Dziennik Gazeta Prawana logo

Karta wolności - zwykły PR czy konieczność

29 czerwca 2018

Wkrótce zostanie przedstawiony rządowy projekt zmian w prawie, które będą regulować kwestię internetu. Eksperci nie do końca są przekonani do tej inicjatywy

Gdy tysiące ludzi wyszły na ulice, by zaprotestować przeciwko podpisaniu umowy ACTA, rząd obiecał: będziemy uważniej tworzyć prawo związane z internetem. Resort cyfryzacji zapowiedział nawet opracowanie specjalnego dokumentu, który ma regulować podstawowe kwestie prawne z nim związane. Ale choć eksperci przyznają, że prawo koniecznie wymaga zmian w związku z rozwojem sfery internetowej, to pomysł Karty wolności w internecie budzi mieszane uczucia.

Nad przygotowaniem Karty wolności w internecie oraz propozycji zmian w przepisach chroniących prawa użytkowników sieci pracuje pięć grup ekspertów. Każda z nich zajmuje się jednym z pięciu zagadnień: reformą praw własności intelektualnej i przemysłowej, budową modeli biznesowych, komunikacją i konsultacjami, ochroną danych osobowych i prywatności w sieci oraz integracją cyfrową. Pierwsze propozycje zmian w prawie mają się pojawić jeszcze w maju.

W każdej z grup jest przedstawiciel administracji oraz tzw. eksperci społeczni, czyli przedstawiciele organizacji pozarządowych lub prawnicy specjalizujący się w prawie nowych technologii. I tak kwestią reformy praw własności intelektualnej i przemysłowej zajmą się obok przedstawicieli Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego i Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji, także mecenas Helena Rymar z Centrum Cyfrowego. Sprawą budowy modeli biznesowych - dyrektor Maciej Groń z MAiC oraz mec. Xawery Konarski, partner Kancelarii Traple, Konarski, Podrecki. Komunikacja i konsultacje społeczne są domeną dwóch podzespołów: pierwszy - z Witoldem Przeciechowskim z MAiC i Piotrem Waglowskim, autorem serwisu VaGla.pl, a drugi - z Małgorzatą Steiner z MAiC i Jakubem Wygnańskim z Pracowni Badań i Innowacji Społecznych Stocznia. Propozycje rozwiązań w zakresie ochrony danych osobowych i prywatności w sieci przygotują Dariusz Dąbek z MAiC oraz Małgorzata Szumańska i Katarzyna Szymielewicz z Fundacji Panoptykon. A nad zakresem integracji cyfrowej pracują Violetta Szymanek z MAiC i Tomasz Schimanek z Akademii Rozwoju Filantropii w Polsce.

- Rzeczywiście prawo dotyczące sfery internetu, i to zarówno z punktu widzenia użytkowników, jak i przedsiębiorców, wymaga doprecyzowania. Grupy problemów, nad którymi pracują obecnie eksperci, przynajmniej częściowo pokrywają to zapotrzebowanie - przyznaje mecenas Maciej Gawroński z kancelarii Bird & Bird specjalizujący się w prawie internetu. - Ale nie do końca. Ponadto starając się znaleźć rozwiązania idealne dla internautów i dobrze oceniane przez tzw. stronę społeczną, może się okazać, że stworzy się prawo krzywdzące przedsiębiorców. A tym samym wywoła tak duży opór, że może się okazać niemożliwe wdrożenie tych zmian - dodaje Gawroński. 

Obawy zresztą już się pojawiły. Polska Izba Książki reprezentująca wydawców wystosowała do ministra administracji i cyfryzacji Michała Boniego i ministra kultury i dziedzictwa narodowego Bogdana Zdrojewskiego list otwarty z apelem, by tworząc prawo zabezpieczające wolności w internecie, pamiętać też o obowiązkach użytkowników i prawach twórców. A szefowa Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej Agnieszka Odorowicz oficjalnie ostrzegła, by nie bronić łamania prawa autorskich kwestiami wolności.

Oto jak postulaty za i przeciw dotyczące stworzenia takiej kartu przedstawiają prawnicy specjalizujący się w prawie internetu i prawie autorskim.

Sylwia Czubkowska

sylwia.czubkowska@infor.pl

Karta pozwoli internautom poznać swoje prawa i obowiązki

@RY1@i02/2012/099/i02.2012.099.07000040a.805.jpg@RY2@

Fot. materiały prasowe

Eric Reims radca prawny w kancelarii CMS Cameron McKenna specjalizujący się w zagadnieniach prawa własności intelektualnej i nowych technologii 

Po protestach, jakie wywołała w Polsce gotowość rządu do podpisania umowy ACTA, resort cyfryzacji zapowiedział stworzenie specjalnej Karty wolności w internecie. Czy rzeczywiście wolności internautów mogą być zagrożone?

Wolność oznacza brak przymusu, barier, granic i swobodę wyboru. Nasza wolność kończy się tam, gdzie zaczynają się prawa drugiej osoby. Tak samo jest w internecie. Stwarza on pozory wolności przez pewną anonimowość. Internauta robi, co mu się podoba, bo nikt mu nie patrzy przez ramię, nie czuje granic. Tak długo, jak szanujemy prawa pozostałych użytkowników, możemy robić, co nam się podoba. Tymczasem wolność internautów jest zagrożona tak samo jak wolność każdej innej osoby, która wkracza w wolność drugiej osoby. Internauta, który nie narusza praw drugiej osoby, może spać spokojnie - nikt nie pociągnie go do odpowiedzialności. Wolność internetu, jeżeli taka istnieje, nie jest zagrożona. Na pewno nie przez ACTA, jeżeli już o tym mowa. Protesty przeciwko ACTA były i dalej są dla mnie zupełnie niezrozumiałe. Protestujący nie czytali umowy ACTA, a jeżeli czytali, to jej nie zrozumieli. Owszem były wątpliwe postanowienia, które teoretycznie mogłyby zagrozić wolności i prywatności, ale te same postanowienia były fakultatywne - państwa nie "muszą", ale "mogą". A jak już państwa chcą, to tylko "zgodnie ze swoimi przepisami". Tak czy inaczej cała umowa wielokrotnie w swojej treści podkreśla bezwzględną konieczność przestrzegania podstawowych zasad, takich jak wolność słowa, sprawiedliwy proces i prywatność. A więc przyjęcie ACTA nie może naruszać tych podstawowych zasad. Co więcej, nadrzędną moc mają konstytucje krajowe i traktaty unijne. Postanowienia ACTA lub jakiegokolwiek innego aktu sprzeczne z konstytucją lub traktatami nie mogą obowiązywać. I to jest bezdyskusyjne. Zamieszanie z ACTA wynikało najprawdopodobniej z faktu, że kilka tygodni wcześniej rozgorzała dyskusja o amerykańskich projektach SOPA i PIPA, które faktycznie były nie do przyjęcia w proponowanej formie. Tak długo, jak obowiązują traktaty i konstytucja, nie powinniśmy się obawiać - nasza wolność jest zagwarantowana. Karta, nad którą trwają prace w resorcie cyfryzacji, pozwoli jednak na uporządkowanie niektórych kwestii, obnaży braki w ustawach, określi kierunek zmian na najbliższe lata i najważniejsze, uspokoi społeczeństwo.

Jaka powinna być Karta wolności. Czy powinna być zbiorem ogólnych przepisów, tzn. zbiorem praw podstawowych, czy też jej zapisy powinny być bardziej szczegółowe, regulujące m.in. drażliwe kwestie, o których pan wspomniał?

Prawo nie nadąża za rozwojem nowych technologii. W takich sytuacjach najlepiej sprawdzają się postanowienia ogólne, które dają pewną swobodę interpretacyjną przy ich stosowaniu niż długie i szczegółowe akty prawne, które po dwóch latach niewiele znaczą. Celem opracowania polskiej karty jest spisanie jasnym i prostym językiem podstawowych praw i obowiązków, co jest dozwolone, a co zakazane. Choć nie będzie miała żadnej mocy wiążącej, przedstawi za to w sposób prosty i czytelny ogólne zasady, które następnie będzie można łatwiej przełożyć do konkretnych aktów. Takie też są założenia kart na całym świecie.

Ministerstwo Cyfryzacji w swoich pracach nad kartą powołuje się na Estonię i uregulowanie, jakie tam już stworzono. Tamtejsza karta to jednak właśnie taki zbiór tylko bardzo podstawowych uregulowań zobowiązujących państwo do zapewnienia obywatelom dostępu do sieci i zapewniające wolność słowa w sieci. Czy jest sens w ogóle tworzyć takie ogólne zapisy i to jeszcze niemające wiążącej mocy?

Jak najbardziej, zresztą sama Komisja Europejska pracuje też nad własnym zbiorem praw użytkowników internetu, który ma zostać opublikowany pod koniec roku. Celem tego jest uniknięcie sytuacji, w której każde państwo członkowskie ma własne odmienne uregulowanie, gdyż taka sytuacja wprowadziłaby tylko zamieszanie w sieci. I w takim kontekście ogólne zapisy będą lepsze.

Które z tych ogólnych zagadnień wymaga najbardziej dogłębnego doprecyzowania?

Wolność w sieci i jak daleko powinna ona sięgać. W zeszłym roku opublikowano wyniki badań na temat wolności słowa w internecie. Badania objęły 37 państw na różnych kontynentach. Na pierwszym miejscu jako państwo najbardziej liberalne znalazła się Estonia, na drugim Stany Zjednoczone. Niemcy zajęły trzecią pozycję z uwagi na ograniczenia dotyczące zakazu propagowania treści faszystowskich. Polska nie była brana pod uwagę w tych badaniach. Pytanie - czy trzecie miejsce naszych zachodnich sąsiadów jest dobre, czy złe? Przykład problemu ze stroną Redwatch pokazuje, że niektóre ograniczenia są konieczne. Od 2006 roku polski wymiar sprawiedliwości nie może sobie z nią poradzić. Redwatch znajduje się bowiem na amerykańskim serwerze. Gdyby Stany Zjednoczone wprowadziły zakazy jak w Niemczech, strona mogłaby zostać szybko zamknięta. W takim zestawieniu Niemcy zajęły zaszczytne trzecie miejsce. Estonia uznała dostęp do społeczeństwa informacyjnego za podstawowe prawo obywatelskie. W efekcie w Estonii możliwości usunięcia treści z internetu są bardzo ograniczone. Możliwość przenoszenia stron między serwerami oraz łatwość w kopiowaniu i rozpowszechniania danych czyni rozwiązanie estońskie nieskuteczne w zwalczaniu naruszeń. Dotyczy to nie tylko praw autorskich i znaków towarowych, ale i poważniejszych przestępstw. Pamiętajmy, że w krajach rozwiniętych i wolnych - a takie są państwa Unii - wolność słowa jest zawsze prawem podstawowym, zagwarantowanym konstytucyjnie. Innym przykładem do dyskusji może być Holandia i antypolski portal Partii Wolności Geerta Wildersa. Jeżeli pragniemy nieograniczonej wolności, musimy mieć świadomość, że możemy też na tym ucierpieć.

Czy są sfery dotyczące internetu, które wymagają zmian ustaw lub doprecyzowania przepisów?

Mało kto wie, że większość rozwiązań przyjętych w ACTA de facto już obowiązuje na terenie Unii, i to od lat. Postanowienia ACTA mają już swoje odpowiedniki w przepisach unijnych i krajowych, ale w różnych dyrektywach i ustawach. U nas przede wszystkim w ustawie o świadczeniu usług drogą elektroniczną, kodeksie postępowania cywilnego, prawie autorskim i prawie własności przemysłowej. Inną kwestią jest konieczność nowelizacji tych przepisów. Nie było większej nowelizacji prawa autorskiego od lat, można nawet powiedzieć, że prawo autorskie jest w dalszym ciągu analogowe, a nie cyfrowe. Obowiązująca ustawa nie uwzględnia potrzeb e-biznesu, blogów i portali informacyjnych. Aktualnie obowiązujące przepisy karne dotyczące dozwolonego użytku i pól eksploatacji utworu są zupełnie niedostosowane do wirtualnej rzeczywistości. Ten sam problem dotyczy ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną. Prace nad nowelizacją tej ustawy trwają od 2009 r. Zdecydowanie brak skutecznych narzędzi pozwalających na monitorowanie, filtrowanie i blokowanie treści. Zakres odpowiedzialności usługodawców, jak i sposób zbierania danych osobowych, też wymaga zmian. Ale problemy, z jakimi spotykam się w swojej praktyce, wynikają nie tylko z tych starych przepisów, ale z wewnętrznych problemów wymiaru sprawiedliwości. Policja i prokuratura są rozliczane ze swoich statystyk, które nijak się mają do rzeczywistości. We wrześniu byłem przesłuchiwany jako pełnomocnik pokrzywdzonej spółki w sprawie podrobionych towarów sprzedawanych za pośrednictwem internetu. Przesłuchująca mnie policjantka nie miała drukarki - a raczej drukarka była, ale bezużyteczna, bo pieniądze na nowy toner miały być dopiero za pół roku, a kartki papieru były pod kluczem w sejfie, bo to też był towar deficytowy. W wielu komendach policjanci, którzy mają ścigać przestępstwa popełnione w sieci, nie mają nawet stałego dostępu do internetu. Przed zmianą ustaw powinniśmy najpierw pomyśleć o lepszym stosowaniu i wykonywaniu już istniejących.

Prawo nie nadąża za rozwojem nowych technologii. W takich sytuacjach najlepiej sprawdzają się postanowienia ogólne, które dają pewną swobodę interpretacyjną przy ich stosowaniu, niż długie i szczegółowe akty prawne

Inicjatywa rządu polegająca na uchwaleniu dla użytkowników internetu odrębnej regulacji jest skazana na porażkę. Prawo zawsze będzie z tyłu za pomysłowością internautów

@RY1@i02/2012/099/i02.2012.099.07000040a.806.jpg@RY2@

Fot. materiały prasowe

Zbigniew J. Krüger adwokat, specjalizuje się w praktyce procesowej, w zagadnieniach związanych z ochroną dóbr osobistych i prawem prasowym, ochroną własności intelektualnej i prawem nowych technologii

Czy internauci są tak wyjątkową grupą społeczną, że potrzebują swojego odrębnego prawa?

Ciężko w ogóle mówić o internautach jako o odrębnej grupie. Przecież już ponad 16 mln osób w Polsce korzysta z internetu i ich liczba cały czas rośnie. Oczywiście jest wśród użytkowników internetu część osób, które są bardziej biegłe, zaangażowane w życie internetowe i często też bardziej świadome tego, jakie możliwości daje im sieć. Z drugiej strony skoro do sieci przenosi się tak wiele aktywności, zarówno zawodowych, jak i prywatnych, to i pojawia się coraz więcej wątpliwości co do tego, co wolno, a czego nie. I mówię o tym mając na uwadze zarówno kwestie związane z etyką, jak i prawem. Tyle tylko, że wszystkie te wątpliwości można rozwiać, nowelizując już istniejące prawo. Naprawdę, moim zdaniem, nie ma konieczności tworzenia nowych dokumentów, kodeksów czy kart. Niestety zrozumiałe jest, że pomysł na Kartę praw internauty, która ostatnio funkcjonuje pod nazwą Karta wolności w internecie, pojawił się jako PR-owskie zagranie, by załagodzić nastroje po awanturze z ACTA.

Ale skoro, jak sam pan przyznaje, jest coraz więcej wątpliwości związanych z prawami w internecie, to może warto je wszystkie zebrać i wyjaśnić w jednym dokumencie?

Po pierwsze nie da się zebrać wszystkich wątpliwości. Choć byśmy nie wiem, jak się starali, to prawo cały czas będzie w tyle za wyzwaniami internetu, pomysłowością jego użytkowników i nowymi problemami, jakie mogą się w efekcie pojawiać.

Po drugie nie jest to potrzebne ze względów praktycznych, bo większość problemów związanych z internetem przecież nie jest oderwana od rzeczywistości i istniejących już norm prawnych.

Na przykład na gruncie prawa karnego widzę potrzebę reakcji prawnokarnej na wirtualne kradzieże wirtualnych przedmiotów, np. w grach typu MMO (gry, w których gra się w sieci w czasie rzeczywistym z wieloma innymi użytkownikami - przyp. red.) czy Second Life, w których wirtualne przedmioty są realnie obracano za realną gotówkę. W obecnym stanie prawnym sprawca takiej kradzieży może odpowiadać za zakłócanie pracy sieci czy włamanie do systemu komputerowego, ale nie za kradzież, bo prawo karne nie może być interpretowane rozszerzająco.

Po trzecie nie podobają mi się nazwy określające projekt, tzn. Karta praw, Karta wolności. Przecież użytkownicy internetu mają nie tylko swoje prawa, ale także obowiązki. Chcąc tworzyć komplementarne przepisy, trzeba by było także je uwzględnić.

Resort cyfryzacji podszedł do sprawy kompleksowo. Podzielił materię na pięć zakresów tematycznych: prawa autorskie, ochrona danych osobowych, modele biznesowe, komunikacja i konsultacje oraz integracja cyfrowa, i do każdej stworzył podgrupę ekspertów. Myśli pan, że to nie wystarczy, by opracować pełne zasady?

Życzę powodzenia, ale obawiam się, że znalezienie złotego środka w każdym z tych zagadnień będzie bardzo trudne. Ale ich praca może przynieść sporą korzyść, bo być może pomoże w dopracowaniu już istniejących ustaw, w których jest kilka poważnych problemów związanych z wolnościami i obowiązkami obywateli, administratorów, urzędników i biznesmenów w sieci.

Jakie to problemy?

Po pierwsze kwestia neutralności technologicznej internetu, która staje się coraz bardziej palącym zagadnieniem. Z jednej strony ścierają się tu interesy dostawców sieci, z drugiej dostawców treści, a z trzeciej odbiorców. Dostawcy treści, czyli także reklam, chcą, by przekazywać ich jak najwięcej, operatorzy narzekają, że przepustowość sieci już tego powoli nie wytrzymuje, a użytkownicy nie chcą być bombardowani reklamami. Już pojawiły się w Polsce pomysły częściowego filtrowania treści przez operatorów, tak by odsiać reklamy i tym samym poprawić jakość usługi użytkownikom. Oczywiście takie filtrowanie z reklam może wydawać się korzystne, ale trzeba pamiętać, że gdy raz zacznie się przesiewanie, to nie wiadomo, w jaką stronę może się to przesunąć i czy nie stanie się podstawą do wprowadzania jakiejś formy cenzury. To bardzo poważne zagadnienie, które koniecznie powinno zostać rozstrzygnięte. Zresztą prace nad tym już trwają, ale zmiany trzeba będzie wprowadzić w ustawie-Prawo telekomunikacyjne, bo to ona reguluje takie kwestie.

Podobnie rzecz się ma z kwestią odpowiedzialności administratorów za treści umieszczane przez internautów. I tu też trwają prace, a może są one wręcz na ukończeniu, bo procedura "notice and take down" została już przedstawiona w najnowszej wersji projektu nowelizacji prawa telekomunikacyjnego. Opracowania wymaga jeszcze rozporządzenie, które ma jasno odpowiedzieć na pytanie, jak powinna wyglądać formuła zgłaszania administratorowi złamania prawa, która zobowiąże go do zablokowania treści.

Czyżby więc wystarczyło znowelizować prawo telekomunikacyjne?

Tak dobrze nie jest. Jest jak już wspominałem, jest znacznie więcej ustaw regulujących internet. Jest jeszcze duża grupa zagadnień związanych z prywatnością i ochroną danych osobowych. W tym przypadku zmiany wymagają ustawa o ochronie danych osobowych, ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych czy nawet prawo zamówień publicznych, do którego należałoby wprowadzić przepisy zapobiegające uzależnianiu instytucji publicznych od jednego dostawcy sprzętu czy oprogramowania.

Wyzwania są rzeczywiście spore i patrząc w ten sposób na poczynania resortu cyfryzacji, prace nad przeglądem prawa mogą bardzo się przydać. Ale nie ma co liczyć, że wszystkie kwestie, o których wspomniałem, ureguluje kompleksowo jeden dokument.

Resort cyfryzacji przywołuje przykłady kart, które już funkcjonują na świecie. Na Łotwie przyjęto deklarację na temat praw użytkowników, która została podpisana przez operatorów, portale i użytkowników, trwają prace nad kodeksem internauty w Estonii, nawet Komisja Europejska pracuje nad kodeksem praw użytkowników sieci, który ma być ogłoszony jesienią tego roku.

Owszem, ale w pierwszej kolejności komisja miała ogłosić nową dyrektywę dotyczącą handlu internetowego, a wciąż nie weszła ona w życie. Zresztą wszystkie wspominane dokumenty to nie są szczegółowe ustawy, tylko ogólne wykazy podstawowych zasad w rodzaju "każdy ma prawo do korzystania z internetu", "państwo ma obowiązek zapewnić dostęp do internetu", "każdy ma prawo do poszanowania swojej prywatności w internecie".

Oczywiście, jeżeli w tę stronę pójdzie też polska Karta praw internauty, to nie ma problemu. Niech sobie będzie takim ogólnym wykazem dobrych praktyk w sieci. To wiele nie zmieni, ale też nie zaszkodzi. Nie rozwiąże ona palących problemów, jakie już są i jakie będą pojawiać się w przyszłości w związku z internetem. Na pewno jednak będzie dobrze wyglądała jako dowód na to, że rząd docenia i szanuje internautów. Po protestach w związku ACTA bardzo potrzebuje przecież poprawić swój wizerunek.

Wszystkie wątpliwości dotyczące internetu można rozwiać, nowelizując już istniejące prawo. Naprawdę, moim zdaniem, nie ma konieczności tworzenia nowych dokumentów, kodeksów czy jakichś kart

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.