Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Prawo handlowe i gospodarcze

Czy dostawcy wielkich sieci handlowych nadal muszą być bezradni wobec nieuczciwych praktyk

Ten tekst przeczytasz w 14 minut

Brak poprawy sytuacji jest skutkiem przede wszystkim tego, że dochodzenie jakichkolwiek roszczeń przed sądem trwa bardzo długo. Prawo rzeczywiście daje instrumenty pozwalające dochodzić swych praw dostawcom traktowanym po macoszemu przez wielkie sieci. Supermarkety zaś pozwalają sobie na łamanie przepisów i zasad, ponieważ dla wielu wytwórców czy importerów dostawy dla nich to być albo nie być. Tym bardziej, że udział w rynku sprzedaży detalicznej wszystkich wielkich sieci łącznie rośnie (z kilkunastu do ponad 40. proc.). I wbrew temu, co się zwykło sądzić - pokrzywdzonymi przez naliczanie tzw. opłat półkowych są zarówno małe i średnie polskie firmy, jak i przedsiębiorcy należący do międzynarodowych grup kapitałowych. Oczywistym jest, że o uczestnictwie w rynku decydują drożne kanały dystrybucyjne. Nie da się pominąć faktu, że wejście do dużej sieci zazwyczaj gwarantuje duży wolumen zakupów, to błędem niektórych producentów jest nadmierne uzależnianie się od jednego odbiorcy. Wybór jednej sieci to podstawowy błąd taktyczny, osłabiający pozycję negocjacyjną dostawców w konfrontacji z wielkimi sieciami.

Konia z rzędem temu, kto to udowodni. Tym bardziej, że działania różnych przedsiębiorców z tego rynku nie są skoordynowane w rozumieniu prawa antymonopolowego. Ich zachowania są podobne, ale nie na tyle, żeby można było uznać, że zmowa występuje. Nie istnieje więc możliwość chronienia dostawców przy wykorzystaniu instrumentów prawa antymonopolowego. Tym bardziej, że żadna wielka sieć nie ma pozycji dominującej.

W odniesieniu do działań wielkich sieci w relacjach z dostawcami tak to właśnie wygląda. Nie ma ona zastosowania, mimo że przed laty nawet dopisano w niej do zakazu nadużywania pozycji dominującej przez narzucanie wygórowanych cen również zakaz narzucania innych warunków sprzedaży. Posłom niesłusznie wydawało się, że będzie się to odnosić się wielkich sieci. Dla prawników i Urzędu Ochrony Konkurencji było jednak oczywiste, że nie tędy droga, ponieważ żadna sieć nie ma pozycji dominującej. I tak przepis, który miał zakazywać dyktowania warunków dostawcom przez supermarkety, jest martwy. Działa natomiast ustawa o zwalczaniu nieuczciwej konkurencji. Przedsiębiorcy handlujący z sieciami wykorzystują - w razie procesów o opłaty półkowe, marketingowe, za logistykę lub o rabaty potransakcyjne - art. 15 mówiący o czynach nieuczciwej konkurencji polegających na pobieraniu innych niż marża handlowa opłat za przyjęcie towaru do sprzedaży. Poza tym jest art. 3, który stanowi, że czyn nieuczciwej konkurencji to każde działanie sprzeczne z prawem lub dobrymi obyczajami, jeżeli zagraża interesom innego przedsiębiorcy lub klienta, względnie narusza je. Ta regulacja wypełnia luki w przepisach szczegółowych.

Dopóki nie pojawi się przeciwwaga dla wielkich sieci, dostawcom będzie trudno domagać się lepszego traktowania. Prawo nie przewiduje oczywiście możliwości wspólnego dochodzenia roszczeń, ale jeśli dziś 95 proc. dostawców - przeważnie ze strachu przed wypadnięciem z rynku - akceptuje te nierówne warunki, to supermarkety zawsze mają alternatywę po stronie podaży. Stąd sprawa wydaje się patowa... To nie jest dolegliwość trapiąca wyłącznie małych, polskich przedsiębiorców. Może byłoby też lepiej, gdyby pojawiło się prawo skierowane właśnie do wielkich sieci, skoro istniejące regulacje nie gwarantują skutecznego eliminowania patologii rynkowych.

Nie wykluczam, że nowe instrumenty prawa administracyjnego skonstruowane tak jak prawo antymonopolowe. Myślę o tym dlatego, że sieci handlowe to taki segment rynku, który nie poddaje się rygorom prawa antymonopolowego (poszczególni przedsiębiorcy nie mają wystarczająco dużego udziału procentowego w rynku), a jednocześnie jako zbiorowość ma siłę analogiczną. Równocześnie potraktowanie ich tak, jakby miały zbiorową pozycję dominującą, nie jest dla prezesa UOKiK czy Komisji Europejskiej proste. Mówiących o tym orzeczeń nie ma w całej Wspólnocie Europejskiej, a przecież problem jest nie tylko w Polsce.

Raczej nie, ponieważ ten akt w obszarze reguł konkurencji tylko harmonizuje polskie prawo ze wspólnotowym. Jest w dużej mierze kalką przepisów Traktatu o Funkcjonowaniu Unii Europejskiej, które mają zastosowanie do praktyk o wymiarze wspólnotowym. Prawa krajowe państw członkowskich muszą tworzyć jasne reguły w całej UE dla wszystkich przedsiębiorców. Gdzie ostatecznie miałyby się one znaleźć, to kwestia techniki legislacyjnej. Przecież do ustawy antymonopolowej włączono przepisy o praktykach naruszających zbiorowe interesy konsumentów, a to nie jest już prawo antymonopolowe, tylko konsumenckie. Można nawet stworzyć odrębny akt albo wprowadzić dodatkowe przepisy do ustawy o swobodzie działalności gospodarczej. Kluczowe jest natomiast udzielenie odpowiedzi na pytanie, jaki zakres ingerencji administracyjnej może być uznany za racjonalny w gospodarce rynkowej i jakie sankcje administracyjne miałyby być dopuszczone. Pojawiłby się bowiem natychmiast ogromny sprzeciw tych, którzy sądzą, że mechanizmy rynkowe same powinny wszystko załatwić.

Byłoby to dobre rozwiązanie, gdyby nie fakt, że sądy polubowne są kosztowniejsze.

Nie można jej bagatelizować, niemniej ma ona sens tylko wówczas, gdy obie strony chcą się porozumieć. Warto więc mediować z supermarketami, jeżeli uznają przynajmniej w części roszczenie dostawcy albo gdy starają się dbać o swój image i nie chcą głośnych sporów. Jeśli natomiast sieć preferuje rozwiązania siłowe, które mają gwarantować jej dalsze korzyści finansowe, to do mediacji nie dochodzi.

To zjawisko znane w wielu krajach. Te praktyki zostały przecież przyniesione do Polski przez firmy międzynarodowe.

Nie bardzo, ponieważ wszędzie strony tego konfliktu sieć - dostawca działają na gruncie prawa krajowego i we własnych warunkach rynkowych.

Gdyby wszyscy zaczęli bardziej dbać o swoje interesy, gdyby niegodzenie się np. na żądanie dodatkowych nieuzasadnionych opłat albo na opóźnianie płatności nie należało do odosobnionych przypadków, to wielkie sieci musiałyby w większym stopniu liczyć się z interesami drugiej strony. Dopóki kwestionowanie narzucanych warunków będzie sporadyczne, to znaczącej poprawy nie będzie. Obecnie jedni - wielkie sieci - dyktują warunki, a drudzy - dostawcy - godzą się na nie tak długo, jak udaje im się utrzymać finansowo na powierzchni. Niemniej powstało już nawet stowarzyszenie pokrzywdzonych przez sieci, jednakże oficjalnie aktualni dostawcy wielkich sieci do nich się nie zaliczają.

Ważne jest tworzenie przeciwwagi w negocjacjach z wielkimi sieciami, co może następować w drodze tworzenia wspólnej reprezentacji dostawców, na wzór grup producenckich w rolnictwie. Potrzebna jest w tym jednak wielka roztropność, żeby nie narazić się na zarzut antykonkurencyjnej zmowy. Jeżeli cele, jakie postawi sobie tego rodzaju organizacja, będą akceptowane przez prawo konkurencji, to nie ma problemu. Należy jednak wystrzegać się nawet posądzenia o zmowę, w szczególności cenową. Widzę ryzyka z tym związane, które mogą być ograniczane dzięki zastosowaniu zapisanej w art. 8 ustawy o ochronie konkurencji klauzuli zdrowego rozsądku, wprowadzającej zasadę, zgodnie z którą porozumienia są uznawane za legalne, jeżeli ich pozytywne efekty przeważają nad negatywnymi skutkami dla konkurencji. I warto się tego trzymać, formułując cele organizacji.

Niewątpliwie cennym byłoby również rozpowszechnienie się w wielkich sieciach kodeksów dobrych praktyk rynkowych, które cywilizują warunki współpracy przedsiębiorców.

To nie wystarczy, żeby odeprzeć nawet potencjalne zarzuty porozumienia monopolistycznego, ponieważ statut to tylko deklaracja, a prawo antymonopolowe bada warstwę działań. Można mieć szczytne cele zapisane w statucie, a jednocześnie wymieniać informacje o cenach. Dlatego zawsze trzeba uważać na to, co się robi, a nie tylko na to, co zostało zadeklarowane w dokumentach.

@RY1@i02/2010/119/i02.2010.119.087.0006.001.jpg@RY2@

Fot. Archiwum

Elżbieta Modzelewska-Wąchal jest radcą prawnym w Centrum Prawa Konkurencji, byłym wiceprezesem Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów

jest radcą prawnym w Centrum Prawa Konkurencji, byłym wiceprezesem Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.