kilka miliardów. A to już jest realne.
Czy to znaczy, że można dokonać weryfikacji już zatwierdzonych przez samorządy województw planów?
Rzeczywiście do niedawna nie było takiej możliwości. Ale dwa lata temu zmieniliśmy ustawę - Prawo wodne i obecnie taka możliwość jest. Na wniosek gminy samorządy województw mogą zmienić plany aglomeracji zgodnie z art. 43 ustawy z 18 lipca 2001 r. - Prawo wodne (t.j. Dz.U. z 2012 r., poz. 145 z późn. zm.). Ta poprawka została wprowadzona właśnie po to, żeby wszędzie tam, gdzie jest to konieczne, niektóre obszary można było wyłączyć z zasięgu aglomeracji. Wtedy nie trzeba budować zbiorczego systemu odprowadzania ścieków. Można zastosować inny sposób rozwiązania tej kwestii, np. przydomowe oczyszczalnie ścieków albo nawet szczelne szamba. W rozproszonej zabudowie takie systemy nie są tak kosztowne jak eksploatacja kanalizacji.
Ile obiektów nie musi być przyłączonych do sieci, żeby Unia Europejska uznała, że aglomeracja została prawidłowo skanalizowana?
Stanowisko w tej kwestii się zmienia i to na ostrzejsze. Jeśli jeszcze kilka lat temu Komisja Europejska uznawała, że wystarczy 80 proc. skanalizowanych obiektów, to dzisiaj KE uważa, że w takie obszary mają być w 100 proc. skanalizowane, a to znaczy, że może uda się wytłumaczyć, iż bez dostępu do sieci może pozostać zaledwie 2-3 proc. obiektów.
Dlatego wyraźnie zaznaczam, że nie tylko kwestie finansowe, ale i zmiana stanowiska KE powinny zobligować gminy do tego, by zlikwidowały bądź istotnie ograniczyły obszary aglomeracji wodno-ściekowych. Nawet w mieście aglomeracja nie musi obejmować jego granic administracyjnych. Weryfikacja granic aglomeracji to obecnie najważniejsza sprawa przy gospodarce wodno-ściekowej.
Ale są miejsca, gdzie inwestycje po prosu muszą być zrealizowane, bo np. zostały rozpoczęte. Na co mogą liczyć miejscowi włodarze?
Do tej pory tylko z Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko wydaliśmy na omawiany cel ok. 12 mld zł, a przecież są jeszcze Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska, fundusze wojewódzkie czy regionalne programy operacyjne. Wiele firm wodociągowo-kanalizacyjnych potrafi umiejętnie montować budżety inwestycyjne, korzystając z różnych źródeł pomocowych. To wsparcie się nie kończy. Narodowy i wojewódzkie fundusze ochrony środowiska nadal będą w tym zakresie aktywne. Sądzę, że w ramach nowej perspektywy unijnej też uda się jakieś pieniądze na ten cel przeznaczyć. Ale w tym zakresie odpowiedź będziemy mieli dopiero po wynegocjowaniu budżetu.
Czasami dzieje się jednak tak, że kolektory są budowane, a mieszkańcy nie chcą się do nich przyłączać. Jest to często spowodowane wysoką ceną budowy samego przyłącza obciążającą odbiorcę, a sięgającą kilkunastu tysięcy złotych. Z taką sytuacją mamy do czynienia nie tylko w biednych gminach, a choćby w warszawskiej dzielnicy Wawer. Jak pokonać ten problem, przecież obowiązku przyłączenia się nie ma?
Powtarzam jeszcze raz - trzeba myśleć. Zanim ustali się przebieg kanalizacji - warto zweryfikować, ilu użytkowników zechce się przyłączyć do danej inwestycji, żeby osiągnąć dobry efekt ekonomiczny. To prawda, że budowa przyłącza do granicy działki jest finansowana przez jej właściciela, ale mieliśmy i być może jeszcze w przyszłości będziemy mieli na ten cel fundusze z NFOŚiGW. Dotychczasowe pozwalały na 45-proc. pokrycie kosztów ponoszonych przez właściciela. Jednak gmina musiała znaleźć 50 zainteresowanych, by sięgnąć po takie fundusze, bo NFOŚ nie jest w stanie obsłużyć każdego indywidualnego inwestora odrębnie.
Dziękuję za rozmowę
Buduje się kilometry rurociągów, żeby przyłączyć kilka czy kilkanaście domów, a to przecież kosztuje
@RY1@i02/2012/241/i02.2012.241.08800020b.803.jpg@RY2@
Stanisław Gawłowski, sekretarz stanu w Ministerstwie Środowiska
Rozmawiała Zofia Joźwiak
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu