Bliski kres podwójnej jakości produktów. Dyrektywa na ostatniej prostej
Z Brukseli napływają korzystne dla konsumentów informacje: Komisja Europejska chce jak najszybciej skończyć z podwójną jakością produktów. Nowelizacja dyrektywy o nieuczciwych praktykach handlowych, która ma walczyć z tym procederem, jest już na ostatniej prostej. W poprzedni piątek wspólne rozwiązanie przyjęli ambasadorowie krajów członkowskich UE, a z kręgów Parlamentu Europejskiego dochodzą informacje, że jest wola niemal wszystkich, by prace nad nią zakończyć jeszcze w tej, kończącej się kadencji. Czyli dosłownie w ciągu kilku tygodni. – Wszyscy zdają sobie sprawę, że w przeciwnym razie wysiłek podjęty podczas tej kadencji pójdzie na marne – słyszymy od europosłów. Jednak to, co cieszy konsumentów, jest złą wiadomością dla producentów. W tym również polskich firm eksportujących na unijne rynki. Bo jeśli praktyka różnicowania jakości produktów zostanie wpisana na listę praktyk zakazanych, to będą musieli się dostosować albo zmierzyć z organem nadzoru, który zyska prawo do nakładania kar w wysokości do 4 proc. obrotów handlowych (jak proponuje KE) lub nawet do 10 mln euro (jak proponuje parlament). Co więcej, chociaż wszystko zaczęło się od problemu różnej jakości żywności – słodyczy, chipsów, napojów, przetworów – to zakaz ma być szerszy. Komisja Europejska chce skończyć z podwójną jakością towarów w ogóle. Czyli również zakazać różnicowania składu proszków do prania, chemii, kosmetyków i innych wyrobów w wersjach tego samego produktu na poszczególne rynki.
Producenci już dziś zaczynają liczyć koszty. Jednakowa jakość na wszystkie rynki oznaczać może konieczność ujednolicenia składników, zmiany dostawców, etykiet, polityki marketingowej. A nawet zmiany umów między producentami a sieciami handlowymi. A im dłużej producenci liczą i analizują, tym bardziej starają się wpłynąć na przyjęcie zmian w wersji bardziej łagodnej, niż proponuje to europarlament. Bo z jednego zdają sobie sprawę: nie da się całkowicie wycofać z obranej drogi. Za dużo europosłowie obiecali swoim wyborcom w tej kwestii. ©℗
Joanna Pieńczykowska
joanna.pienczykowska@infor.pl
Na celowniku już nie tylko żywność
Unia Europejska chce skończyć z podwójną jakością towarów. Stosowanie zamienników w wyrobach opatrzonych tą samą etykietą będzie zakazane – wynika z propozycji nowelizacji dyrektywy. Prace nad nią zakończyć się mają jeszcze w tej kadencji europarlamentu
Niemal identyczne opakowania, ten sam producent, ta sama marka, co więcej nierzadko napis ”oryginal„ – a w środku: inna jakość, odmienny skład, smak, a nawet waga zawartości. Podwójna jakość żywności: batoników, chipsów, słodyczy, a także innych produktów, m.in. osławionych proszków do prania – to nie tylko subiektywne spostrzeżenia konsumentów, którzy mieli okazję kupić identycznie wyglądające towary w sklepach w krajach Europy Zachodniej i w Polsce. Zjawisko potwierdzają również badania przeprowadzone przez organy nadzoru – w tym przez polski Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Na podwójną jakość wyrobów narzekają Czesi, Litwini, Rumuni, Słowacy.
Komisja Europejska mówi dość tego rodzaju praktykom. I to nie tylko podwójnej jakości żywności, ale wszelkiego rodzaju towarów. Kres tego rodzaju działaniom ma przynieść nowelizacja dyrektywy o nieuczciwych praktykach w handlu. Prace nad nowelą toczą się bardzo intensywnie. Ambasadorowie krajów członkowskich UE 1 marca przyjęli wspólne rozwiązanie, swoją wersję propozycji ma także Parlament Europejski. By zmiany stały się rzeczywistością, potrzebne są jeszcze uzgodnienia między unijnymi instytucjami. A wszystko wskazuje, że to kwestia kilku najbliższych tygodni. – Jest szansa, że dyrektywa zostanie przyjęta jeszcze w kwietniu – mówią europarlamentarzyści.
UE nie chce czekać, bo jeśli nie przyjmie dyrektywy teraz, to najwcześniej będzie to możliwe za dwa lata. Zbliża się bowiem koniec kadencji obecnego europarlamentu. Pod koniec maja odbędą się wybory europejskie, a praktyka pokazuje, że w Brukseli powrót do odłożonych projektów zazwyczaj trwa.
Pośpiech szkodzi
Prace nad regulacją od samego początku budziły wiele emocji. Zwłaszcza wśród producentów, którzy podkreślają, że przepisy są zmieniane, zanim jeszcze została zrobiona dogłębna analiza zjawiska. Ta wciąż jest w toku i nic nie wskazuje na to, by miała się zakończyć przed przyjęciem dyrektywy.
– Uważamy, że rozsądnie byłoby poczekać z przyjęciem dyrektywy do momentu zakończenia analiz, by było wiadomo, co dokładnie należy uregulować. Szczególnie że z analizy przeprowadzonej przez polski UOKiK wynika, iż nie jest to zjawisko o dużej skali. Przynajmniej w sektorze spożywczym. Ze zbadanych 101 par produktów adresowanych na polski i zagraniczne rynki, istotne różnice dotyczyły 12, czyli kilkunastu procent. Co więcej, w większości dały się wytłumaczyć – podkreśla Andrzej Gantner, dyrektor Polskiej Federacji Producentów Żywności.
Komisja Europejska wzięła na celownik problem podwójnych standardów już w 2017 r., w pierwszej kolejności skupiając się na żywności. W wydanym wówczas zawiadomieniu zapowiedziała opracowanie wspólnego podejścia do porównawczego testowania produktów spożywczych. Tym zajęło się Wspólne Centrum Badawcze przy KE. Wyników tej analizy do tej pory jednak nie opublikowano.
Mimo to KE zdecydowała się zaproponować zmianę w przepisach. Tłumaczyła to doświadczeniem, które – jak czytamy w projekcie – pokazuje, że ze względu na brak wyraźnego przepisu może nie być jasne dla konsumentów, przedsiębiorców i właściwych organów krajowych, które praktyki handlowe są sprzeczne z dyrektywą. Procedowane zmiany w przepisach miały zgodnie z intencją prawodawców rozwiać wątpliwości. Na razie budzą jednak wiele pytań i obaw. Dlatego producenci boją się pośpiechu, wskazując, że proponowane przepisy noweli dyrektywy nie są doskonałe, a ich wdrożenie przełoży się na kondycję biznesu. Oczywiście w największym stopniu na firmy, które są eksporterami na wiele rynków.
Projektowane zmiany mogą mieć ogromne znaczenie dla polskich firm. Jak zauważają eksperci, Polska należy do krajów, które od lat eksportem stoją. Jesteśmy poważnym graczem nie tylko w handlu zagranicznym żywnością, ale też innymi produktami: od maszyn i urządzeń, poprzez okna, kosmetyki, farmaceutyki – po srebro (patrz infografika). Nowe wytyczne mogą oznaczać duże zmiany dla znacznej części polskich producentów.
Dwa podejścia w Brukseli
Ostateczny kształt przepisów i skala ich oddziaływania nie są jeszcze przesądzone. Wszystko zależy od tego, które podejście wygra w Brukseli. Propozycje są dwie: restrykcyjna i liberalna. Zaostrzoną wersję przepisów zaproponował europarlament. Izba przegłosowała całkowity zakaz różnicowania produktów, wpisując takie działanie na listę praktyk zakazanych, stanowiącą aneks do dyrektywy o nieuczciwych praktykach handlowych. A to oznaczałoby, że podwójna jakość będzie zakazana co do zasady.
Inne jest natomiast podejście krajów członkowskich. Ambasadorowie państw w ramach COREPER (Komitet Stałych Przedstawicieli) uzgodnili 4 marca wersję noweli, która zakłada wpisanie zakazu podwójnej jakości w wersji mniej restrykcyjnej w treść samej dyrektywy. To mogłaby się wydawać mała, ale w praktyce niezwykle znacząca różnica. Oznacza bowiem, że zakaz podwójnej jakości nie będzie obowiązywać bezwzględnie, a każdy przypadek będzie mógł być rozpatrywany z osobna przez organy krajowe. W swoich ocenach organ taki jak UOKiK będzie musiał się kierować w szczególności tym, czy różnica w składzie produktu jest łatwo zauważalna dla klienta oraz czy producent dostosowując swój towar do lokalnego rynku, kierował się obiektywnymi czynnikami, takimi jak dostępność składników.
Problem dla wytwórców
Producenci uważają, że to drugie podejście – indywidualne do każdego przypadku, proponowane przez państwa członkowskie – jest dla nich dużo korzystniejsze. Dlatego Europejskie Zrzeszenie Przemysłu Spożywczego Food Drink Europe przyjęło z zaniepokojeniem poprawkę Parlamentu Europejskiego. Jak podkreśla organizacja w swoim stanowisku, zakaz różnicowania produktów i wpisanie takiej praktyki na listę zakazanych co do zasady wykluczy możliwość oceny każdego przypadku z osobna. A to może doprowadzić do tego, że poszczególne marki wprowadzą jedną recepturę na całą Europę. To z kolei ograniczy innowacyjność i wybór dla konsumenta, zwiększy cenę produktu na niektórych rynkach. Takie rozwiązanie może również – jak podkreślają europejscy producenci – odbić się negatywnie na rolnictwie. Bo trzeba sobie wyobrazić, że wtedy dostawcy będą musieli zacząć dostarczać do wszystkich fabryk rozlokowanych w poszczególnych krajach takie same składniki. – Co więcej, mogłoby to prowadzić do nieuczciwej konkurencji pomiędzy wielonarodowymi dostawcami a lokalnymi konkurentami – podkreśla w swoich opiniach Food Drink Europe.
Doktor Agnieszka Szymecka-Wesołowska z Centrum Prawa Żywnościowego potwierdza: rzeczywiście wpisanie zakazu stosowania takich praktyk do aneksu, jak chce europarlament, oznacza, że będą one uznane za nieuczciwe w każdych okolicznościach, bez konieczności oceny konkretnego przypadku w świetle ogólnych kryteriów, jakimi dana praktyka musi się charakteryzować, by być uznana za nieuczciwą. – W przypadku wpisania praktyki jako nielegalnej do aneksu takie uznanie dokonywać się będzie niemalże automatycznie. Nie będzie miejsca na rozbudowaną polemikę i uzasadnienie przyczyn różnicowania produktów – zauważa. – Dlatego wpisanie zakazu podwójnej jakości w treści dyrektywy z pewnością byłoby podejściem bardziej elastycznym i korzystnym dla producentów – dodaje dr Szymecka-Wesołowska.
Kary wysokie. Ale jak?
Projekt dyrektywy przewiduje, że producenci, którzy nie dostosują się do nowych rozwiązań, będą musieli słono za to zapłacić. Za złamanie zakazu podwójnej jakości na firmę będzie można nałożyć karę do 4 proc. jej rocznych obrotów handlowych. Przy czym europarlament zaostrzył również zapis dotyczący kary, dodając możliwość nałożenia jej w wysokości do 10 mln euro – w zależności od tego, w którym wariancie będzie ona wyższa. Ale to na razie tylko rozwiązanie forsowane przez Parlament Europejski, bo w wersji uzgodnionej przez ambasadorów zapis o 10 mln euro się nie znalazł. Ponadto kara w takim wymiarze będzie mogła być nałożona po skoordynowanej akcji organów kilku krajów członkowskich, co z kolei w ocenie europejskiej organizacji konsumentów jest niepotrzebnym warunkiem. O tym, które podejście wygra, przesądzą negocjacje unijnych instytucji.
Decydujące tygodnie
Czasu nie zostało już wiele, bo ostateczną wersję nowych przepisów musi zatwierdzić europarlament, który po raz ostatni w tej kadencji zbierze się w połowie kwietnia. Jak jednak słyszymy w izbie, sprawująca prezydencję w Radzie UE Rumunia naciska na przyspieszenie prac, by nowe przepisy udało się uchwalić jeszcze w obecnej kadencji. Na nowych przepisach zależy Czechom i Słowakom (którzy w 2017 r. zainicjowali dyskusję na temat potrzeby ujednolicenia jakości towarów), mniej – Niemcom i Francuzom. Podział interesów jest oczywisty. W krajach na zachód od Odry problem podwójnej jakości dla konsumentów nie istnieje. Obostrzenia w regulacjach mogą uderzyć za to w zachodnich producentów, którzy liczą na wsparcie swoich rządów w Brukseli.
Konsekwencje kosztowne dla producentów
Nowe przepisy mogą zwiększyć koszty produkcji, opakowań, marketingu. Zmuszą też do renegocjacji umów między dostawcami a sieciami handlowymi
Producenci już liczą straty, które mogą ponieść z tytułu wdrożenia dyrektywy. Uważają, że przez jej zapisy koszty produkcji wzrosną. – I to niemało, bo od kilku do nawet kilkudziesięciu procent, w zależności od firmy – ocenia Andrzej Gantner. Dlaczego? – Z jednej strony dyrektywa zezwala na różnicowanie jakości żywności ze względu na różnice w prawie kraju czy preferencje konsumentów. Z drugiej jednak nie wprowadza kryteriów, z których wprost wynika, kiedy takie działanie jest dozwolone, a kiedy nie – dodaje Gantner.
To oznacza jego zdaniem jedno: że ciężar udowodnienia, iż wprowadzenie różnic w jakości produktu nie wynikało z chęci wprowadzenia konsumentów w błąd i nieuczciwej praktyki, ale było efektem dostosowania się do oczekiwań nabywców, będzie spoczywał przede wszystkim na producentach. A to spowoduje dodatkowe wydatki i podroży prowadzenie biznesu.
Dlatego dyrektor Polskiej Federacji Producentów Żywności jest przekonany, że producenci będą decydować się na unifikację produkcji na wszystkich rynkach dla świętego spokoju.
Jedna jakość nie za darmo
Jak podkreśla Marek Moczulski, prezes zarządu spółki Bakalland, jeśli producenci podejmą decyzję o wprowadzeniu do obrotu wyłącznie wariantu o wyższych parametrach jakościowych, to koszty produkcji niewątpliwie wzrosną. Unifikacja produktów może być jednak trudna do przeprowadzenia. Choćby dlatego, że różne są realia finansowe na poszczególnych rynkach. Ten sam baton w Polsce będzie kosztować 2 zł, a w Niemczech 1 euro, bo choć różnica w cenie jest zasadnicza, a koszty wytworzenia te same, to dochody konsumentów – różne.
– Aby producent niemiecki mógł z powodzeniem sprzedawać swoje wyroby w Polsce, musi wziąć pod uwagę dochody polskich konsumentów, bo nie ma czegoś takiego jak ”europejski konsument„. Żeby jego produkt się sprzedawał w Polsce, musi mieć określoną cenę półkową, którą może osiągnąć poprzez zmianę gramatury czy modyfikację receptury produktu oryginalnie produkowanego na rynek niemiecki – zaznacza Marek Moczulski. I dodaje, że konsument w Polsce nie ma możliwości porównania oferowanego przez niego produktu na terenie Polski z tym, który sprzedaje on na terenie Niemiec. On na podstawie ceny, gramatury i składu decyduje, czy produkt kupi, czy nie.
Doktor Agnieszka Szymecka-Wesołowska również uważa, że nowe regulacje mogą być sporym obciążeniem dla producentów. Jak mówi, już dziś mają oni wiele problemów z utrzymaniem jednolitości swoich produktów w ramach nawet tej samej linii produktowej i to tylko na krajowym rynku. – To zresztą jedno z głównych wyzwań całej branży spożywczej: żeby konsument, sięgając po ten sam produkt, zawsze otrzymywał to samo. Na tym polega zaufanie do marki i producenta. Żywność to nie metalowe pręty, to materia żywa o zmieniającej się wartości odżywczej, walorach smakowych, konsystencji, która zmienia się pod wpływem chociażby warunków przechowywania – zaznacza prawniczka. Wystarczy zmienić dostawcę tego samego składnika, np. przecieru pomidorowego, by wyrób gotowy, np. sos boloński, miał nieco inny smak. A zmiana źródeł zaopatrzenia to chleb powszedni każdego producenta. Dostępność określonych składników nie zawsze jest przecież taka sama. Czasem trzeba stosować zamienniki. A co jeśli ma się fabryki w kilku krajach?
Drożej ze względu na lokalne warianty
Kolejna konsekwencja to konieczność rozwiązania różnego rodzaju problemów z opakowaniami produktów. Utrzymanie różnicowania towarów wiązać się będzie na pewno z koniecznością zasygnalizowania tego na opakowaniu. Tego wymaga UE w swojej dyrektywie.
– Pojawia się jednak problem, w jaki sposób odzwierciedlać ewentualne różnice w produktach na ich opakowaniach. Jaki kraj ma być wzorcem w takiej sytuacji, czyli do którego wariantu powinniśmy porównywać wprowadzane na rynek produkty? Wspomniano gdzieś, że mają być to Niemcy. Dlaczego? – pyta jeden z producentów słodyczy.
Jak zauważają eksperci, nie wystarczy, tak jak dotychczas, podać tylko składu produktu. Muszą zostać wyraźnie zaznaczone różnice między produktem oferowanym w danym kraju a pozostałymi dostępnymi pod tą marką w innych państwach. To oznacza konieczność zmiany opakowań, stworzenia wariantów lokalnych; dotychczas producenci starali się robić jedno na wiele rynków.
Poza tym kilkanaście wariantów etykiet – jak podkreśla przedstawiciel Unilever Polska – może utrudnić logistykę i wpłynąć na koszty produktu.
Nowa strategia promocyjna
Koszty wiązać będą się też z koniecznością zmiany komunikacji marketingowej. Dyrektor generalny Polskiej Federacji Producentów Żywności zauważa, że dzisiaj z reguły reklama produktu jest taka sama bez względu na kraj. – Teraz trzeba będzie ją zróżnicować w zależności od tego, jak inny będzie produkt. Więcej wersji reklamy to większe koszty jej produkcji – ocenia Andrzej Gantner.
Maciej Lasoń z Unilever Polska podkreśla, że cała debata na temat różnicowania jakości produktów odbywa się pod hasłem ”dla dobra klienta„. – Tak jednak nie jest, to bardziej interes polityczny niż interes klienta – mówi. Zapewnia, że sprzedawanie na dane rynki produktów gorszej jakości to sprawa bardzo archaiczna. – Tego już właściwie nie ma. Faktycznie jeszcze dekadę temu tak mogło być, ale były procesy reformacyjne u wszystkich producentów. Dzisiaj Unia szuka rozwiązania problemu, który już zniknął – dodaje.
Andrzej Gantner zauważa, że po wejściu dyrektywy w życie producentom dojdzie jeszcze konieczność utrzymywania sztabu ludzi, którzy będą wnikliwie nadzorowali, co dzieje się z produktem na danym rynku, czy np. nie jest przeciwko niemu wszczynane postępowanie przez miejscowy UOKiK. Jeśli do niego dojdzie, producent będzie musiał zebrać i przygotować dokumentację, która dokładnie wyjaśni, na jakiej podstawie firma zdecydowała się na odmienność produktu. – Dowodem mogą być analizy przeprowadzone wśród konsumentów przed wdrożeniem danego towaru do sprzedaży. Musi z nich jasno wynikać, że skład trzeba było zróżnicować, bo tego chcieli przyszli kupujący. Zawsze jednak istnieje ryzyko, że organ kontrolujący uzna, iż badania nie są wystarczające, powinny być pogłębione – mówi Gantner. – Dlatego uważam, że po wejściu dyrektywy pojawią się też procesy o podwójną jakość produktów. A to oznacza wydatki na prawników i ewentualne kary w razie przegranej, czyli udowodnienia nieuczciwej praktyki rynkowej. Te natomiast mogą sięgać nawet 4 proc. obrotu firmy za ostatni rok obrotowy – dodaje.
Z rynku słychać jednak i głosy o tym, że organy kontroli rozumieją jednak, czym jest jakość – zgodność z wymaganiami prawa i zgodność ze specyfikacją. Dlatego w przypadku kontroli uznaniowe podejście nadzoru jest mało prawdopodobne.
– Oczywiste jest też, że ciężar dowodu spoczywa na producencie. Zgodnie z prawem producent udowadnia wiele cech produktu: jego bezpieczeństwo, zgodność z wymaganiami prawa, prawdziwość deklarowanych właściwości. Te wszystkie elementy podlegają kontroli ze strony instytucji nadzoru. Konsument ma otrzymać produkt, który ma deklarowane właściwości. Tego wymaga prawo i dla producentów to nie jest nic nowego – informuje Blanka Chmurzyńska-Brown, dyrektor generalna Polskiego Związku Przemysłu Kosmetycznego.
KE chce jednolitego rynku
Zniesienie produktów różnej jakości występujących na rynku unijnym pod tą samą marką wpisuje się w działania Brukseli na rzecz równouprawnienia wszystkich praw konsumentów. Inną zmianą był zakaz geoblokowania. Rozporządzenie w tej sprawie weszło w życie pod koniec listopada zeszłego roku. Zakazuje sklepom internetowym różnicowania cen w zależności od kraju pochodzenia kupującego. To pozwala konsumentowi na obejście problemu gorszej jakości produktu, ponieważ towar lepszy może kupić online w innym kraju. Brakującym ogniwem dotyczącym praw konsumentów jest zniesienie ograniczeń w dostawach. Niedługo wyniki swoich badań ma przedstawić w tej sprawie Komisja Europejska. Chodzi o to, że sprzedawcy często mają ograniczenia w zaopatrywaniu się w towary. Nie mogą kupić danego produktu od jakiejś sieci za granicą, lecz muszą korzystać z usług filii w swoim kraju. ©℗
Konsumenci też stracą
Wdrożenie dyrektywy może oznaczać negatywne konsekwencje również dla konsumentów. – Jeśli instytucje UE zaprojektują takie przepisy, które uniemożliwią konsumentom dostęp do ulubionych produktów o preferowanych właściwościach, odbije się to na nich. Możliwe, że stracą na tym lokalne społeczności lub środowisko, np. jeśli producent nie będzie mógł pozyskiwać składników z lokalnych źródeł. Mamy nadzieję, że do tego nie dojdzie – wylicza Chmurzyńska-Brown. Podkreśla też, że jednym z kluczowych trendów konsumenckich jest dziś personalizacja. Konsument szuka produktów jak najbardziej dopasowanych do jego indywidualnych oczekiwań. Już dziś są na rynku rozwiązania, które umożliwiają personalizację na poziomie jednostkowym: klient idzie do apteki lub drogerii i zamawia produkt pod kątem swoich oczekiwań, np. rodzaju i stanu skóry. – Prawo nie powinno ograniczać swobody rynku i samych konsumentów – zauważa Chmurzyńska-Brown.
Koniec z dyktatem dyskontów
Eksperci zauważają, że wejście dyrektywy w życie będzie miało też pozytywne przełożenie na biznes. Korzyści odczują zwłaszcza te firmy, które współpracują z dużymi sieciami handlowymi, w tym szczególnie z dyskontami.
Nie od dziś wiadomo, że te ostatnie o klientów konkurują przede wszystkim ceną. Tej nie da się utrzymać na niskim poziomie bez wpływu na skład produktu. W efekcie wędlina, kiełbasa czy serek oferowany pod tą samą marką w różnych sieciach handlowych obecnie może mieć inny skład. Tracą na tym konsumenci, którzy myśleli, że kupują coś taniej, ale tej samej jakości. Ale też firmy, bo to przekłada się na opinie o ich produktach. Bywa że dla każdej sieci towar jest wytwarzany z osobna, bo wymaga zastosowania składników w innych proporcjach. Można powiedzieć, że dostawca może odmówić, ale taka odmowa zgodnie z poleceniem sieci oznaczałaby rozwiązanie umowy o współpracy, co mogło prowadzić nawet do likwidacji biznesu.
– Teraz ten problem zniknie. Producenci będą mogli odmówić różnicowania swoich produktów, powołując się na zapis prawa unijnego. Tym bardziej że sieciom trudno będzie udowodnić, że wymagają tego, bo tak chcą klienci. To ułatwi dostawcom proces produkcyjny – wyjaśnia Witold Choiński, prezes zarządu Związku Polskie Mięso.
Eksperci dodają jednak, że nowa dyrektywa dotyczy tylko produktów sprzedawanych w różnych krajach. Nie dotyczy tych samych towarów oferowanych przez różne sieci w jednym kraju. Więc jeśli ktoś sprzedawałby produkty tylko w jednym kraju, to mógłby nadal różnicować jakość.
Renegocjacje na masową skalę? Będzie zamieszanie!
Witold Choiński zauważa, że drugą stroną medalu są renegocjacje zawartych umów o współpracy z sieciami handlowymi, które nieuchronne w przyszłości czekają producentów. A te zawsze wiążą się z ryzykiem dla producentów.
– Przy okazji ustalania na nowo warunków współpracy sieci próbują zbić cenę. Należy być przygotowanym, że trzeba będzie ją opuścić nawet o 1–3 proc. Sytuacja na rynku jest taka, że na miejsce na półce czyhają już inni producenci, a sieć wybierze tego, który zapewni najlepsze warunki dostawy – wyjaśnia jeden z dostawców wędlin.
Jeden z producentów makaronów podkreśla jednak, że może to też być szansą na podniesienie ceny. Szczególnie gdy w ostatnim czasie doszło do dużych podwyżek kosztów surowców czy pracy. A z tym boryka się cały przemysł przetwórczy. – By takie negocjacje zakończyły się pomyślnie dla dostawcy, trzeba się dobrze przygotować. A to oznacza przygotowanie dobrej prezentacji firmy, produktu i tego, co chcemy osiągnąć. Nie warto się przy tym chwalić, co udało się uzyskać w innej sieci, jakie realizuje się do niej dostawy – dodaje producent.
Pozostaje jeszcze kwestia wytwarzania produktów pod markami własnymi sieci handlowych. Producenci nie kryją, że na tym polu są widoczne spore różnice w składzie i jakości towarów kierowanych na różne rynki. – W takiej sytuacji jednak to sieć handlowa jest właścicielem produktu. Producent jest tylko zleceniobiorcą, czyli wytwarza go pod konkretne zamówienie. Nie znaczy to, że nie odpowiada za jego jakość. Również ponosi odpowiedzialność, ale skład jest przygotowywany pod wytyczne zamawiającego – mówi Agnieszka Maliszewska, dyrektor Polskiej Izby Mleka.
Poszkodowane mniejsze państwa
O wprowadzenie zakazu różnicowania jakości produktów walczyli Czesi i Słowacy, którzy jako importerzy żywności padali ofiarą takich praktyk (co wykazali w badaniach). Ale w ocenie Macieja Lasonia to właśnie mniejsze kraje mogą najwięcej stracić na nowych przepisach, jeśli producenci będą zmuszeni do wprowadzenia jednego standardu produktu dla grupy państw. Ze względu na język często produkty sprzedawane do Niemiec i Austrii są opatrzone jedną etykietą, ale skład ze względu na preferencje smakowe się różni. Gdy producent będzie zmuszony wprowadzić jeden standard, wybierze wariant produktu sprzedawany w Niemczech, a Austriacy będą dostawać to, co Niemcy. Wynika to z tego, że w kraju za Odrą konsumentów jest 80 mln, a nad Dunajem – 8 mln.
Europosłanka Róża Thun przekonuje jednak, że rozwiązanie zaproponowane przez europarlament jest lepsze, bo zapewni konsumentom większą ochronę, a dla producentów będzie bardziej jasne. – My mówimy po prostu, że takie praktyki są zakazane i koniec. Nie zabraniamy przy tym sprzedawania produktów różnej jakości, lecz mówimy, że to ma być widoczne dla kupującego – mówi. W jej ocenie w efekcie na rynku mogą zacząć funkcjonować dwa produkty – tańszy i droższy, a wybór będzie należał do konsumenta. – Wiele osób pytało mnie, czy to będzie oznaczało, że ceny produktów wzrosną. Nie, tak nie będzie. Nikt nie zakazuje producentom wysyłania na nasz rynek tańszych produktów, ale kupujący musi wiedzieć, że towar ten ma inny skład niż w innych krajach. Nie może być tak, że na jeden rynek idzie tylko ten towar gorszej jakości, a na drugi – tylko ten lepszy. Właściwa będzie sytuacja, gdy na sklepowej półce obok siebie będą stały dwa warianty tego samego produktu – uważa europosłanka.
Różnice są nie tylko w składzie, lecz także w smaku, rozmiarach opakowań i cenie
Dopasowanie do lokalnego rynku
Przedsiębiorcy przekonują, że konsumenci nie zawsze chcą mieć identyczne produkty. Europosłowie opowiadają: to będzie dozwolone, trzeba będzie tylko poinformować o tym klienta
– Nieznane są mi wyniki badań mówiące o tym, że konsumenci oczekują dokładnie takich samych produktów. Nie ma też badań, czy są oni świadomi, że unifikacja może się wiązać z wyższymi cenami i że to zaakceptują – mówi Marek Moczulski. Dodaje, że kwestia różnicowania lub braku różnicowania nie jest prosta z natury. – Powiem wręcz, że producenci czasem woleliby produkować długie serie jednego produktu w jednej gramaturze, recepturze, opakowaniu i tym samym kartonie zbiorczym. Natomiast realia rynkowe, np. zróżnicowanie dochodów w poszczególnych krajach UE, wymagają dopasowania się do nich – wyjaśnia prezes zarządu Bakalland.
Wtóruje mu Andrzej Gantner, podkreślając, że producenci mają szansę sprzedawać swoje towary i na nich zarabiać tylko wówczas, gdy odpowiadają one konsumentom. A prawda jest taka, że gusta i upodobania klientów w każdym kraju są inne. – W jednym lepiej smakuje bardziej słona żywność, a w innym słodka, a z kolei jeszcze w innym mniej lub bardziej doprawiona przyprawami czy czosnkiem. Dochodzą do tego obowiązujące lokalnie przepisy, które nakazują lub ograniczają stosowanie określonych składników czy witamin w żywności – podkreśla Gantner.
Konieczność różnicowania uzasadnionego realiami rynkowymi można też pokazać na przykładzie wielopaków, które w Niemczech są bardzo rozpowszechnioną formą w handlu, natomiast w Polsce zupełnie się nie sprawdzają i nie są proponowane na szerszą skalę.
– Dostosowanie produktów do wymogów prawa i preferencji konsumentów powinno być możliwe. Trudno sobie wyobrazić, że prawo zakaże oferowania konsumentom takich produktów, jakich oczekują – mówi Blanka Chmurzyńska-Brown. I dodaje, że różnicowanie produktów na poszczególne rynki z perspektywy funkcjonowania biznesu, na pewno w branży kosmetycznej, jest mało opłacalne, dlatego trudno sobie wyobrazić, by ktoś robił to z premedytacją. – Maksymalizowanie skali produkcji umożliwia dostęp do produktów o wysokiej jakości i coraz niższej cenie – zaznacza.
Uderzenie w regionalną różnorodność i środowisko
Ekspertka uważa natomiast, że należałoby jeszcze przeanalizować, ze względu na jakie istotne kryteria różnicowanie byłoby możliwe. Coraz więcej firm włącza np. w swoją strategię zrównoważony rozwój, czyli takie elementy, jak ograniczanie wpływu na środowisko i wspieranie lokalnych społeczności. – W tym kontekście może się okazać, że produkt wytworzony ze składników pozyskiwanych lokalnie, w danym kraju, a nie transportowanych przez setki kilometrów, będzie miał nieco inne właściwości. Ale będą to różnice w postrzeganiu jakości (nieco inny odcień ekstraktu roślinnego, nieco inna gęstość produktu), a nie różnice w samej jakości. Jeśli producent deklaruje, że produkt nawilża lub posiada inne, zaawansowane właściwości, to taka deklaracja musi być i będzie prawdziwa bez względu na kraj czy region. W przeciwnym razie mamy do czynienia z zafałszowaniem, niezgodnością z wymaganiami prawa. I takie praktyki nie powinny mieć miejsca – tłumaczy Blanka Chmurzyńska-Brown.
Konsumenci też odczują
Maciej Lasoń zwraca uwagę na jeszcze jeden problem. Unifikacja produktów odbiłaby się na konsumentach: – Weźmy przykład majonezu w krajach Beneluksu. Tu problem może być ogromny, bo Belgowie lubią majonez bardziej słodki, natomiast Holendrzy – bardziej słony. Jeśli Unia wymusi, by majonez był taki sam, któraś grupa konsumentów może być bardzo niezadowolona.
Jak zaznaczają producenci, wprowadzenie zakazu różnicowania towarów może skutkować również zmniejszeniem atrakcyjności wielu produktów ze względu na zmianę ich ceny półkowej, a w konsekwencji spadkiem sprzedaży. Nie tylko cena ma znaczenie, lecz także preferencje smakowe, np. profil smakowy majonezu w Polsce jest daleki od tego, co preferują konsumenci chociażby w Holandii. O ile w środkach czystości czy higieny nie ma tak drastycznych różnic pomiędzy krajami UE, to w przypadku żywności nie ma możliwości całkowitej unifikacji w wielu kategoriach.
Unia nie zadekretuje smaku majonezu
Przedstawiciel Unilever Polska wraca do przykładu majonezu. W różnych krajach członkowskich występują różne wersje tego produktu ze względu na preferencje smakowe – w niektórych państwach majonez jest bardziej jajeczny, w innych bardziej słony. – To wynika z tego, że gdy my ten majonez produkujemy, to robimy badania konsumenckie, by dopasować smak do preferencji konsumentów. Ta dyrektywa – jeśli wejdzie w życie jej najbardziej zaostrzona wersja – oznaczać może, że my będziemy musieli ujednolicić majonez we wszystkich krajach członkowskich. Nie będzie miało wielkiego znaczenia, że Polacy wolą majonez, który jest słony i zawiera więcej żółtek, bo będą musieli jeść taki sam jak np. Czesi – podkreśla Maciej Lasoń.
Z tym nie zgadza się europosłanka Róża Thun. Jak zauważa, nawet zaostrzona przez europarlament propozycja dopuszcza różnicowanie produktów ze względu na preferencje konsumentów. – Tu chodzi o jakość produktów, nie o ich smak – zaznacza. Klient nie może być wprowadzany w błąd, dlatego unijni prawodawcy chcą, by różne jakościowo produkty wyraźnie się od siebie różniły także wyglądem. – Nie można sprawiać wrażenia, że jakiś produkt zawierający zamienniki oryginalnych składników jest identyczny z produktem obecnym na rynku w innym kraju członkowskim. Różnica ma być wyraźna i dostrzegalna dla konsumenta – mówi europosłanka.
Ale dla producentów nie jest do końca jasne, co to ma oznaczać. – Niestety to jest klasyczne sformułowanie prawne, które zaowocuje gigantycznym zamieszaniem. Co to znaczy, że produkty mają się od siebie zauważalnie różnić? – pyta Maciej Lasoń.
Róża Thun, która przeforsowała zaostrzoną wersję przepisów w europarlamencie, mówi, że nie oczekuje od przedsiębiorców, iż kiełbasa, którą eksportują do Hiszpanii, będzie taka sama jak ta sprzedawana na rynek litewski, ponieważ preferencje konsumentów są różne. – Ale nie możemy być dłużej oszukiwani, że dostajemy identyczny produkt co sąsiedzi z innych krajów – podkreśla. Według niej problem podwójnej jakości produktów dotyczy także np. produktów dla niemowląt, a w tym przypadku powoływanie się na preferencje konsumenta jest bezzasadne.
Zanim w europarlamencie zapadła decyzja co do kształtu przepisów, eurodeputowani zapytali producentów, co myślą o nowych regulacjach. Jak mówi nasz rozmówca z kręgów Parlamentu Europejskiego, wyszło na to, że po wprowadzeniu zakazu różnicowania jakości towarów producenci nie będą chcieli zmieniać opakowań, lecz raczej zrównają jakość produktów. – Oni nie chcą zmieniać opakowań, bo mówią, że to ich będzie kosztować, dlatego raczej przestaną po prostu w niektórych krajach sprzedawać proszek do prania gorszej jakości czy czekoladę z mniejszą zawartością kakao. Na dłuższą metę lepiej będzie mieć jedną taśmę produkcyjną i jedno opakowanie z taką samą zawartością na wszystkie rynki. Generalnie ich zyski z tego, że dają mniej kakao albo substancji piorących, nie są jakieś ogromne, ale zawsze coś. Nikt im nie zabrania, więc to robią. Teraz gdy będzie za tym szła zmiana opakowania, to raczej przestaną to robić – mówi.
Czy potrzebne są nowe przepisy?
Niektórzy eksperci uważają, że wprowadzanie nowych regulacji nie jest potrzebne. Doktor Agnieszka Szymecka-Wesołowska uważa, że już dzisiaj prawo unijne zakazuje stosowania podwójnych standardów. – Istnieją przepisy, które zakazują wprowadzania konsumentów w błąd co do składu czy tożsamości produktu. Jest też wyraźny przepis, który nakazuje informowanie konsumenta o tym, że produkt ma inną jakość handlową, niż konsument mógłby oczekiwać – podkreśla. Chodzi o nakaz wynikający z rozporządzenia w sprawie przekazywania konsumentom informacji na temat żywności. Zgodnie z nim, jeśli producent zastępuje w swoim produkcie składnik, którego normalnego stosowania lub naturalnej obecności konsument oczekuje, innym składnikiem, to musi wyraźnie na etykiecie o tym poinformować. Jak? Nie tylko podając ten składnik w wykazie, lecz także bezpośrednio w pobliżu nazwy produktu odpowiednio dużą, rzucającej się w oczy czcionką. Jeśli tej informacji nie ma, to produkt jest nieprawidłowo oznakowany, a producent ponosi karę. – W mojej ocenie właściwe stosowanie i egzekwowanie obecnie obowiązujących przepisów mogłoby załatwić sprawę – uważa dr Szymecka-Wesołowska. ©℗
opinia eksperta
Zakazy bez klarownej definicji
Richard Sulík słowacki eurodeputowany
W europarlamencie propozycja Komisji Europejskiej została zmodyfikowana. Teraz podwójna jakość produktów ma zostać zapisana na czarnej liście w aneksie I do dyrektywy o nieuczciwych praktykach handlowych, a nie – jak chciała Komisja Europejska – w art. 6 dyrektywy. Zgodnie z tekstem uchwalonym przez Parlament Europejski produkty będą mogły różnić się jedynie z uwagi na regionalne preferencje konsumentów, pozyskiwanie składników lokalnych lub wymogi prawa krajowego, ale to zróżnicowanie musi być jasno zaznaczone i natychmiast widoczne dla konsumenta. W praktyce to niejasne sformułowanie może wywołać niepotrzebne zamieszanie wśród przedsiębiorców oraz – również – subiektywną i różną implementację w krajach członkowskich.
Dlatego wolałbym, by praktyka podwójnej jakości produktów została zakończona poprzez wprowadzenie większej transparentności i współpracy ponad granicami oraz zwiększanie świadomości wśród konsumentów. Zakazywanie podwójnej jakości bez klarownej definicji tego, czym ta podwójna jakość jest, nie jest dobrym rozwiązaniem. Niewielkie i uzasadnione różnice nie powinny być traktowane z zasady jako nieuczciwe praktyki, ale oceniane w każdym przypadku z osobna. Czarna lista nie jest ani optymalnym, ani proporcjonalnym wyjściem. Władze krajowe powinny nadal oceniać, czy konsument został wprowadzony przez producenta w błąd lub poszkodowany finansowo, zanim biznes zostanie ukarany. ©℗
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu