Potrzeba policji ekologicznej do kontroli upraw GMO
Brak realnego nadzoru nad roślinami genetycznie modyfikowanymi to problem ekorolników
Pisaliśmy wczoraj o kolejnym podejściu Rady Ministrów do kwestii prawnego uregulowania problemu upraw roślin genetycznie zmodyfikowanych (GMO). Od razu pojawiły się krytyczne głosy dotyczące rządowego projektu zmian.
Inspektoraty już są przeciążone
Marek Kryda, prezes fundacji Indigena oraz ekspert Instytutu Spraw Obywatelskich, przyznaje, że pozytywnie należy ocenić próbę stworzenia przepisów dotyczących GMO, ale po zapoznaniu się z projektem nowelizacji ustawy z 26 czerwca 2003 r. o nasiennictwie (Dz.U. z 2007 r. nr 41, poz. 271 z późn. zm.) zastrzeżeń ma sporo. Najwięcej w części przepisów obejmujących kontrolę nad przestrzeganiem nowego prawa.
- Dobrym krokiem jest to, że państwo nie chce dopuścić do niekontrolowanej uprawy GMO na jego terenie, ale proponowany model sprawia, że kontrola w tej materii pozostanie fikcją - twierdzi nasz rozmówca.
Zgodnie z założeniami kontrola miałaby należeć do pracowników wojewódzkich inspektoratów ochrony środowiska i nasiennictwa.
- To są służby już i tak przeciążone obowiązkami administracyjnymi i borykające się z kadrowymi brakami. GMO stanowi tak poważne zagadnienie, że należałoby pomyśleć o powołaniu nowego organu kontrolnego zajmującego się tą tematyką: chodzi o rodzaj policji ekologicznej do spraw upraw roślin genetycznie zmodyfikowanych, która mogłaby sprawnie likwidować nielegalne uprawy w momencie ich wykrycia, jak to się dzieje chociażby na Węgrzech - tłumaczy Kryda.
Kary nie powinny być zbyt niskie
Zdaniem eksperta nowela przewiduje też zbyt niskie kary za prowadzenie nielegalnych gospodarstw z GMO (5 tys. zł za każdy rozpoczęty hektar). Nie podoba mu się również to, że sankcje będą nakładane w drodze decyzji administracyjnej, a nie mandatu karnego. A przewlekłość postępowań administracyjnych może podważać skuteczność kar.
Marek Kryda ostrzega także, że nowelizacja nie gwarantuje odpowiedniej ochrony rolników prowadzących gospodarstwa tradycyjne, których uprawy zostaną skażone przez pyłki roślin GMO z pobliskich pól.
- Dla rolnika ekologicznego taka sytuacja to dramat, bo wówczas traci on swój certyfikat, nie może sprzedać upraw i pozostaje bez dochodu. Musi wtedy iść do sądu, by stoczyć długą batalię o odszkodowanie ze sprawcą jego nieszczęścia. Powinno się to rozwiązać w ten sposób, że właściciel upraw roślin genetycznie modyfikowanych, zanim dostanie na nie pozwolenie, wpłacałby określony depozyt pieniężny do kasy publicznej, z którego finansowanoby naprawę szkód dla takich rolników - proponuje Kryda i wskazuje, że taka regulacja sprawdziła się już w Niemczech.
Piotr Pieńkosz
Projekt skierowany do Rady Ministrów
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu