Prawdziwie wrogie przejęcie
Odbijanie budynków za pomocą granatów, zaspawanie wejścia do siedziby firmy, pobicie adwokatów. To nie film sensacyjny. Tak wygląda walka o spółkę. Po dwóch stronach barykady dwaj bracia. A za ich plecami czołowi krajowi prawnicy
Wyobraźmy sobie sytuację: trzech kolegów siedzi przy stole, relaksując się po ciężkim tygodniu. Na stole butelki z resztkami alkoholu. W głowach pojawiają się coraz to bardziej absurdalne pomysły. Nagle jeden z jegomościów mówi:
- Ech, fajnie byłoby zostać prezesem Orlenu.
Na co drugi odpowiada:
- No to dawaj, robimy walne i cię wybierzemy.
Brzmi absurdalnie? Nie trzeba być prawnikiem, żeby to wiedzieć.
A teraz lekko zmodyfikujmy przykład:
- Ech, fajnie byłoby zostać prezesem jakiejś dużej spółki.
Na co drugi odpowiada:
- No to dawaj, robimy walne i cię wybierzemy.
Nadal brzmi absurdalnie? Już nie. Takie przypadki w Polsce się zdarzają. I choć większość z nich kończy się tak, że osoba bez jakichkolwiek praw do spółki w prezesowskim fotelu nigdy nie zasiądzie, to w niejednym przypadku za zrezygnowanie ze swoich roszczeń dostanie kilka, a niekiedy nawet kilkadziesiąt milionów złotych.
Warunki
Co jest do tego potrzebne?
Po pierwsze - mieć znajomego notariusza. Bez niego ani rusz. Ewentualnie może być każdy inny notariusz, ważne, by nie przywiązywał wagi do takich szczegółów jak to, kto rzeczywiście jest uprawniony do głosowania podczas walnego zgromadzenia akcjonariuszy.
Po drugie - warto zatrudnić dobrego prawnika, by parować ciosy prawowitych właścicieli. Bo bez wątpienia nie pozwolą na to, by ktoś nieuprawniony przejął spółkę. A przynajmniej nie dopuszczą do tego bez walki: w prokuraturze, sądach, a także przy wykorzystaniu "ludzi z miasta".
Po trzecie - przejmowana spółka musi być niepubliczna. Dlatego zostanie prezesem Orlenu jest trudniejsze niż wejście w buty zarządzającego jakimś mniejszym podmiotem, powiedzmy o wartości pół miliarda złotych.
Oczywiście sytuacja, w której przy butelce wódki ktokolwiek przejmuje spółkę, to możliwość absolutnie ekstremalna. Znacznie częściej zdarzają się przypadki, gdy takie próby podejmują niezadowoleni kontrahenci lub skonfliktowana rodzina. I właśnie na przykładzie sporu pomiędzy braćmi pokażmy, jak wygląda walka o spółkę w Polsce. W sądach i poza nimi.
Janusz Stajszczak. W 1990 r. na liście "100 najbogatszych Polaków" tygodnika "Wprost" na 14. miejscu. Jeden z głównych bohaterów afery alkoholowej, która wstrząsnęła polskim życiem publicznym 25 lat temu. Chciał zostać senatorem, lecz mu się nie powiodło. Być może dlatego, że kampanię prowadził z zagranicy. Musiał, bo w Polsce czekał na niego prokurator. Dziś Stajszczakowi w kwestiach prawnych pomaga głównie Radosław Kwaśnicki, czołowy specjalista w Polsce od prawa handlowego, wiceprzewodniczący rady nadzorczej PKN Orlen. Swoimi opiniami prawnymi wspiera go też Janusz Kaczmarek, były minister spraw wewnętrznych oraz prokurator krajowy.
Mirosław Stajszczak przez wiele lat pozostawał w cieniu brata Janusza. To on został skazany na kilka lat pozbawienia wolności za korupcję. Na liście jego płac znajdował się wysoki rangą funkcjonariusz Urzędu Ochrony Państwa. Odsiedział wyrok, wyszedł i ponownie zajął się biznesem. Jego pełnomocnikiem w sporze z bratem jest prof. Michał Królikowski, były wiceminister sprawiedliwości.
Spór toczy się o spółkę akcyjną Causum. Jej wartość wraz z innymi mniejszymi spółkami, czyli przede wszystkim Ekstronem oraz Pogonią-Giga, to ok. 600 mln zł. Firma zajmuje się obsługą nieruchomości, posiada własny park przemysłowy, produkuje także opakowania styropianowe. Do jednej z powiązanych spółek - Pogoń-Giga - należy ekskluzywny hotel w Kołobrzegu.
I tu ważne zastrzeżenie: nazwy spółek oraz nazwisko prezesa ujawnionego w Krajowym Rejestrze Sądowym zostały zmienione. Chodzi o to, by w wyniku informacji medialnych działalność opisywanych podmiotów nie ucierpiała, np. wskutek rezygnacji z usług spółki któregoś z kontrahentów.
Bracia Stajszczakowie przez wiele lat działali razem. Wedle szacunków lokalnej prasy kontrolowali nawet 200 spółek. W ostatnich latach jednak się poróżnili. Janusz chciał odpocząć, mniej angażował się w biznes. W tym czasie Mirosław miał przejąć kontrolę nad wszystkimi firmami, które bracia stworzyli. Taką wersję słyszę od Dariusza Kulgawczuka, partnera w kancelarii dr. Radosława Kwaśnickiego specjalizującej się w sporach korporacyjnych.
- Bracia Stajszczakowie kontrolowali wiele spółek, często za pośrednictwem innych spółek. Z tego, co mi wiadomo, Janusz wprowadził brata Mirosława do założonych przez siebie spółek. Z bliżej mi nieznanych przyczyn Mirosław po wielu latach mniej lub bardziej zgodnej współpracy postanowił jednak przejąć cały wypracowany majątek - przekonuje mec. Kulgawczuk.
To ma być jedna z przyczyn, dla których Janusz stara się odzyskać wpływy w rodzinnym majątku. - Tych bezprawnych działań nie można nazywać sporem korporacyjnym. To zwykłe oszustwo. Janusz Stajszczak przy pomocy prawników chce bezprawnie przejąć kontrolę nad spółką, do której nie ma żadnych praw - oburza się na wspomnienie o sporze korporacyjnym Dariusz Madejczuk, prezes zarządu Causum SA. Warto dodać: prezes przez Janusza Stajszczaka i jego stronników nieuznawany. To on jednak widnieje w Krajowym Rejestrze Sądowym.
Zastanawiający jest jeden szczegół: pod koniec lat 90. bracia byli bankrutami. Zresztą ich biznesy plajtowały potem jeszcze wielokrotnie. Zarzewiem obecnego konfliktu jest m.in. upadłość Domaru, prowadzącego sieć sklepów RTV-AGD, która rozpoczęła się w 2009 r. Wielokrotnie aparat państwowy próbował wyegzekwować pieniądze od Stajszczaków. Niemal zawsze bezskutecznie, gdyż wykazywali oni, że nic nie mają. Jak w takim razie udało się im zbudować imperium warte ponad pół miliarda złotych?
- Sądzę, że w rzeczywistości niewielu tzw. bankrutów zostaje z absolutnym zerem - próbuje wyjaśnić nasze wątpliwości prof. Michał Królikowski. I dodaje, że interesuje go stan prawny, a nie zaszłości historyczne. A zgodnie z jego wiedzą Janusz nie ma żadnych podstaw prawnych ku temu, aby przejąć rodzinny majątek.
Poza schematami
14 listopada 2013 r. odbywa się pierwsze walne zgromadzenie akcjonariuszy zwołane przez Janusza Stajszczaka twierdzącego, że dysponuje ponad połową akcji w Causum. Zgodnie z art. 399 kodeksu spółek handlowych walne zgromadzenie w spółce akcyjnej zwołuje zarząd lub ewentualnie rada nadzorcza. Możliwy jest także przypadek, gdy zwoływane jest ono przez akcjonariuszy reprezentujących co najmniej połowę ogółu głosów w spółce. Na listopadowym posiedzeniu wymienione zostają władze podmiotu. Następnie część nieruchomości należących do spółki zostaje sprzedana przez nowych zarządzających. W zamian za nieruchomości do portfela Causum trafiają mniejszościowe udziały w niewielkich spółkach, których realna wartość - oględnie mówiąc - nie jest największa.
Właśnie na tym etapie dostrzec można fatalny mechanizm umożliwiający przejęcie niemal każdej spółki niepublicznej. Zwołanie walnego zgromadzenia akcjonariuszy wymaga umieszczenia stosownego ogłoszenia w "Monitorze Sądowym i Gospodarczym". Sęk w tym, że nikt nie weryfikuje tego, czy WZA zostaje zwołane przez podmiot do tego uprawniony. Mówiąc prościej, każdy może zorganizować zgromadzenie akcjonariuszy dużej spółki akcyjnej. Jeśli zostanie z niego sporządzony protokół przez notariusza, w wielu instytucjach - nawet sądach - taki dokument zostanie uznany za wystarczający. Mówiąc jeszcze prościej: osoba z ulicy może dziś umieścić ogłoszenie w "Monitorze Sądowym i Gospodarczym", z którego będzie wynikało, że 1 czerwca 2016 r. odbędzie się WZA spółki Causum.
I tu objawia się słabość przepisów. Z jednej strony - gdyby nie było możliwości prostego zwołania WZA, to nie dochodziłoby do przejmowania spółek. Z drugiej - jakakolwiek zmiana, podyktowana nielicznymi skomplikowanymi przypadkami, stanowiłaby utrudnienie dla firm, w których do żadnych sporów nie dochodzi. Kontrola merytoryczna na etapie umieszczania ogłoszeń w "MSiG" znacząco by wydłużała czas pomiędzy podjęciem decyzji przez menedżerów a jej realizacją.
Oczywiście samo zwołanie zgromadzenia akcjonariuszy, gdy nie dysponuje się żadnymi głosami, nie wystarczy. Ale wyobraźmy sobie sytuację, że organizator takiego zgromadzenia przyprowadza ze sobą 10 osób, które deklarują, że są uprawnione do wykonywania prawa z akcji. Przyprowadza także notariusza. Ten nie otrzymuje od zarządu listy akcjonariuszy (art. 407 k.s.h.), bo zarząd o zgromadzeniu nic nie wie. Nie weryfikuje więc w ogóle, czy przybyłe osoby rzeczywiście są uprawnione do głosowania.
Można sobie wyobrazić także sytuację idącą dalej. Otóż zwołujący WZA tworzy własną księgę akcji, alternatywną wobec księgi akcji spółki. W takiej sytuacji w obrocie prawnym zaczynają się znajdować dwie księgi, którymi w razie potrzeby obie strony się posługują.
I właśnie zarzut stworzenia alternatywnej księgi akcji stawiają Januszowi prawnicy Mirosława. "Dokument ten w zamyśle sprawcy miałby legitymizować jego działania wobec osób trzecich oraz utrudnić organom ścigania ich prawnokarną ocenę" - czytamy w stanowisku podpisanym przez prof. Królikowskiego.
Po 14 listopada 2013 r. odbyło się jeszcze co najmniej kilkanaście walnych zgromadzeń akcjonariuszy Causum inspirowanych przez Janusza (przez prawników Mirosława nazywane są one "spotkaniami niesłusznie nazywanymi walnymi zgromadzeniami"). O większości z nich wiedzieli już jednak Mirosław oraz prezes Madejczuk. Dowiadywali się o nich, śledząc "MSiG". Postanowili więc udaremniać ich przebieg. Napisać, że było burzliwie, to jak nic nie napisać. Część posiedzeń odbyło się w kancelarii Radosława Kwaśnickiego. Przed wejściem do sali konferencyjnej, w której odbywały się obrady, stoi duży baner reklamowy kancelarii z hasłem przewodnim: "Wychodzimy poza utarte schematy". To określenie rzeczywiście dobrze odzwierciedla przebieg zgromadzeń. Poza utarte schematy wychodzili absolutnie wszyscy.
W kancelarii dr. Kwaśnickiego słyszymy, że na jedno z walnych zgromadzeń przyszedł sam Mirosław Stajszczak. I bez pardonu zaczął przepychać się z organizatorami spotkania, a także naruszył nietykalność cielesną mec. Kulgawczuka. - Wolałbym tego tematu nie poruszać w wypowiedziach medialnych z uwagi na dobro ewentualnej przyszłej ugody. Pan Mirosław Stajszczak doskonale wie, co miało miejsce na nadzwyczajnym walnym zgromadzeniu, które odbyło się w Kancelarii RKKW 14 kwietnia 2015 r. Mamy zresztą nagranie audio-wideo całego zdarzenia - mówi Kulgawczuk. Jednak udało mi się dowiedzieć, że Mirosław na posiedzenie miał przyjść z obstawą panów przypominających bohaterów książek byłego gangstera Masy.
Zupełnie inaczej sprawę widzi prof. Michał Królikowski. Wskazuje on, że to stronnicy Janusza nie cofają się przed korzystaniem z usług pracowników ochrony o stosunkowo ograniczonej mimice twarzy. I że na jednym z walnych zgromadzeń to nietykalność cielesna Królikowskiego oraz towarzyszącego mu adwokata Grzegorza Kucharskiego została naruszona. Ten ostatni miał być przyduszany przez osiłków. - Nie widziałem ani nie słyszałem, by naruszona została nietykalność cielesna mec. Królikowskiego oraz mec. Kucharskiego. Z tego, co mi wiadomo, to raczej wskazane osoby były w całym zdarzeniu stronami aktywnymi - deklaruje partner w kancelarii dr. Kwaśnickiego. I zaznacza, że nie ma sensu rozwijać tego tematu, gdyż w całej sprawie chodzi wyłącznie o spór między braćmi, a nie przepychanki między ich pełnomocnikami.
Inne zgromadzenia były równie ciekawe. Jedno z nich miało odbyć się w Warszawie w budynku przy ul. Żurawiej 18. To budynek z setkami pokoi zajmowanymi przez niewielkie firmy. - Bez precyzyjnego podania numeru pokoju lub nazwy firmy nie sposób dotrzeć na jakiekolwiek spotkanie - opowiada mec. Grzegorz Kucharski. Wskazuje, że po paru minutach przedstawiciele Mirosława Stajszczaka dostrzegli wymykających się tylnym wyjściem prawników z kancelarii mec. Kwaśnickiego. Na pytanie, czy odbyło się zwołane przez nich WZA, pełnomocnicy Janusza powiedzieli, że w budynku przy Żurawiej byli w sprawach prywatnych. - Jednak zaproszony przez nich notariusz sporządził protokół, z którego wynikało, że właśnie uczestniczył w WZA - zaznacza mec. Kucharski. Mecenas Kulgawczuk ripostuje: - Taka sytuacja nie miała miejsca, mec. Kucharski pomylił osobę, miejsce lub zdarzenie.
O innej sytuacji opowiada mi były pracownik kancelarii Radosława Kwaśnickiego. - Zamieszanie związane z walnymi w kancelarii mec. Kwaśnickiego to nic nowego. Pamiętam przypadek, gdy notariusz został przywieziony na posiedzenie w bagażniku samochodu - mówi. Chodziło o to, aby nikt nie dostrzegł rejenta w aucie podjeżdżającym przed kancelarię. Bo gdyby został zauważony, najprawdopodobniej notariusz nie zostałby wpuszczony do budynku przez usiłujących zablokować zgromadzenie.
Cel Janusza Stajszczaka został jednak osiągnięty. Walne się odbyły. Czy zgodnie z prawem? Analizują to teraz sądy w wielu postępowaniach. Janusz Stajszczak posługuje się jednak dokumentami uwiarygodniającymi to, że to jego ludzie zasiadają we władzach Causum. W tym protokołami notarialnymi potwierdzającymi zgodność ustaleń NWZA z prawem.
Obrona kosztuje
Pośród tysięcy stron dokumentów, które otrzymaliśmy od stron, szczególnie ciekawe są te dotyczące ugody pomiędzy Causum a Pogoń-Giga. Po jednym z walnych zgromadzeń Janusz - jako prezes Causum - zdecydował się zawrzeć ugodę ze swoim współpracownikiem kontrolującym Pogoń-Giga. Wykorzystany został mechanizm ujęty w art. 777 kodeksu postępowania cywilnego, który to artykuł potocznie nazywany jest "trzy kosy". Polega to na tym, że dłużnik dobrowolnie poddaje się egzekucji, zobowiązując się do zapłacenia określonej kwoty. W tym przypadku Janusz reprezentujący Causum zobowiązał się z majątku spółki wypłacić Pogoń-Giga 30,5 mln zł.
Pytam mec. Dariusza Kulgawczuka, czy standardową praktyką jest to, że osoba znajdująca się w sporze korporacyjnym - gdy nie jest jeszcze nawet ujawniona w KRS jako reprezentująca spółkę - poddaje się egzekucji na tak olbrzymią kwotę. - W praktyce spotyka się różne rozwiązania prawne, tak samo jak różne mogą być potrzeby biznesowe. Nie przypominam sobie jednak, aby Janusz Stajszczak w taki sposób chciał uszczuplić majątek Causum - odpowiada mec. Kulgawczuk.
Profesor Królikowski, zapytany o tę sytuację, jedynie się uśmiecha i prosi swojego współpracownika o przyniesienie dokumentów. Dostajemy kopię wypisu aktu notarialnego z 18 marca 2015 r. z ugodą. - To cud, że udało się nam powstrzymać wyprowadzenie tych pieniędzy. Stało się tak tylko dlatego, że krakowski sąd uznał, że jest niewłaściwy miejscowo w tej sprawie, i przekazał ją do warszawskiego sądu. A wszelkie postępowania dotyczące Causum w Warszawie wnikliwie monitorujemy - tłumaczy Królikowski.
W Warszawie dałoby się więc nakręcić thriller prawniczy. Za to w Bydgoszczy, gdzie swoje siedziby mają Causum oraz spółka Ekstron, śmiało można by nakręcić film sensacyjny. Nadkomisarz Maciej Daszkiewicz z kujawsko-pomorskiej policji mówi: - Znam tę sprawę doskonale. Aż za dobrze. Wszyscy policjanci ją znają.
Policjant tłumaczy, że najchętniej służby nie jeździłyby już do wezwań zgłaszanych czy to przez stronników Mirosława, czy Janusza, lecz obliguje ich do tego prawo. Jednocześnie przyznaje, że ze sporem o takim natężeniu wzajemnej niechęci i tak wymyślnych metodach działania nie spotkał się nigdy wcześniej w swojej zawodowej karierze.
Przykłady? Spokojny październikowy wieczór, w budynku Ekstronu pozostała zaledwie ochrona oraz kilka osób do sprzątania. Nagle przez okna wpadają granaty z gazem łzawiącym. Ludzie w panice uciekają z budynku. W tym samym czasie w maskach przeciwgazowych do tego samego budynku wbiega banda osiłków. Siedziba Ekstronu właśnie została przejęta. Ale druga strona się nie poddaje. Przywozi następnego dnia palety przemysłowe, którymi przysłania okna na parterze budynku. W tym samym czasie zaspawane zostają drzwi do budynku. - Strony sporu robią sobie na złość i angażują w swoją kłótnię funkcjonariuszy policji. To, co możemy zrobić, to pilnować, aby nikt nikomu nie wyrządził krzywdy - mówi nadkom. Daszkiewicz.
Od jednego z bydgoskich policjantów słyszymy, że zaspawanie wejścia przez ludzi jednego z braci zostało uznane za niewystarczające. Dlatego też zamówiono samochód ciężarowy, który przywiózł olbrzymi głaz, mający służyć za blokadę wyjścia, gdyby udało się obecnym w budynku sforsować zaspawane drzwi. - Głaz? A, to nie słyszałem. Ale wie pan, ja w tym przypadku niczego nie wykluczam - konkluduje Daszkiewicz.
Jakkolwiek powyższe działania mogą sprawiać wrażenie zabawnych, Dariusz Madejczuk wskazuje, że stanowią one ogromny problem przy prowadzeniu biznesu. Bo znacząco musiał zwiększyć nakłady na ochronę imperium Mirosława Stajszczaka i każdego dnia martwi się, czy uda się utrzymać kontrolę nad siedzibą firmy. - W związku z ciągłym zagrożeniem jesteśmy zmuszeni do zatrudniania kilku agencji ochrony, by nie dopuścić do bezprawnego wtargnięcia do obiektów należących do firmy. Oczywiście jesteśmy w kontakcie z policją, która jednak potrzebuje do 15 minut na przyjazd. A przez ten czas musimy utrzymać kontrolę nad budynkiem - mówi Madejczuk.
Daszkiewicz potwierdza, że w razie wezwania funkcjonariusze nie będą analizowali, czy właśnie przebywająca w budynku ekipa ma do tego prawo. - To sprawa dla sądów i prokuratury - mówi.
Po co strony sporu walczą o kontrolę nad nieruchomościami? Po pierwsze, często to właśnie na te adresy przychodzą wezwania sądowe. Po drugie: kontrola nad siedzibą spółki uwiarygadnia dane osoby zarówno przed kontrahentami, jak i - co nawet ważniejsze - przed urzędnikami oraz sędziami.
Trzeba bowiem wiedzieć, że sądy, które orzekały w sprawie Causum oraz innych spółek powiązanych, robiły to już kilkadziesiąt razy. W większości przypadków wygrywają prawnicy Mirosława, lecz zdarzają się także sprawy, w których górą są pełnomocnicy Janusza.
- Problemem jest to, że sądy dostają jedynie wycinek całej dużej sprawy. Inaczej ona wygląda, gdy się spojrzy wyłącznie przez pryzmat jednej nieruchomości, a inaczej gdy się dojrzy całość działań naszych oponentów - tłumaczy prof. Michał Królikowski.
Słowa mec. Dariusza Kulgawczuka zresztą to potwierdzają. Wskazuje on, że sąd rejestrowy w Warszawie odmówił wpisania zmian w KRS spółki na żądanie zarządu Causum uznawanego przez Mirosława Stajszczaka. Udało mi się potwierdzić ten fakt. Jednocześnie jednak sąd rejestrowy odmówił wpisania do KRS Janusza i jego stronników. Mówiąc wprost: nawet sąd rejestrowy stwierdził, że żadnych zmian w rejestrze nie wprowadzi, dopóki inne sądy i prokuratura nie ustalą, kto w tym sporze ma rację.
Co dalej?
Mecenas Dariusz Kulgawczuk mówi, że żałuje, iż prawnicy drugiej strony sporu postanowili zaangażować w sprawę prokuraturę. Rzeczywiście, prof. Michał Królikowski złożył zawiadomienie do prokuratury, w którym wśród wielu czynów zabronionych wskazuje m.in. podrobienie dokumentu stwierdzającego uczestnictwo w spółce. To wytoczenie najcięższych dział. Za ten czyn - ujęty w art. 310 kodeksu karnego - grozi nawet do 25 lat pozbawienia wolności. Tej zbrodni w ocenie Królikowskiego miał się dopuścić Janusz Stajszczak. Ale i mec. Kulgawczuk jest wymieniony wśród potencjalnych sprawców. Z pisma, które otrzymaliśmy, wynika, że zdaniem prof. Królikowskiego dopuścił się on poświadczenia nieprawdy oraz usiłowania oszustwa.
- Niestety w sprawę, i to przez obie strony, została już zaangażowana prokuratura. Z mego doświadczenia w zakresie sporów korporacyjnych wiem, że nie jest to sytuacja korzystna, bo nawet jeśli bracia Stajszczakowie się porozumieją, to postępowania karne będą się dalej toczyły. Taka świadomość z pewnością utrudnia zawarcie ugody - mówi mec. Kulgawczuk.
- Mimo wszystko wierzę, że strony wcześniej czy później się porozumieją. Trwanie w sporze w dłuższej perspektywie nie jest korzystne dla nikogo - twierdzi prawnik.
Prezes Causum Dariusz Madejczuk twierdzi jednak, że pola do negocjacji nie ma. - Mielibyśmy zawrzeć ugodę i dać kilkadziesiąt milionów złotych komuś tylko dlatego, że nam komplikuje życie? Jeśli tak uczynimy, to zaraz przyjdą następni - tłumaczy.
Z kolei pełnomocnik Causum, Michał Królikowski, dodaje: - To jest właśnie sposób działania tego rodzaju obsługi prawnej. Wywołać wiele procesów, wykorzystać stopień skomplikowania problemów prawnych oraz słabości sądów wynikające z cennej przecież niezawisłości sędziów.
- Innymi słowy: eskalować ryzyko, by potem zachęcić do zawarcia ugody. Od początku to działanie jest ukierunkowane nie na przejęcie całego majątku, lecz na otrzymanie kawałka tortu od prawowitych właścicieli w zamian za święty spokój - twierdzi były wiceminister.
Jeden ze znanych warszawskich adwokatów, już na emeryturze, potwierdza, że to może być sposób działania niektórych prawników. - Każdy podmiot gospodarczy ma pewną wydolność ekonomiczną. Żeby się bronić przed przejęciem, musi zatrudnić sztab prawników, wzmocnić ochronę. To kosztuje, a spółka się wykrwawia. W którymś momencie akcjonariusze dochodzą do wniosku, że lepiej zapłacić - tłumaczy adwokat.
Każdy podmiot gospodarczy ma pewną wydolność ekonomiczną. Żeby się bronić przed przejęciem, musi zatrudnić sztab prawników, wzmocnić ochronę. To kosztuje, a spółka się wykrwawia. W którymś momencie akcjonariusze dochodzą do wniosku, że lepiej ustąpić
Współpraca Jakub Styczyński
Patryk Słowik
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu