Było referendum, był drugi Cud nad Wisłą
Trzeba było groźby odwołania, by prezydent stolicy wzięła się do pracy
Był to oczywiście cud polityczny, którego - gdyby nie groźba odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz - zapewne byśmy się nie doczekali. Dla mieszkańców Warszawy idealnie byłoby, gdyby taka groźba wisiała nad władzami przez cały czas.
W ostatnich tygodniach stolica odnotowała rzadko spotykane przyspieszenie inwestycyjne. Nie dość, że otwarta została Południowa Obwodnica Warszawy (POW), to jeszcze później się okazało, że mimo mało optymistycznych zapowiedzi znalazły się pieniądze na dociągnięcie jej na drugą stronę Wisły (co odbędzie się kosztem dwóch odcinków trasy S7 - na południe i północ od Warszawy). Na 10 dni przed terminem władze Warszawy otworzyły z pompą stacje metra Świętokrzyska i Centrum, które zostały zamknięte w związku z budową II linii kolejki. Ponadto tydzień temu miasto wypuściło na tory najnowsze pociągi metra Inspiro. Szum był także wokół otwarcia tunelu pod Wisłostradą, który kilka miesięcy wcześniej został niespodziewanie zamknięty w związku z zalaniem fragmentu nowej trasy metra.
Pojawiły się zapowiedzi obniżki cen biletów komunikacji miejskiej. Prezydent stolicy obwieściła wprowadzenie tzw. karty warszawiaka. Wszystkie warszawskie rodziny od 2014 r. będą mogły korzystać, na preferencyjnych warunkach, z komunikacji miejskiej oraz z oferty placówek sportowych, rekreacyjnych i kulturalnych. Do tego dochodzą niższe, niż pierwotnie zakładano, stawki za wywóz śmieci.
Pani prezydent, krytykowana za rozbudowanie biurokracji, zdecydowała się odchudzić nieco swoje najbliższe otoczenie. Zlikwidowała stanowiska dziewięciu z 21 pełnomocników. Zwolniła też wiceprezydenta Jarosława Kochaniaka, winnego kompromitacji przy wdrażaniu rewolucji śmieciowej. Zlikwidowane zostało mocno krytykowane biuro promocji miasta.
Hanna Gronkiewicz-Waltz próbowała podreperować swój wizerunek. Do tej pory niemal nieobecna w mediach społecznościowych, takich jak Twitter czy Facebook, nagle stała się jednym z najaktywniejszych polityków. Do tego dochodzą "gospodarskie wizyty" w mieszkaniach warszawiaków czy listy rozsyłane do przedszkoli w sprawie zajęć dodatkowych dla dzieci (rodzice musieli podpisywać listy na dowód, że zapoznali się z ich treścią).
Referendum kosztowało samorząd ok. 2,5 mln zł, w tym 2 mln zł wydano na druk kart do głosowania i przygotowanie komisji wyborczych. Reszta to wynagrodzenie ich członków.Wyszło na to, że niewielkim kosztem udało się rozwiązać wiele spraw, z którymi wcześniej włądze nie potrafiły sobie poradzić. Jeśli tylko faktycznie ruszą prace nad dokończeniem południowej obwodnicy Warszawy, nie będzie to wygórowana cena
Stołeczni spin doktorzy, czyli kto napędzał kampanię referendalną
Referendalne ruchy ratusza i inicjatorów referendum od początku podsypane były dużą dawką marketingu politycznego. Za sukces jednych i porażkę drugich w równym stopniu odpowiadali nieoficjalni spin doktorzy, sterując kampanią informacyjną z drugiego planu.
Jak twierdzą rozmówcy DGP, w obozie Hanny Gronkiewicz-Waltz na czas przedreferendalny wytworzył się triumwirat, w którego skład wchodzili sekretarz miasta Marcin Wojdat, dyrektor Centrum Komunikacji Społecznej Jarosław Jóźwiak oraz wiceprezydent Michał Olszewski. - Jarek to zaufany pracownik Hanny Gronkiewicz-Waltz, jeszcze za czasów poselskich pani prezydent był jej asystentem. Marcin ma znakomite wyczucie społeczne, ma dojścia do aktywistów i działaczy społecznych czy środowisk kultury. Z kolei Michał jest typowym merytokratą, sprawuje nadzór m.in. nad biurem funduszy europejskich, jest więc dobrze przygotowany merytorycznie do kampanii - mówi jeden z naszych rozmówców. Kampania inicjatorów referendum nabrała tempa po tym, jak do Warszawskiej Wspólnoty Samorządowej dołączyły inne ugrupowania, m.in. Prawo i Sprawiedliwość, Polska Jest Najważniejsza, stowarzyszenie Republikanie Przemysława Wiplera czy Twój Ruch Janusza Palikota.
Najwięcej kontrowersji w polityce informacyjnej obozu referendalnego wywołało odwoływanie się do symboli powstańczych, np. poprzez plakaty z godziną W. - Nie jest tajemnicą, że w dużej mierze kampania jest zasługą specjalisty PR od wizerunku Jarosława Kaczyńskiego, czyli dr. Marka Kochana - twierdzi nasz rozmówca. Dodaje jednak, że istotną rolę odgrywa także rzecznik PiS Adam Hofman, który miał najwięcej do zyskania i do stracenia. - Doktor Kochan jest PR-owcem, który traktuje to jako normalne zlecenie. Dla Hofmana, po ostatnich wpadkach wizerunkowych, akcja referendalna jest jego politycznym być albo nie być - mówi nasz informator.
Tomasz Żółciak
@RY1@i02/2013/199/i02.2013.199.00000020b.802.jpg@RY2@
Opozycja nawoływała do udziału w referendum, Platforma - do jego bojkotu
Tomasz Żółciak
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu