Jedno słowo, które może przesądzić o losie wiatraków
Jeszcze nie opadł kurz po przegranej przez branżę bitwie o certyfikaty, a już zaczyna się kolejna walka: o odwrócenie innej niekorzystnej dla przedsiębiorców reformy sprzed roku
Kryterium odległościowe zapisane w ustawie z 20 maja 2016 r. o inwestycjach w zakresie elektrowni wiatrowych (Dz.U. z 2016 r. poz. 961) jest zarzewiem sporów od wielu lat. Jeszcze za rządów PO-PSL wiele organizacji społecznych apelowało do władzy, aby uniemożliwić budowanie wiatraków w bezpośrednim sąsiedztwie zabudowy mieszkaniowej. Już wtedy powstał projekt odpowiednich zmian w prawie, ale ostatecznie upadł.
Pełna świadomość
Nowa władza wróciła do pomysłu. I po długotrwałych debatach uchwaliła przepisy. Od ponad roku obowiązuje art. 4 wspomnianej ustawy, który stanowi, że odległość, w której mogą być lokalizowane i budowane:
1) elektrownia wiatrowa - od budynku mieszkalnego albo budynku o funkcji mieszanej, w skład której wchodzi funkcja mieszkaniowa, oraz
2) budynek mieszkalny albo budynek o funkcji mieszanej, w skład której wchodzi funkcja mieszkaniowa - od elektrowni wiatrowej
- jest równa lub większa od dziesięciokrotności wysokości elektrowni mierzonej od poziomu gruntu do najwyższego punktu budowli, wliczając elementy techniczne, w szczególności wirnik wraz z łopatami.
Niezbędny do zmierzenia odległości jest art. 5 ust. 1. On określa bowiem, co jest najkrótszym odcinkiem. I właśnie ten ostatni przepis zostanie zmieniony (szczegóły w infografice obok). W taki sposób, że w praktyce kryterium odległościowe przejdzie do lamusa, bo nie da się go wyznaczyć.
Dlaczego tak się stanie? Tak naprawdę nie wiadomo. Ministerstwo Energii od wielu miesięcy dokłada obciążeń branży wiatrakowej. - Politycy PiS są nam skrajnie nieprzychylni - mówi jeden z przedsiębiorców. Jego zdaniem w resorcie energii doszło do zwykłej pomyłki.
Inaczej uważa prof. Barbara Lebiedowska, ekspertka Komisji Europejskiej ds. akustyki środowiska. - Zamiana spójników została wprowadzona celowo i z pełną świadomością, bo jedyną zmianą, jaka znalazła się w art. 5 ust. 1, jest właśnie wymiana spójnika "a" na spójnik "albo". Skoro wprowadzono tylko tę jedną zmianę, to było to świadome działanie, a nie chochlik drukarski. Gdyby nie chciano zepsuć warunku odległościowego w ustawie, ten jej fragment nie znalazłby się w proponowanej nowelizacji. Było to więc działanie celowe, na miarę znanego z ustawy medialnej zwrotu "lub czasopisma" - komentuje prof. Lebiedowska.
Językowa wpadka
Artur Bilski z kancelarii Hogan Lovells jest znacznie ostrożniejszy w sądach. Przyznaje, że proponowana zmiana jest dużym zaskoczeniem. Bo jeśli mówimy o odległości, to zawsze powinna być mierzona między jednym a drugim punktem, nie zaś między jednym albo drugim punktem. W tym wypadku zatem kryterium odległościowe rzeczywiście przestałoby istnieć.
- Trudno tu jednak dopatrywać się jakiegokolwiek sensu od strony prawnej, bo ten przepis nowelizacji jest skonstruowany wadliwie przede wszystkim od strony językowej - podkreśla Bilski.
Podobnie uważa jeden z ministrów w rządzie Beaty Szydło. Jego zdaniem najprawdopodobniej było tak, że urzędnik przygotowujący projekt dostrzegł, że po punktach 1, 2 i 4 znajdował się spójnik "albo", uznał więc, że po punkcie 3 również powinno być "albo" zamiast "a".
- Błąd wynikający z pośpiechu. Fatalny w skutkach, gdyby ustawa w tym brzmieniu weszła w życie, ale nie łączmy tego z historią "lub czasopisma" znaną z afery Rywina - twierdzi polityk.
Istotne jest, że mamy do czynienia z projektem ustawy. Błąd może więc zostać naprawiony. 8 sierpnia w resorcie energii odbyła się debata na temat proponowanych zmian. Obecny był na niej minister energii Krzysztof Tchórzewski, który dopiero tam dowiedział się o sprawie z zamianą "a" na "albo". Z kolei wiceminister Andrzej Piotrowski w piśmie sprzed dwóch tygodni do organizacji społecznych zainteresowanych nowelizacją zapewniał, że inicjatywa legislacyjna resortu w żadnym razie nie dotyczy likwidacji kryterium odległościowego.
Co ciekawe, eksperci przypominają, że technologia wiatrowa jest jedyną w polskiej energetyce, która ma dodatkowe wymogi ponad te, które wynikają wprost z przepisów o ochronie środowiska. - A to oznacza, że dzisiaj ludziom pod domem można zbudować nową odkrywkę węgla brunatnego czy reaktor atomowy, a wiatraka nie - mówi Michał Kaczerowski, prezes firmy Ambiens specjalizującej się w doradztwie środowiskowym.
Trudne chwile
Ostatnie dni były ciężkie dla branży wiatrakowej. Prezydent Andrzej Duda - wbrew pogłoskom o możliwym wecie - podpisał nowelizację ustawy o odnawialnych źródłach energii. Przedsiębiorcy przekonują, że dla wielu firm z branży może to oznaczać bankructwo.
Zgodnie z obowiązującym prawem firmy sprzedające prąd muszą wykazać, że energia, którą dostarczają, pochodzi w odpowiednim procencie z odnawialnych źródeł. Na potwierdzenie wykupują stosowne certyfikaty od przedsiębiorców produkujących zieloną energię. Jeśli tego nie zrobią, są obowiązane uiścić opłatę zastępczą. Po wejściu w życie nowelizacji będzie ona znacznie niższa niż dziś i wyniesie maksymalnie kilkadziesiąt złotych. Na noweli zyskają więc sprzedawcy prądu, a zatem zapewne także konsumenci. Przedstawiciele branży wiatrowej dostaną jednak znacznie mniej pieniędzy niż do tej pory.
@RY1@i02/2017/158/i02.2017.158.18300040a.801(c).jpg@RY2@
Niepozorna zmiana
Karolina Baca-Pogorzelska
Patryk Słowik
Etap legislacyjny
Projekt w konsultacjach
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu