Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Gospodarka komunalna

Zwierzaki, schroniska i biznes w tle. Gminy mają uderzyć w patologiczny system

Ten tekst przeczytasz w 23 minuty

Edward Trojanowski: Przede wszystkim ustawodawca powinien oszacować koszty dla małych gmin wiążące się ze zmianami. I w początkowym okresie wprowadzania nowych przepisów budżet państwa musi w nich partycypować

Zwierzęta cierpią, choć nie zasłużyły sobie na to. Zaniedbane, porzucane, błąkające się czy wręcz maltretowane trafiają do miejsc, w których ich los bywa jeszcze gorszy. Dlatego posłowie PiS proponują poprawki w przepisach o ochronie zwierząt. Przede wszystkim zmienione miałyby zostać regulacje dotyczące schronisk. Nie mogliby ich prowadzić przedsiębiorcy, ale jedynie gminy i organizacje społeczne. Bo spora część firm-schronisk nastawiona jest na maksymalizację zysku, więc czworonogi przebywają tam w tragicznych warunkach. Ale samorządom, których obowiązkiem jest walka z bezdomnością zwierząt, usługi oferowane prze takie podmioty wydają się stosunkowo tanie. Zmiany mające poprawić los zwierząt, jakich chce PiS, są „co do zasady” przez gminy akceptowane. Budzą jednak potężny sprzeciw w kwestii kosztów. Budowa gminnego schroniska kosztuje bowiem miliony złotych. Do tego dochodzi często społeczne niezadowolenie, bo kto chciałby mieć koło siebie tak uciążliwego i hałaśliwego sąsiada. Na dodatek samorządy miałyby zostać obciążone kosztem czipowania czworonogów.

Odsyłanie zwierzaków do schronisk problemu ich bezdomności dziś nie rozwiązuje. Jak wynika z raportu Biura Ochrony Zwierząt, bezdomnych czworonogów wręcz przybywa. Ale nie wszędzie. W gminie Aleksandrów Łódzki ich liczba na koniec 2018 r. wyniosła… zero. Parę lat temu gmina wyrzuciła do kosza sztampowy plan ochrony zwierząt i napisała go od nowa. Postawiła na bezpłatne czipowanie i sterylizację. Umowy ze schroniskiem (dobrym i sprawdzonym) podpisuje w taki sposób, by zbłąkane zwierzę przebywało tam jak najkrócej – szybko znalazło swego lub nowego pana. I edukuje mieszkańców. A wszystko to kosztuje znacznie mniej niż przed zmianą programu. Wydaje się więc, że ludzie, którym dobro zwierząt leży na sercu, mogą uczynić wiele, nawet gdy przepisy są złe. Czy więc zmiana ustawy jest konieczna? Częściowo pewnie tak, ale trzeba zrobić to z głową. Proponowane półroczne vacatio legis to zbyt krótki czas na stworzenie sieci gminnych i społecznych schronisk. A, jak mówi jeden z naszych rozmówców, komercyjne firmy, gdy zawiśnie nad nimi groźba wykluczenia z rynku, sprawnie w tym czasie przekształcą się w podmioty „społeczne”. ©

Zofia Jóźwiak


zofia.jozwiak@infor.pl

Wezmą na smycz bezdomne psy, gdy rząd się dorzuci

Choć projektowane zmiany w ustawie o ochronie zwierząt samorządowcy oceniają raczej pozytywnie, to obawiają się, czy nowym zadaniom podołają. Czipowanie czy budowa nowych schronisk wymagają bowiem środków i czasu. A tego rząd prawie nie daje

Mało który akt prawny rodzi się w takich bólach, jak nowelizacja ustawy o ochronie zwierząt autorstwa PiS. Projekt posłowie złożyli w Sejmie w listopadzie 2017 r. Wydawało się, że prace pójdą sprawnie – dokument pilotował bliski współpracownik Jarosława Kaczyńskiego Krzysztof Czabański, a sam prezes PiS znany jest ze swojej dużej sympatii do zwierząt.

Mimo to sprawa ugrzęzła na długie miesiące i dokument wciąż jest tylko projektem, a nie obowiązującym prawem. Początkowo nowe regulacje miały bowiem zakazać hodowli zwierząt futerkowych i pokazów cyrkowych z udziałem zwierzaków. Ostatecznie jednak wycofano się z tego, a kosztem odłożenia tych regulacji i pójścia na daleko idące kompromisy prace nad nowelą zostały właśnie wznowione.

Nikt się nie pali

Wprowadzone mają być nowe przepisy dotyczące schronisk. Nie będą mogły być tworzone przez podmioty komercyjne, lecz jedynie jednostki samorządu terytorialnego lub podmioty posiadające status organizacji pożytku publicznego, których statutowym celem jest ochrona czworonogów. – Jest to próba zlikwidowania patologii polegającej na tym, że powstają ogromne schroniska na kilka tysięcy psów, gdzie nie ma zapewnionych odpowiednich warunków, opieki, systemu adopcji. Widać tendencję, że dużo gorzej jest w schroniskach komercyjnych. W tych gminnych i prowadzonych przez organizacje sytuacja wygląda dużo lepiej – tłumaczy Cezary Wyszyński z fundacji Viva! Zmiana jest więc radykalna i na dodatek miałaby wejść w życie w ciągu sześciu miesięcy od momentu wejścia w życie ustawy. Zwierzaki przetrzymywane dotąd w schroniskach komercyjnych miałyby zostać przejęte przez gminy lub organizacje społeczne. Na wieść o tym na samorządowców padł blady strach. Ci z Związku Gmin Wiejskich RP (ZGWRP) twierdzą, że półroczny termin na przeprowadzenie takiej skomplikowanej operacji jest zwyczajnie nierealny. Wtóruje im Bartłomiej Bartczak, burmistrz Gubina. – Koniecznie jest dłuższe vacatio legis. Istniejące schroniska raczej są przepełnione, a gdzieś te dodatkowe czworonogi trzeba byłoby przyjąć. Budowa schroniska to nie jest prosta inwestycja, zwłaszcza na terenach miejskich. Trzeba mieć odpowiednie miejsce, które nie będzie uciążliwe dla otoczenia. Trzeba też znaleźć ludzi, którzy chcieli by tam pracować – ocenia burmistrz Bartczak.

Kontrowersje wzbudza też czipowanie psów czy kotów. Zgodnie z projektem miałyby to finansować gminy, a nie właściciele zwierzaków. – Zapis ten należy wykreślić, gdyż będzie powodować presję na organy gmin, aby kosztem innych zadań finansować ten ustawowy obowiązek właścicieli zwierząt – uważają samorządowcy z ZGWRP. Do tego dochodzi konieczność zapewniania kontroli schronisk co najmniej raz na kwartał. Jak zauważają przedstawiciele gmin, wymagać to będzie zatrudnienia dodatkowego personelu w urzędach, i to z odpowiednimi kwalifikacjami. – Skutkować to będzie wzrostem kosztów wprowadzenia ustawy, o czym projektodawcy nie wspominają – zauważa ZGWRP.

Jeden z samorządowców w nieoficjalnej rozmowie stwierdza: „Trzeba będzie chyba sięgnąć po strzelby”. – Pytanie, czy jesteśmy na takim poziomie rozwoju, by pozwolić sobie na tego rodzaju przedsięwzięcie. Jeśli części gmin nie stać na to, by postawić żłobek dla dzieci, to po co mają budować schroniska dla zwierząt? Wiem, że to brzmi jak brak miłosierdzia wobec braci mniejszych, ale w trudnej sytuacji trzeba właściwie ustawić priorytety – argumentuje.

Przy czym ze strony gmin pojawiają się postulaty, by rolę lidera w zakresie budowy nowych schronisk wzięli na siebie starostowie. Ale oni się do tego nie palą. – To próba scedowania zadania na powiaty wynikająca z tego, że gminom nie chce się płacić – ocenia Grzegorz Kubalski ze Związku Powiatów Polskich. Odrzuca jednocześnie sugestie samorządów gminnych, że w końcu organy inspekcji weterynaryjnej mają więcej wspólnego z powiatami niż gminami. – Inspekcji weterynaryjnej już w swoich strukturach nie mamy. Kiedyś tak było, ale została odzespolona. Dziś tylko raz w roku wysłuchujemy sprawozdania z jej działań i do tego nasz kontakt się sprowadza – wyjaśnia Grzegorz Kubalski. Jego zdaniem wszystko przemawia za tym, że to gminy powinny zajmować się walką z bezdomnością czworonogów. – Co do zasady gmina nie załatwia tego przez własne schronisko, tylko poprzez wykupienie usługi w podmiocie, który to robi. Owszem schroniska mają często zasięg ogólnopowiatowy, ale one są organizowane przez organizacje czy prywatne podmioty. Problematyka bezdomnych psów jest tematyką na poziomie lokalnym gminnym, a nie ponadgminnym z tego względu, że jeśli psy biegają luzem, to zasadniczo trzymają się określonego rewiru, zazwyczaj danej miejscowości. Raczej nie poruszają się pomiędzy gminami. A to pozwala sądzić, że nie jest to zadanie ponadgminne – przekonuje Kubalski.

– Być może w tej sytuacji dobrym rozwiązaniem byłaby budowa schronisk wspólnych dla kilku sąsiadujących ze sobą gmin. Można też pomyśleć o innych rozwiązaniach. W areszcie śledczym mamy program, w którym zwierzętami przed adopcją zajmują się więźniowie. Na dziś byłoby to najprostsze i najtańsze rozwiązanie – sugeruje burmistrz Bartczak.

Zdaniem Cezarego Wyszyńskiego z fundacji Viva! gminy nie powinny być zaskoczone, że będą zmiany przepisów. – Już w poprzedniej nowelizacji wprowadzono, że to one muszą zapewnić bezdomnym zwierzętom miejsca w schroniskach. Intencją przepisu było, żeby stymulował JST do powoływania między gminnych schronisk. Jeśli trzy, cztery gminy podejmą współpracę, to taka inwestycja jest łatwiejsza do zrealizowania – przekonuje.

6 miesięcy tylko tyle będą miały gminy na zorganizowanie nowych schronisk i przejęcie psów

Zdeformowana pomoc

Projektowane zmiany są próbą rozprawienia się z ogromnym problemem bezpańskich zwierząt i patologiami systemu, który teoretycznie ten problem miałby rozwiązać. Szacuje się, że w polskich gospodarstwach domowych żyje nawet 7 mln psów, a niemal drugie tyle czworonogów nie ma właściciela. Koszty ich wyłapywania ponoszą gminy, podpisując umowy z hyclami i schroniskami. System jest w dużej mierze fikcją – dotychczasowe kontrole NIK dowodziły, że większości gmin nie interesuje, co dzieje się ze zwierzęciem po jego odłowieniu. A to stanowi pole do nadużyć, np. uśmiercania psa lub wypuszczenia go w sąsiednim powiecie w celu ponownego odłowienia przez wyspecjalizowaną firmę. Wiele do życzenia pozostawiają też schroniska, które nie zapewniają odpowiednich warunków bytowych i często nie prowadzą żadnej ewidencji. Już w 2015 r. NIK alarmował, że ponad 80 proc. schronisk nie zapewniło odpowiednich warunków dla zwierząt, głównie z powodu przepełnienia. Psy i koty nie miały odpowiednich pomieszczeń, legowisk ani wybiegów (w 71 proc. schronisk), przebywały w złych warunkach sanitarnych – zanieczyszczonych odchodami kojcach i boksach (w 43 proc.), były też często źle karmione (w 21 proc.), a nawet narażone na zranienia. W sumie w Polsce funkcjonuje ponad 200 oficjalnych schronisk. Jak szacuje Biuro Ochrony Zwierząt Fundacji dla Zwierząt ARGOS (dalej: BOZ), do tego dochodzi ok. 400 należących do innych podmiotów, nierejestrowanych przez inspekcję weterynaryjną i nieposiadających zezwolenia organu gminy na prowadzenie schroniska. W sumie w 2017 r. przyjęły one ok. 17 tys. psów (ok. 19 proc. wszystkich, którymi zajęły się gminy). Ponieważ zazwyczaj brakuje miejsc, schroniska nierzadko windują ceny za przyjęcie psa. Stawka wynosi od 1,5 tys. do nawet 7 tys. zł za jedno zwierzę. Część schronisk wprowadza opłaty dobowe za pobyt czworonoga, np. w wysokości 25 zł.

Wiele do myślenia dają też ustalenia BOZ W 2017 r. przeciętny pobyt psa w schronisku trwał pół roku, przy czym najkrótszy był w jednostkach budżetowych (średnio 3,5 miesiąca), a najdłuższy u przedsiębiorców (średnio 11 miesięcy). – Widać tu różnicę między gminnymi schroniskami większych miast, gdzie psy przebywają krócej niż nawet miesiąc (np. Szczecin, Chorzów), a schroniskami zbiorczymi dla mniejszych gmin, prowadzonymi w ustronnych miejscach przez przedsiębiorców, którzy zamiast adopcji nastawili się na dożywotni chów bezdomnych psów za stawkę dzienną (np. Wojtyszki – 29 miesięcy, Radysy – 27 miesięcy). Stąd też wyższy wskaźnik psów utraconych w schroniskach przedsiębiorców (16 proc.) – konkluduje BOZ.

Tadeusz Wypych z BOZ, jeden z autorów raportu, uważa, że zarówno obecna ustawa jak i jej nowelizacja nie poprawią sytuacji bezdomnych zwierząt. – Te przepisy tworzą patologiczny układ, pozwalający wyciągać publiczne pieniądze – mówi. – U nas większość gmin jest zmuszona zostawić zwierzęta w zewnętrznych schroniskach i płaci za to coraz więcej, nie mając wpływu na ich los, a zazem nie odpowiadając za nie – dodaje Tadeusz Wypych. – Dlatego, mimo pozornie korzystnych zmian, liczba bezdomnych zwierząt rośnie – uzupełnia i wskazuje, że konieczna jest nie tyle nowelizacja, co całkowita zmiana przepisów. BOZ przygotował własne propozycje ustawy o ochronie zwierząt i zmian w innych przepisach. Niezły biznes urządzili sobie też niektórzy hycle. Kilka lat temu jeden z nich podpisał z gminą Nadarzyn roczną umowę ryczałtową na kwotę ponad 295 tys. zł, przy czym wyłapał raptem 17 psów. I tu rozstrzał kosztów bywa ogromny. Fundacja Pro Animals podaje, że w gminie i mieście Koziegłowy koszt wyłapania 15 sztuk bezpańskich psów wyniósł w 2011 r. 27 675 zł. W tym samym roku Bobrowniki za wyłapanie i umieszczenie w schronisku 27 zwierząt zapłaciły ponad 42 tys. zł.

– Żadna z gmin nie jest w stanie udzielić odpowiedzi na pytanie, do jakich konkretnie placówek trafiły zwierzęta wyłapane z ich terenu, choć usługa wyłapania psa kosztuje od ok. 1800 zł do 4900 zł za sukę z szczeniętami. Gminom wystarcza wykaz miesięczny przedłożony przez firmę wyłapującą zwierzęta – alarmuje na swojej stronie fundacja.

Wiele kontrowersji wywołuje też działalność niektórych organizacji zajmujących się ochroną zwierząt. Spory budzi art. 7 ust. 3 aktualnie obowiązującej ustawy o ochronie zwierząt (Dz.U. z 1997 r. nr 111, poz. 724). Zgodnie z nim, „w przypadkach niecierpiących zwłoki, gdy dalsze pozostawanie zwierzęcia u dotychczasowego właściciela lub opiekuna zagraża jego życiu lub zdrowiu, policjant, strażnik gminny lub upoważniony przedstawiciel organizacji społecznej, której statutowym celem działania jest ochrona zwierząt, odbiera mu zwierzę, zawiadamiając o tym niezwłocznie wójta (burmistrza, prezydenta miasta), celem podjęcia decyzji w przedmiocie odebrania zwierzęcia”. Już w 2017 r. przedstawiciele resortu rolnictwa wyrazili pogląd, że przepis ten jest nadużywany przez organizacje społeczne. – Osoby zabiegające o interwencje w tej sprawie zwracają uwagę na fakt, że organizacje pozarządowe są zainteresowane odbieraniem zwierząt ich właścicielom przede wszystkim ze względów finansowych, gdyż po odebraniu zwierzęcia na podstawie art. 7 ust. 6 ustawy z 21 sierpnia 1997 r. organizacje te najczęściej nie przekazują zwierzęcia do schroniska, lecz zatrzymują je pod własną opieką, po czym wysokimi kosztami za ich utrzymanie (zazwyczaj w komercyjnych hotelach dla zwierząt) obciążają tę gminę, z której terenu zwierzę odebrano. Ponadto w razie skazania właściciela zwierząt organizacje społeczne uzyskują nawiązkę sądową; organizują również zbiórki pieniędzy na zwierzę odebrane interwencyjnie. Pojawiają się także sygnały, że niektóre organizacje społeczne z wzajemnego odbierania sobie zwierząt na podstawie art. 7 ust. 3 ustawy o ochronie zwierząt uczyniły element walk konkurencyjnych – przekonywała w interpelacji złożonej w lipcu 2017 r. posłanka PiS Barbara Bubula.

Szykowany projekt ustawy w tym aspekcie zdaje się akurat wzmacniać, a nie ograniczać rolę organizacji społecznych. „Policji, straży gminnej lub przedstawicielowi organizacji społecznej w asyście policji lub straży gminnej przysługuje prawo wejścia na teren prywatnej posesji bez zgody lub pomimo sprzeciwu jej właściciela” – wynika z projektu. Przy czym odebrane zwierzę będzie podlegać zwrotowi, jeżeli sąd nie orzeknie przepadku zwierzęcia, a także jeżeli postępowanie karne w tej sprawie zostanie umorzone lub zostanie wydane postanowienie o odmowie wszczęcia postępowania.

opinia eksperta

Musimy dbać nie tylko o dobrostan ludzi

Paweł Kownacki wójt gminy Wieliszew

Widzę konieczność wprowadzenia nowych regulacji dotyczących obowiązków gmin w opiece nad bezdomnymi zwierzętami. Psy i koty towarzyszą nam od wieków, są naszymi przyjaciółmi, więc mamy obowiązek się o nie troszczyć. Także jako samorządy, bo uważam, że gmina to coś więcej niż administrator, który powinien dbać o to, aby na jej terenie były położone chodniki, a przy drogach świeciły lampy i ewentualnie jeszcze były wytyczone ścieżki rowerowe. Powinniśmy zadbać o dobrostan ludzi, ale także zwierząt, które z nami żyją. Co do zasady uważam, że projekt ustawy idzie w dobrym kierunku. Jednak jego szczegółowe regulacje mnie niepokoją, bardziej mówią o ideach, nie wgłębiając się w praktykę dnia codziennego. Za niemądry i całkowicie chybiony uważam zapis, że tylko gminy i NGO-sy miałyby prowadzić schroniska dla bezdomnych zwierząt. Gminy nie są w stanie w ciągu kilku miesięcy wybudować takich placówek. Bo na to ich nie stać. Do tego obsługa takiej jednej placówki to kolejne setki tysięcy złotych rocznie. Ponadto spotkałoby się to z protestami mieszkańców. Niby wszyscy kochają zwierzęta, ale mało kto chciałby mieć za płotem schronisko, które nie tylko wydziela przykre zapachy, ale także generuje hałas. Poza tym nie wszystkie komercyjne schroniska są złe. Uważam, że jakość opieki nad zwierzętami umieszczonymi w takich placówkach w dużej mierze zależy od zaangażowania samorządowców: muszą mieć świadomość, jaką umowę podpisują, a potem mieć na tyle konsekwencji, aby kontrolować, czy jej zapisy są realizowane. Pomysł obowiązkowego czipowania psów i kotów niezależnie od tego, czy mają właścicieli czy nie, oceniam na tak. Nareszcie będę wiedział, komu wystawić fakturę, kiedy jakiś zwierzak znajdzie się na moim terenie i będę musiał się nim zaopiekować. Ale państwo nie powinno przerzucać kosztów kolejnych, nawet słusznych regulacji na gminy. A nieustannie to robi, bo najłatwiej jest sięgnąć po samorządową kasę. Powinniśmy się podzielić zarówno odpowiedzialnością, jak i kosztami. ©

Powinno się jasno określić, kto ma płacić za nowe zadania

Dorota Zmarzlak wójt gminy Izabelin

Wszelkie uregulowania prawne mające na celu poprawę losu zwierząt należy uznać za pożądane i celowe. Zwłaszcza że kultura obchodzenia się z psami i kotami w wielu miejscach kraju jest bardzo niska. Dlatego ocena aktualnej nowelizacji ustawy o ochronie zwierząt musi być co do zasady pozytywna. Bezsprzecznie potrzebne jest utworzenie centralnego rejestru psów i kotów oraz nakaz chipowania psów. Zwiększy to odpowiedzialność właścicieli, przyczyniając się do zmniejszenia liczby bezdomnych zwierząt. Ułatwi też poszukiwanie zaginionych czworonogów, pociąganie do odpowiedzialności osób znęcających się nad zwierzętami, a także np. ściąganie opłat za posiadanie psa. Natomiast zwiększenie kontroli nad schroniskami schronisk jest konieczne. Niestety, zgodnie z niechlubną polską tradycją, ustawodawca gładko prześliznął się nad oceną skutków regulacji: przy dokładaniu samorządom gminnym dodatkowych zadań powinno się jasno określić, kto będzie je finansował. A tego w projekcie zabrakło. A jakie zmiany podjęłam u siebie w gminie? Przede wszystkim rozszerzyłam program zapobiegania bezdomności zwierząt o 100 proc. refundację kosztów sterylizacji i kastracji psów i kotów (była 50 proc.) wraz z obowiązkowym, bezpłatnym czipowaniem zwierząt – zarówno poddawanym tym zabiegom u nas w gminie, jak i poza nią. ©

Coraz wyższe wydatki

Koszty utrzymywania obecnego systemu zwalczania bezdomności czworonogów rosną z roku na rok. Z analiz BOZ wynika, że w 2013 r. na zapewnianie opieki i wyłapywanie bezdomnych zwierząt gminy w całym kraju wydały 143 mln zł. W 2017 r. było to już 196 mln zł. To ok. 1,5 proc. wszystkich wydatków gmin na gospodarkę komunalną i ochronę środowiska. BOZ zwraca też uwagę, że stosunkowo niedawno wiele samorządów ignorowało problem bezdomności czworonogów. – W 2006 r. ponad 40 proc. gmin nie zajmowało się bezdomnymi zwierzętami, a 50 proc. wyłapanych psów przypadało na ok. 1 proc. gmin. W ciągu 11 lat liczba wyłapywanych rocznie psów wzrosła o 21 proc., także wyłapywanie nieco się upowszechniło. W 2017 r. już tylko 5 proc. gmin nie zajmowało się bezdomnymi zwierzętami, a 50 proc. wyłapanych psów pochodziło z 5 proc. gmin – podaje BOZ.

Zdaniem Cezarego Wyszyńskiego z fundacji Viva! gminy powinny mocniej stawiać na walkę z przyczynami bezdomności czworonogów aniżeli budować kolejne schroniska. – Samorządowi bardziej opłaca się czipowanie i sterylizacja zwierząt. Ten program w ciągu 2–3 lat przynosi oszczędności – przekonuje. Dobrym przykładem jest Warszawa. Stolica od ponad 11 lat dofinansowuje czipowanie psów i kotów. Dzięki współpracy z przychodniami weterynaryjnymi identyfikator otrzymało ponad 96 tys. pupili, co kosztowało niemal 4,6 mln zł (według stanu na październik ub. roku). Efekt? Jeszcze w 2010 r. w schronisku „Na Paluchu” przebywało 2366 zwierząt. W zeszłym roku liczba ta wynosiła już tylko ponad 700. – Raporty NIK potwierdzają, że gminy, które inwestują w likwidację przyczyn bezdomności zwierząt, w stosunkowo szybkim czasie nie tylko opanowują problem, ale również oszczędzają środki. Niestety samorządy myślą w perspektywie jednorocznego budżetu i dają się łapać w pułapkę – mówi Wyszyński. Polega ona na tym, że jednostki umawia się na dzienną stawkę 5–10 zł za utrzymanie psa i nie bierze pod uwagę tego, że przez kolejne lata czworonogi nie zostaną adoptowane, a będą dochodzić kolejne. – W ten sposób koszty rosną, a gminy nakładają sobie pętlę na szyję. Tymczasem zaczipowanie psa w hurcie kosztuje 15 zł, czyli tyle, ile trzeba zapłacić za 2–3 dni jego pobytu w schronisku. W tej sytuacji gminy muszą zdać sobie sprawę, że bardziej opłaca się sterylizacja i czipowanie, a także współpraca z organizacjami, które potrafią szukać domów dla takich zwierząt i często biorą na siebie część kosztów opieki oraz szukanie nowych opiekunów – dodaje.

Odpowiedzią na te problemy ma właśnie być centralny rejestr zwierząt domowych, który miałby zostać utworzony na mocy projektowanej przez PiS ustawy. Będzie prowadzony przez Krajową Radę Lekarsko-Weterynaryjną i – co ważne z punktu widzenia samorządów – koszty związane z jego funkcjonowaniem pokrywane miałyby być z budżetu państwa.

Z chipem i w rejestrze, ale na lekkim łańcuchu

Tu wszystkie znajdują właścicieli

Gminą, która bez ustawowego przymusu poradziła sobie z bezdomnością zwierząt, jest Aleksandrów Łódzki. Miasto postawiło na sterylizację zwierząt i ich czipowanie oraz edukację mieszkańców

– Ten rok zaczęliśmy z zerem bezdomnych psów – chwali się Katarzyna Rezler, która w tamtejszym urzędzie miasta odpowiada za sprawy związane z ochroną zwierząt. Dzięki niej w tej miejsko-wiejskiej gminie w 2016 r. udało się przeprowadzić rewolucję – zmienić kierunek, w którym płynęły środki z samorządowej kasy. Zamiast wpadać na konta schronisk dla bezdomnych zwierząt, trafiły na prewencję, więc czworonogi nie są już bezpańskie. Takie działania pozwoliły zaoszczędzić pieniądze w budżecie. Oraz, co jest nie bez znaczenia, zmienić ludzką mentalność.

Zaczęło się od tego, że udało się przekonać burmistrza Jacka Lipińskiego, iż warto spróbować. Wyrzucili do kosza stary program opieki nad zwierzętami bezdomnymi oraz zapobiegania bezdomności zwierząt, jaki ma obowiązek przygotować każda gmina, i napisali nowy. To co ustalili, zaczęli wcielać w życie: bezpłatna sterylizacja wszystkich zwierząt, także tych, które mają właścicieli. Do tego dołączyli bezpłatne czipowanie. Sterylizacja miała na celu wyeliminowanie „spontanicznego” rozmnażania się psów i kotów. Czipowanie z kolei pozwoliło przyporządkować czworonoga konkretnemu właścicielowi.

Przekonać mieszkańców

Przedstawiciele urzędu rozmawiali z ludźmi, przekonywali, tłumaczyli. Trzeba było obalić trochę mitów, np. ludzie bali się, że jak zaczipują psa, a ten im potem padnie i zakopią go za stodołą, to po czipie gminni urzędnicy dojdą do miejsca pochówku i ukarzą właścicieli wysokim mandatem. Albo – że jak zaczipowana suczka urodzi szczeniaki, to one też będą już mieć mikroprocesory, bo się nimi zarażą. Wyjaśniali też, że psa nie boli, jak ma coś takiego pod skórą. I, co ważniejsze, że nie wiążą się z tym ani nie będą wiązały żadne opłaty. Kiedy udało się przekonać jedną wioskę, z drugą było już łatwiej. Obecnie na terenie gminy ok. 90 proc. zwierząt ma już czipy. Postawili także na współpracę z dobrym schroniskiem – Psiakowo i spółka, które stawia na adopcje (65 proc. przewiezionych tam z różnych gmin zwierzaków znajduje domy). Jednak zanim odłowiony na terenie Aleksandrowa pies tam trafi, najpierw zostaje obfotografowany, a jego podobizna wraz z informacją, gdzie i w jakich okolicznościach został znaleziony, trafia na stronę urzędu i na portale społecznościowe. Nawet jeśli nikt się nie zgłosi, to po czipie urząd sam odnajduje właścicieli.

– Jeszcze się nie zdarzyło, żeby ktoś nie chciał odebrać swojej własności – mówi Katarzyna Rezler. Jest przeszkolona, sama łapie psy, fotografuje, robi akcję szukania właścicieli. Globalnie oszczędność jest duża: wcześniej gmina wydawała na realizację ustawy o ochronie zwierząt ponad 480 tys. zł rocznie, w 2017 r. koszt spadł do 380 tys. zł – razem z leczeniem zwierząt powypadkowych. Nie żałują też pieniędzy na prewencję – są bezpłatne szczepienia. Dokarmiają wolno żyjące koty, a także odpchlają, odrobaczają. Niezamożnym rodzinom mającym zwierzęta w domu dają darmową karmę. – A i tak rok do roku zaoszczędziliśmy 100 tys. zł, wydając pieniądze hojną ręką – opowiada rozmówczyni. I nie sprawdziły się obawy trapiące zarówno aleksandrowskich urzędników, jak i tych w reszcie Polski – że inne gminy będą im podrzucać swoje zwierzaki, żeby pozbyć się kosztów.

Aleksandrów Łódzki nie ograniczył się tylko do zrobienia porządku na swoim terenie. Jest aktywny na arenie krajowej, robi bezpłatne szkolenia dla urzędników z innych gmin, organizuje konferencje. Wszystko po to, aby przekonać lokalnych włodarzy do zmiany kierunku myślenia: można i trzeba pomagać zwierzętom oraz ich właścicielom skutecznie, jednocześnie ograniczając wydatki na tę pomoc. Należy jednak do tego podejść systemowo. Celem gminy powinno być wyeliminowanie bezdomności zwierząt, a nie wysyłanie gotówki na konto jakiegoś schroniska z poczuciem, że spełniło się swój obowiązek. I nieważne jest, czy to schronisko jest prywatne, prowadzone przez NGO czy gminne: jeśli nie kontroluje się, w jaki sposób w danej placówce są traktowane zwierzęta, jeśli nie skalkuluje się dobrze kosztów, to inercja jej pracowników sprawi, że pieniądze będą wsiąkały w piach, a dobro zwierząt nie będzie najważniejsze.

Jak rozliczać

Podstawową kwestią jest to, w jakim mechanizmie rozliczać się ze schroniskiem dla bezdomnych zwierząt. Jeśli taka placówka dostaje jednorazową opłatę za psa – np. 1,5 tys. zł – to zrobi wszystko, by jak najszybciej się go pozbyć, aby zrobić miejsce dla następnego. Stąd w niektórych schroniskach zdarzają się masowe adopcje – po kilkanaście, kilkadziesiąt psów – w nieznane. Wielokrotnie okazywało się, że zwierzęta są mordowane lub doprowadzane do śmierci, np. przez zagłodzenie. Albo są przetrzymywane w takim zagęszczeniu, że zagryzają się wzajemnie. Jeśli chodzi o sposób rozliczania się gmin z placówkami opiekującymi się bezdomnymi zwierzętami, warto także przyjrzeć się możliwości ustalenia dziennej opłaty za zwierzę. Gdy założymy, że realny minimalny koszt utrzymania np. psa dziennie to 3 zł, to jeśli dzienną opłatę ustalimy na 5 zł, ale wrzucimy do niej wszystko, to żeby schronisku zwróciły się koszty, musi trzymać zwierzaka co najmniej rok, więc nie będzie go wystawiać do adopcji. Natomiast jeśli gmina za te usługi zapłaci osobno, (za pierwszy miesiąc ok. 600 zł, później według stawki 4 zł za dzień pobytu) – to placówka będzie zainteresowana szybkim oddaniem zwierzęcia do adopcji, bo już na nim zarobiła. ©

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.