Wiosenne porządki resortu sprawiedliwości
Wraz z nastaniem wiosny resort sprawiedliwości postanowił się zabrać do porządków we własnym ogródku. Otóż na niedawnym posiedzeniu podkomisji w sprawie ustawy zwiększającej ochronę kupujących ministerstwo wycofało się z forsowanej wcześniej przez siebie poprawki dotyczącej nowej definicji konsumenta. Wcześniej, mimo zgłaszanych zewsząd uwag i kontrowersji, jakie wzbudzała, rządowy projekt z tą właśnie odświeżoną jej wersją został złożony do Sejmu i zaakceptowany przez wszystkie kluby parlamentarne.
Zmiana ta miała pomóc w dochodzeniu praw osobom, które - choć prowadzą działalność gospodarczą - w konkretnej sytuacji nie występują w charakterze przedsiębiorcy. W efekcie w kodeksie cywilnym pojawiłby się zatem zagadkowy twór, który miał tę ochronę zagwarantować.
Zgodnie z przyjętą w pierwszym czytaniu wersją dodatkowe uprawnienia miała zyskać każda osoba, która "dokonując czynności związanej z prowadzoną działalnością gospodarczą lub zawodową, działa także w celu niezwiązanym z tą działalnością i cel ten przeważa". Tylko jak udowodnić, że samochodem kupionym w ramach jednoosobowej działalności gospodarczej częściej odwozi się dzieci do szkoły, niż jeździ na spotkania z klientami? Czy to jeszcze przedsiębiorca, czy może już konsument? Eksperci już na etapie tworzenia projektu podnosili, że wywoła to duże problemy interpretacyjne.
Wojciech Węgrzyn z resortu sprawiedliwości na konferencji zorganizowanej przez Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów mówił, że skoro wszystkie kluby opowiedziały się za przyjęciem projektu w pierwotnej formie, to nie może być on zły. Skąd przekonanie, że większość musi mieć rację? Nie wiem. Gdyby przyjąć to za regułę, to musielibyśmy zmienić choćby pisownię słowa "gżegżółka", nie wspominając już o mniej bagatelnych przykładach.
Skruchę okazał dopiero Jerzy Kozdroń, sekretarz stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości. Przyznał, że z powodu w dalszym ciągu składanych uwag i wątpliwości resort jest skłonny je uznać i zaproponować skreślenie dodatkowego paragrafu. Prawnicy mogą więc odetchnąć z ulgą. Od początku wskazywali, że sądy już teraz mają problemy z pozycją jednoosobowych przedsiębiorstw, które ze swój natury nie nabywają towarów wyłącznie na potrzeby firmy. Proponowane sformułowanie w ustawie ich zdaniem tylko pogłębiłoby obecne wątpliwości.
Skąd więc pomysł, żeby wprowadzać nowego konsumenta do polskiego prawa? Z dyrektywy unijnej, którą ustawa miała transponować. A dokładniej? Z preambuły. A to nie to samo, co przepisy dyrektywy. Dowodem w sprawie są wyroki Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej. Wskazał on, że motywy preambuły nie mają mocy wiążącej. Zwrócili na to uwagę eksperci Polskiej Organizacji Handlu i Dystrybucji, którzy podkreślali, że poza praktycznymi problemami, jakie wprowadziłaby nowa definicja, istnieje znacznie ważniejszy powód - aspekt prawny.
Przyznania się do błędu nie można jednak uznać za porządki godne wiosny. Nasi ustawodawcy mają teraz większy problem, bo czasu na uchwalenie nowych przepisów zostało niewiele. Oczywiście chodzi o to, by spóźnienie było jak najmniejsze. Przepisy powinny wejść w życie już 13 czerwca. Sam resort ma wątpliwości, czy się uda. Opóźnienia w transpozycji unijnych dyrektyw stały się tak częste, że są niemal regułą. Dodatkowo forma prawna dokumentu nie pozwala na stosowanie przepisów bezpośrednio. Dyrektywa zawsze wymaga implementacji.
Autorzy projektu potrzebowali czasu na dojście do tych samych konkluzji, co przeciwnicy nowej definicji. Widocznie reagowanie zbyt późno weszło naszym legislatorom tak mocno w krew, że jeśli ustawa dotyczy implementacji unijnych przepisów - poślizg jest standardem.
@RY1@i02/2014/068/i02.2014.068.215000200.802.jpg@RY2@
Joanna Kowalska dziennikarz Dziennika Gazety Prawnej
Joanna Kowalska
dziennikarz Dziennika Gazety Prawnej
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu