Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Prawo administracyjne

Prawo łowieckie: zmiany pod ostrzałem zarówno myśliwych, jak i ekologów

2 lutego 2018
Ten tekst przeczytasz w 199 minut

Nadchodzą zmiany. Trudne chwile przeżywa Polski Związek Łowiecki. Ekolodzy narzekają, że nie uwzględnia się ich postulatów. A eksperci twierdzą, że polskie łowiectwo dla dobra przyrody i nas wszystkich wymaga naprawy niekierującej się emocjami, lecz rozsądkiem

Minister wkłada patyk w szprychy

Nawet jeśli parlament przyjmie w przyszłym tygodniu zmiany w ustawie z 13 października 1995 r. - Prawo łowieckie (t.j. Dz.U. z 2017 r. poz. 1295 ze zm.), będzie to oznaczało początek, a nie koniec kłopotów. Zwłaszcza dla samorządów wojewódzkich, które dostaną w związku z tym nowe zadania. Znowelizowane prawo oznacza też kłopoty dla obecnych szefów Polskiego Związku Łowieckiego - jeśli najnowsza propozycja Ministerstwa Środowiska przejdzie, to pożegnają się oni ze swoimi fotelami. Myśliwi już zapowiadają protesty. PZŁ wydał oświadczenie, w którym nie zgadza się z rekomendacjami resortu, ostrzegając, że mogą one doprowadzić do upadku łowiectwa w naszym kraju. "Władze Polskiego Związku Łowieckiego pochodzą z legalnych i demokratycznych wyborów spośród członków tej organizacji, dlatego też jako PZŁ nie możemy zgodzić się z propozycjami Ministra Środowiska upolityczniającymi organy zrzeszenia poprzez ich powoływanie" - napisano w piśmie sygnowanym przez Zarząd Główny. Ale i organizacje proekologiczne też są niezadowolone z procedowanej obecnie w Sejmie nowelizacji prawa łowieckiego.

Zakończyła już swoje prace podkomisja nadzwyczajna do rozpatrzenia rządowego projektu ustawy o zmianie ustawy - Prawo łowieckie oraz zmieniającej ustawę o zmianie ustawy - Prawo łowieckie (druk nr 1042). Teraz projekt trafi do właściwej komisji (ma się zebrać 5 lutego) i wszystko wskazuje, że zostanie w ekspresowym tempie uchwalony. Choć prace nad tą nowelą ciągną się od 2015 r., to wciąż budzi ona wiele emocji i nadal pojawiają się nowe pomysły na jej udoskonalenie. We wtorek, 30 stycznia, minister środowiska wydał swoje rekomendacje do nowelizowanej obecnie ustawy. Jest wśród nich propozycja, aby zwiększyć odległość obszaru, na którym myśliwi mogą prowadzić polowania, od zabudowań mieszkalnych ze 100 do 150 m od zabudowań. Wychodzi ona naprzeciw żądaniom organizacji ekologicznych. W komunikacie resort zauważa, że ustalenie jej na poziomie 500 m, jak chciały te gremia, spowodowałoby, że polowania możliwe byłyby jedynie w dużych kompleksach leśnych. - To z kolei uniemożliwiłoby skuteczną redukcję populacji zwierzyny, w tym dzika, w ramach zwalczania afrykańskiego pomoru świń (ASF) oraz powodowałoby ogromne szkody w rolnictwie - zauważa minister Henryk Kowalczyk.

Łatwiej o wyłączenie

Kolejną rekomendacją resortu środowiska, także wychodzącą naprzeciw wnioskom zgłaszanym przez stronę społeczną, jest propozycja ułatwienia obywatelom wyłączenia ich nieruchomości spod granic obwodu łowieckiego. W rządowym projekcie (przekazanym, gdy ministrem był Jan Szyszko) jest zapis o przeprowadzeniu tego przed sądem. Artykuł 27b nowelizowanego aktu mówi, że właściciel albo użytkownik wieczysty nieruchomości wchodzącej w skład obwodu łowieckiego może wystąpić do sądu powszechnego z wnioskiem o ustanowienie zakazu wykonywania polowania na tej nieruchomości, powołując się na niezgodność polowania na zwierzęta łowne z jego sumieniem. A sąd w postępowaniu nieprocesowym, na posiedzeniu niejawnym, podejmie decyzję i ustanowi zakaz polowania na spornych nieruchomościach, jeśli zostanie wykazane, że wyznawane przez wnioskodawcę zasady moralne faktycznie pozostają w sprzeczności z polowaniem na zwierzęta łowne.

MŚ w swoich nowych rekomendacjach (po objęciu teki przez ministra Kowalczyka) proponuje uproszczenie tej ścieżki - zamiast udowadniać cokolwiek przed sądem, obywatel mógłby wyłączyć swoją nieruchomość bez podawania przyczyny na podstawie oświadczenia w formie aktu notarialnego. To wydaje się być rozsądnym kompromisem między procedurą sądową a - jak chcieli niektórzy - ograniczeniem procesu wyłączania gruntów spod obwodu łowieckiego za pomocą odręcznie napisanej kartki przyniesionej do urzędu gminy.

Wśród ministerialnych rekomendacji są jeszcze inne, absolutnie rewolucyjne w stosunku do środowiska myśliwych skupionych w PZŁ. Choćby ta, aby minister środowiska powoływał i odwoływał łowczego krajowego oraz zatwierdzał statut PZŁ. Ma to być sposób na wzmocnienie instrumentów nadzoru ministra nad związkiem, który jest monopolistą na rynku.

"Rekomendujemy również, by ponownie rozpatrzyć kwestie odszkodowań w zakresie przejęcia przez PZŁ zobowiązań kół łowieckich z tytułu niewypłacanych w terminie odszkodowań za szkody łowieckie. Jeżeli koło nie wypłaci go w terminie, obowiązek ten - zgodnie z ustawą - przeszedłby na Polski Związek Łowiecki z zachowaniem możliwości zwrotnego roszczenia od koła łowieckiego" - stoi dalej w komunikacie. Taki zapis z kolei - jak twierdzą myśliwi - to zamach na pieniądze PZŁ.

Ideologia kontra nauka

Organizacje ekologiczne wysuwały różne żądania i wnioski, niektóre umiarkowane, inne dość radykalne (jak np. zakaz polowań w ogóle). Rzeczniczka WWF Polska Katarzyna Karpa-Świderek podzieliła postulaty dotyczące noweli na dwie grupy. Pierwsza dotyczy potrzeb obywateli. Wśród nich organizacja wymienia takie regulacje, które dadzą obywatelom możliwość skutecznego wyłączania prywatnej ziemi spod reżimu polowań bez konieczności uzasadniania tego przed sądem, wprowadzenie obowiązku informowania o planowanych polowaniach w publicznie dostępnej elektronicznej książce ewidencji polowań oraz zwiększenia minimalnej odległości polowań od zabudowań mieszkalnych ze 100 do 500 metrów, ze względu na bezpieczeństwo ludzi. Druga grupa postulatów dotyczy potrzeb przyrody.

Zmiany niezbędne ze względu na potrzeby przyrody (wg WWF Polska)

PODDANIE WIELOLETNICH PLANÓW ŁOWIECKICH PROCEDURZE STRATEGICZNEJ OCENY ODDZIAŁYWANIA NA ŚRODOWISKO. Odstrzał zwierząt łownych, takich jak sarny czy jelenie, ma wpływ na gatunki chronione, jak ryś czy wilk, dlatego ocena taka jest niezbędna choćby z powodu przestrzegania prawa unijnego (dyrektywa siedliskowa).

WYKREŚLENIE "KULTYWOWANIA TRADYCJI ŁOWIECKICH" JAKO PRZESŁANKI DO USTALANIA LISTY GATUNKÓW ŁOWNYCH. Tradycja łowiecka to pojęcie niejednoznaczne. Zgodnie z takim podejściem na liście gatunków łownych znaleźć się mogą wszystkie gatunki, na które polowano w czasach historycznych, włączając w to wiele objętych obecnie ochroną ścisłą.

OKREŚLENIE SPOSOBU DOKARMIANIA ZWIERZĄT. Dziś niewłaściwe działania w tym zakresie negatywnie wpływają na zachowania zarówno gatunków łownych, jak i gatunków chronionych.

ZAKAZ POLOWAŃ ZBIOROWYCH. Wpływa on bowiem na cały ekosystem. Nie są to polowania wybiórcze, czyli nakierowane na eliminację wyselekcjonowanych osobników, a więc nie spełniają wymagania racjonalnego gospodarowania zasobami przyrodniczymi.

AGP

Jak zauważa dr inż. Paweł Nasiadka z Samodzielnego Zakładu Zoologii Leśnej i Łowiectwa warszawskiej SGGW, w debacie na temat prawa łowieckiego można zauważyć trzy główne nurty. Dwa skrajne reprezentowane są przez wyznających całkiem inne wartości ekstremalnych ekologów (ci często chcieliby, aby łowiectwo znikło, a przyroda mogła się rozwijać bez ingerencji ludzkiej) oraz zapatrzonych w tradycję część myśliwych, którzy nie widzą potrzeby żadnych zmian. - Ja jestem zwolennikiem trzeciej opcji, która uważa, że czas pędzi do przodu, nasze środowisko oraz społeczeństwo się zmieniają, więc wszystko, także prawo łowieckie, powinno się do tych ewolucji dostosować - mówi dr Nasiadka. Zauważa, że obowiązujące wciąż prawo łowieckie korzeniami tkwi w epoce między 1945 a 1989 rokiem, gdy tymczasem nasz świat - głównie w dziedzinie praw ludzi do własności, do wolności, ale także ich świadomości - uległ głębokim przemianom. Nie może więc być tak, że właściciel gruntów, czy to leśnych, czy uprawnych, a także łąk, nie ma wpływu na to, czy po jego ziemi chodzą i polują myśliwi. Potwierdził to 10 lipca 2014 r. Trybunał Konstytucyjny (sygn. akt P 19/13).

@RY1@i02/2018/024/i02.2018.024.18300120a.101(c).jpg@RY2@

Ile zwierząt, ilu polujących

TK: naruszona własność prywatna

Trybunał Konstytucyjny rozpoznawał pytanie Naczelnego Sądu Administracyjnego dotyczące prawa łowieckiego i utworzenia obwodu łowieckiego obejmującego nieruchomość prywatną wbrew woli właściciela nieruchomości. Orzekł, że art. 27 ust. 1 w związku z art. 26 ustawy z 13 października 1995 r. - Prawo łowieckie przez to, że upoważnia do objęcia nieruchomości reżimem obwodu łowieckiego, nie zapewniając odpowiednich prawnych środków ochrony praw właściciela tej nieruchomości, jest niezgodny z art. 64 ust. 1 w związku z art. 64 ust. 3 i art. 31 ust. 3 konstytucji.

TK dodał, że ustawodawca nie ma żadnych norm, które przyznawałyby właścicielom jakiekolwiek kompetencje opiniodawcze czy uzgodnieniowe w procesie tworzenia lub zmiany granic obwodu łowieckiego. Nie przewidziano także żadnych szczególnych instrumentów prawnych pozwalających na wyłączenie nieruchomości spod reżimu obwodu łowieckiego. Co więcej, właścicielowi nie przysługują środki prawne pozwalające na wyłączenie niektórych ograniczeń wprowadzonych w związku z objęciem jego nieruchomości granicami obwodu łowieckiego, w szczególności nie może on w sposób stanowczy sprzeciwić się wykonywaniu na swoim gruncie polowania przez uprawnione do tego osoby trzecie. W dodatku na wszystkie ograniczenia przewidziane przez prawo łowieckie nakłada się niedostatecznie uregulowany obowiązek informacyjny wobec właścicieli, których nieruchomość należy do obwodu łowieckiego. A w praktyce wyglądało to tak, że jeśli jakieś prywatne grunty zostały włączone do obwodu łowieckiego - na co właściciel nie miał żadnego wpływu - spowodowanie, aby zostały z niego wykluczone, było niemal niemożliwe. Właściciele usiłowali sobie radzić z tym na różne sposoby, np. grodząc tereny za pomocą sznurka czy drutów - co jednak było nieskuteczne, a orzecznictwo potwierdzało bezsens takich zachowań. Decyzja TK sprawiła jednak, że obecnie coraz więcej osób stara się w sądach administracyjnych o wyłączenie ich posesji z granic obwodów łowieckich. I większość orzeczeń zapadała po myśli wnioskodawców.

WAŻNE

Prawo do wyłączenia swoich gruntów spod gospodarki łowieckiej niesie ze sobą także pewne koszty - zarówno w świetle wciąż obowiązujących przepisów, jak i tych właśnie procedowanych. Oznacza mianowicie rezygnację właściciela z możliwości ubiegania się o odszkodowanie z tytułu strat spowodowanych przez dzikie zwierzęta.

Procedowana nowela prawa łowieckiego daje właścicielom więcej możliwości, m.in. uczestnictwo w procesie ustalania obwodów łowieckich - choćby przez ich opiniowanie, a także wniesienie sprzeciwu co do włączenia ich gruntów do obszarów objętych gospodarką łowiecką. Strona społeczna uważa takie rozwiązanie za niewystarczające i wciąż łamiące prawa właścicielskie. Bo dlaczego właściciel ma tłumaczyć, z jakiego powodu zabijanie zwierząt jest dla niego niedopuszczalne.

Jeśli rekomendacje ministra środowiska zostaną zaakceptowane, to jak już wspominaliśmy wcześniej zamiast drogi sądowej wystarczy akt notarialny. Gdy ktoś nie będzie chciał takiego aktu podpisywać, a zdecyduje się na wygrodzenie swojej posiadłości, przepisy uszczegóławiają, w jaki sposób powinien to zrobić. Sznurek nie wystarczy, ogrodzenie powinno być spojone z podłożem, a to jednak generuje koszty.

Warto zwrócić uwagę, że w tej materii istotna jest także kwestia dobra wspólnego. Mówimy bowiem o dużych obszarach, na których żyją dzikie zwierzęta, wchodzące ze sobą w interakcje, mające wpływ nie tylko na "nasz kawałek podłogi", ale na całą populację dzikich stworzeń (np. dziki zarażające się wzajemnie ASF, lisy przenoszące wściekliznę), a tym samym na gospodarkę (kłopoty polskich hodowców wieprzowiny i spadek eksportu). Jednak nie tylko: duże zwierzęta roślinożerne, jak np. sarny czy jelenie, rozmnożyły się tak, że konieczna jest regulacja ich populacji, gdyż np. wygryzając pędy młodych drzew, powodują duże straty w lasach. Nie wspominając o szkodach, jakie różne gatunki (dziki, ale też bobry) powodują na polach rolników. Większość państw ma przepisy, które powodują, że pewne tereny muszą podlegać gospodarce łowieckiej - właśnie dla dobra wspólnego. Oczywiście regulacje mogą iść w różnym kierunku. Niemieckie prawo pozwala np. na to, by właściciel, jeśli spełni określone wymogi, sam polował na swoim terenie, realizując założone przez państwowe instytucje plany łowieckie, albo scedował to prawo na inne podmioty.

RAMKA 1

ASF, czyli dziki problem

Mamy w Polsce wielki kłopot. Epidemię afrykańskiego pomoru świń, w skrócie nazywaną ASF (ang. african swine fever). Ta wirusowa choroba pojawiła się na terenie Polski w 2014 r. - dotyka świnie hodowlane, ale także wolno żyjące dziki. Nie zagraża bezpośrednio ludziom, niemniej jednak to właśnie im bardzo szkodzi. Tereny zapowietrzone - bo tak określa się obszary, na których występuje - objęte są bardzo restrykcyjnymi przepisami weterynaryjnymi, które mają na celu zatrzymanie epidemii. A to, mówiąc w skrócie, oznacza, że rolnicy trudniący się hodowlą trzody chlewnej ponoszą olbrzymie straty, gdyż w celu zatrzymania wirusa wybijane są całe stada, liczące nieraz po kilka tysięcy sztuk zwierząt. Dopóty, dopóki nie uporamy się z ASF, wielkie szkody ponosi także cała gospodarka, bo eksport wieprzowiny w zasadzie się zatrzymał. Żaden kraj nie będzie kupował mięsa od kraju, w którym panuje ASF. Ryzyko zawleczenia choroby do siebie jest zbyt wielkie. Epidemia, z jaką teraz się zmagamy, nie ma swoich odpowiedników w historii. A to dlatego, że po raz pierwszy na pomór chorują i hodowlane świnie, i dziki. Przetrzebienie ich stada jest konieczne. Zwłaszcza że wiele wskazuje na to, iż epidemia narasta: w 2017 r. w kraju potwierdzono ponad 730 przypadków afrykańskiego pomoru świń w populacji dzików. Znaczna część zachorowań wystąpiła w ciągu dwóch ostatnich miesięcy minionego roku. W ciągu trzech pierwszych tygodni 2018 r. w kraju potwierdzono już 214 przypadków choroby na terenie województwa lubelskiego, mazowieckiego, podlaskiego i warmińsko-mazurskiego.

Jednak zdaniem dr inż. Pawła Nasiadki te nowe przepisy powinny zostać jeszcze bardziej uszczegółowione - choćby w postaci rozporządzenia - ze względu na dobro wspólne oraz interesy finansowe różnych stron. Wyobraźmy sobie taką sytuację: wyłączyliśmy nasze grunty spod gospodarki łowieckiej, więc myśliwi omijają nasz teren dużym łukiem. Ale tak się składa, że za naszą miedzą sąsiad ma pola, do których inaczej niż przez naszą ziemię myśliwi nie są w stanie dotrzeć. Z kolei świetnie czująca się na naszym polu czy w naszym lesie zwierzyna będzie robić wypady na sąsiedzkie grunty, żeby się pożywić, powodując straty. Kto ma w takim przypadku płacić odszkodowania? Czy kierująca się w sprawie polowań klauzulą sumienia osoba będzie skłonna ponieść koszty i dołożyć się do zadośćuczynienia? - Koszty społeczne są kluczową kwestią, która zresztą pewnie nie zostanie rozstrzygnięta akurat w tej ustawie - twierdzi Nasiadka. - Trzeba czasu, by ukształtowała się świadomość obywatelska, która połączy względy własności prywatnej i wspólnych zasobów.

Wójt powinien informować, a marszałek ustalać obwody

Dotychczas trudno się było dowiedzieć, gdzie konkretnie i kiedy ma się odbywać polowanie. Teraz gminy, o ile dostaną takie informacje, będą musiały o tym informować, m.in. na stronie internetowej. Nowe zadania dostać mają też województwa

Często podnoszony postulat to zawiadamianie społeczności o planowanych polowaniach. Do tej pory jest tak, że wprawdzie koła łowieckie w przypadku polowań zbiorowych miały obowiązek zawiadamiać o nich odpowiednie nadleśnictwa i gminy, ale w praktyce tylko od dobrej woli i dobrych praktyk zawiadomionych jednostek zależało, czy podzielą się swoją wiedzą z obywatelami. Co skutkowało tym, że w większości przypadków okoliczni mieszkańcy nie wiedzieli, czy ktoś będzie strzelał w lesie i kiedy. Choć ci bardziej obznajomieni w prawie mogli skorzystać z możliwości uzyskania informacji na temat planowanych polowań zbiorowych, zadając pytanie gminie lub nadleśnictwu - jednak mało kto to robił. Natomiast kwestia polowań indywidualnych była już zupełną tajemnicą dla przeciętnego obywatela. Ale też mało kto - poza organizacjami ekologicznymi - tym się interesował. Wzmożone polowania na dziki związane z likwidacją epidemii afrykańskiego pomoru świń, a także dyskusja na temat zmian przepisów w prawie łowieckim, sprawiły, że kwestia informacji na temat polowań i bezpieczeństwa obywateli wysunęła się na plan pierwszy. Stąd postulaty szerszej informacji na ten temat.

Są wątpliwości

Projekt nowelizacji prawa łowieckiego je uwzględnia. Z proponowanego art. 42ab wynika, że dzierżawca albo zarządca obwodu łowieckiego przekazuje - co najmniej na 14 dni przed planowanym terminem rozpoczęcia polowania zbiorowego - wójtom (burmistrzom, prezydentom miast) oraz nadleśniczym PGL "Lasy Państwowe" informację w postaci papierowej lub elektronicznej o planowanym terminie, w tym godzinie rozpoczęcia i zakończenia, oraz miejscu tego polowania. A te podmioty są zobowiązane do przekazania owych informacji (nie później niż w terminie 5 dni od ich uzyskania) w sposób zwyczajowo przyjęty w danej gminie oraz przez obwieszczenie i na stronie internetowej. Jednak zapis z art. 42 ab ma co najmniej dwa mankamenty. Pierwszy to ten, że określeniu "co najmniej na 14 dni przed planowanym terminem rozpoczęcia polowania zbiorowego" towarzyszy jeszcze inne - "przynajmniej raz w roku, na który określone są plany łowieckie". Można się więc spodziewać, że zobowiązane instytucje będą się wywiązywały z tego obowiązku, informując zaledwie raz w roku o polowaniach zbiorowych - obawiając się reakcji ekologów. A znów od dobrych praktyk w gminach będzie zależało, w jaki sposób te informacje wyeksponują na swoich stronach czy gdzie zamieszczą obwieszczenia. Niektóre samorządy już dziś starają się wychodzić naprzeciw swoim mieszkańcom. Jak opowiada nauczycielka mieszkająca w Legionowie, była zadowolona, gdy trzy tygodnie temu, idąc z rodziną i psem na spacer do lasu w okolicach ul. Strużańskiej, policjanci stojący koło szlabanu leśnego poinformowali ich, iż właśnie trwa polowanie, które skończy się za godzinę. Dzięki temu poczuła się bezpiecznie, wybrała inne miejsce do rekreacji.

Dowiesz się po polowaniu

Bardziej skomplikowana jest kwestia polowań indywidualnych, ona także budzi większe obawy użytkowników lasu i innych wspólnych przestrzeni. Obecnie wystarczy, że myśliwy, który idzie zapolować na zwierzynę, odnotuje to w specjalnej księdze koła łowieckiego. Zresztą trudno by było, aby każdy z członków PZŁ informował skutecznie otoczenie, że właśnie wszedł do lasu z bronią. Jednak ludzie się boją, kiedy słyszą, że ktoś strzela w przestrzeni, w której np. biegają czy spacerują z dziećmi. Jakie wyjście z tego kłopotu daje nowela? Otóż nie wnosi ona wielkich zmian. Artykuł 42b ust. 1 mówi: "1. Termin rozpoczęcia i zakończenia oraz jednoznaczne określenie miejsca wykonywania polowania indywidualnego, imię i nazwisko myśliwego, numer upoważnienia do wykonywania polowania indywidualnego, ilość i gatunek pozyskanej zwierzyny oraz liczba wszystkich oddanych strzałów do zwierzyny grubej podlega wpisowi w książce ewidencji pobytu na polowaniu indywidualnym, którą są obowiązani prowadzić dzierżawcy i zarządcy obwodów łowieckich, w postaci papierowej lub elektronicznej, dla każdego obwodu". Dalsze ustępy nakazują, aby odpowiedni wpis wprowadzić nie wcześniej niż 24 godziny przed rozpoczęciem polowania. I jeszcze, że inny myśliwy może polować na tym samym terenie pod warunkiem, że dogada się z tym, który wcześniej zaklepał sobie miejsce i termin, co ma przeciwdziałać wchodzeniu sobie w drogę - a więc także potencjalnemu zagrożeniu wypadkiem. Natomiast jeśli chodzi o osoby postronne, a zwłaszcza właścicieli gruntów włączonych w obwody łowieckie, to każdy - zgodnie z ust. 1d - może zażądać pisemnie informacji o tym, kto, kiedy i na jakiej podstawie polował na jego terenie. Co prawda, post factum, ale i to stanowi już pewną kontrolę i zaporę, aby osoby nieuprawnione nie biegały ze sztucerami po prywatnych gruntach, twierdząc, że są myśliwymi.

Bez dodatkowych środków

Odrębną kwestią są nowe obowiązki, które nowela nakłada na samorządy wojewódzkie. Marek Wójcik ze Związku Miast Polskich nie kryje, że ma wiele obaw związanych z obowiązkiem nowego podziału kraju na obwody łowieckie. I do tej pory te jednostki samorządowe brały udział w ustalaniu granic wspomnianych obwodów. Jednak jeśli nowe prawo wejdzie w życie, to sejmikom wojewódzkim przybędzie zadań, choć nie będą za tym szły dodatkowe środki. Rzecz w konieczności przeprowadzania konsultacji - zarówno na poziomie ustalania obwodów łowieckich, jak i zatwierdzania planów łowieckich dla nich. Cała procedura, jak mówi Marek Wójcik, powinna się zakończyć do 31 marca 2020 r., co - wbrew pozorom - oznacza, że czasu jest bardzo mało. Najpierw trzeba się porozumieć co do zasięgu obwodów łowieckich. Skonsultować ich granice nie tylko z samorządami, lecz także z prywatnymi właścicielami, którzy mogą mieć inne zdanie, a więc się odwołać. Interesariuszy jest zresztą więcej: to PZŁ, a także wójtowie, burmistrzowie, prezydenci miast, a jeśli nawet oni się dogadają, potrzebna będzie jeszcze zgoda dyrektora regionalnej dyrekcji PGL "Lasy Państwowe". Trzeba też będzie podjąć uchwałę będącą aktem prawa miejscowego. Może się okazać, że trzeba się będzie dogadywać z instytucjami podlegającymi wojsku, do których należy spora część terenów. A także ustalać plany z sąsiednimi województwami, gdyż lasy i przebywająca w nich zwierzyna nie bardzo respektują administracyjne granice. Aby wywiązać się z tego zadania, nowelizowana ustawa nakazuje powołanie specjalnych zespołów opiniodawczych (mówi o tym art. 8c. ust. 4, z którego wynika, że marszałek województwa powołuje zespół, który jest jego organem opiniodawczo-doradczym w zakresie przygotowania projektu uchwały). - Te wszystkie konsultacje, związana z nimi rozległa korespondencja, delegowanie pracowników do nowych zadań wiążą się z kosztami, których nowelizacja prawa łowieckiego nam nie rekompensuje - zauważa Marek Wójcik. I dodaje, że nawet jeśli nowelizacja prawa łowieckiego zostałaby uchwalona niezwłocznie, czyli na początku najbliższego tygodnia, będzie to oznaczało, że na jej wprowadzenie samorządom zostanie bardzo mało czasu, zaledwie 23 miesiące. - Co nie zmienia mojego zdania, że proponowane zmiany idą we właściwym kierunku - podkreśla Marek Wójcik.

Co utrudnia dojście do porozumienia

Ekolodzy chcieliby nieskrępowanego prawa do protestów, właściciele gruntów zakazu polowań pół kilometra od domów. Członkowie PZŁ niechętnie zaś patrzą na propozycję objęcia ich nadzorem resortu środowiska

Wiele emocji wzbudził też dodawany nowelą art. 42aa prawa łowieckiego, który w większości doniesień medialnych był przedstawiany niemal jako zamach na wolność i równy dostęp do korzystania z przestrzeni leśnej. Szeroko omawiany i komentowany był jednak tylko jego pkt 14, mówiący, że zabrania się umyślnego utrudniania lub uniemożliwiania wykonywania polowania. Niektórzy komentatorzy zauważali jeszcze - jako drastyczną restrykcję - pkt 1, zabraniający niszczenia urządzeń łowieckich, wybierania karmy lub soli z lizawek. W dyskursie społecznym milczeniem zazwyczaj pomijano inne punkty, jak chociażby ten mówiący o zakazie kłusowania i posiadania narzędzi do kłusownictwa oraz polowania osobom nieuprawnionym, pozyskiwania większej ilości zwierzyny, niż zakłada plan, polowania z chartami lub ich mieszańcami itp.

Nie kwestionując tego, że las jest naszym wspólnym dobrem, musimy mieć na względzie jedną rzecz: myśliwi, podobnie jak spacerowicze, mają w nim prawo przebywać. W dodatku myśliwi bywają w lesie (czy na polach) nie tylko dla przyjemności, lecz także realizując zadania scedowane na członków PZŁ przez państwo. Polując, dają więc nie tylko upust swojej pasji, lecz także realizują zatwierdzone przez państwowe organy plany łowieckie, związane choćby ze wspomnianą już redukcją zwierząt, których mamy nadmiar albo które z powodów epidemiologicznych są zagrożeniem.

RAMKA 2

Plany polowań

W planach polowań na czas tzw. łowieckiego roku gospodarczego, który trwa od 1 kwietnia jednego roku do końca marca następnego, ustala się, na jakie zwierzęta, w jakim okresie i gdzie można polować. Zgodnie z art. 8. ust 1 prawa łowieckiego gospodarka łowiecka jest prowadzona w obwodach łowieckich przez dzierżawców albo zarządców. Z kolei z ust. 3 ww. artykułu wynika, że gospodarka łowiecka jest prowadzona na zasadach określonych w ustawie, na podstawie rocznych planów łowieckich i wieloletnich łowieckich planów hodowlanych. Zatwierdzane są one co do zasady przez właściwego nadleśniczego Państwowego Gospodarstwa Leśnego "Lasy Państwowe" w uzgodnieniu z Polskim Związkiem Łowieckim.

Jak komentuje dr Nasiadka, odkąd łowiectwo w cywilizowanych krajach oparte jest na prawie mającym rangę ustawy, nie zdarzyło się, aby przez ekscesy myśliwych jakiś gatunek zwierzyny zniknął. Przeciwnie - wspólnymi staraniami udało się odtworzyć nawet te zagrożone wyginięciem lub już niemal nieistniejące, jak np. żubr czy bóbr, którego to mamy ostatnio w nadmiarze.

Sankcje za skrajne zachowania

Ze zrozumiałych przyczyn szeroko nagłaśniane są przypadki, kiedy myśliwi zachowują się w sposób skandaliczny wobec innych użytkowników lasu. Jak miało to miejsce w połowie stycznia tego roku wobec Igora Tracza, mistrza świata w psich zaprzęgach, który w miejscowości Trąbki Wielkie (woj. pomorskie) trenował wraz z młodzieżą. Według jego relacji mieli się natknąć na grupę myśliwych, którzy zażądali, aby grupa wyniosła się z lasu w ciągu pięciu minut, a jeśli tego nie zrobią, mogą dostać kulką. Nie ma powodu, aby nie wierzyć opowieści sportowca. Należy mieć także nadzieję, że PZŁ wyciągnie konsekwencje wobec osób, które zachowały się w skandaliczny sposób - nie tylko ograniczając prawo innych do korzystania ze wspólnego dobra, jakim są lasy, lecz także stosując niedozwolone groźby i stwarzając zagrożenie.

Jednak zdaniem niektórych moich rozmówców także osoby mieniące się przyjaciółmi zwierząt i przyrody jako takiej często łamią prawo oraz zasady współżycia społecznego. Jeden z nich opowiada o przypadku swojego kolegi, który jest nadleśniczym w rejonie Puszczy Białej. Zaprzestał on zawiadamiania o planowanych polowaniach społeczeństwa w swojej okolicy, gdyż za każdym razem było to pretekstem do organizowania protestów przez środowiska radykalnych ekologów. Nie dość, że biorące w nich udział osoby obrażały i atakowały myśliwych, to także powodowały niebezpieczeństwo przechadzając się pod lufami i uniemożliwiając polowanie. Stąd pomysł, aby przystopować takie inicjatywy sankcją grzywny.

Za daleko, za blisko

Kolejny sporny punkt to odległość między terenem, na którym wolno polować, a siedzibami ludzkimi. Jak już zostało powiedziane, postulaty były sprzeczne. Obowiązujące dziś (od wielu lat) przepisy mówią o 100 m od siedzib, ekolodzy domagają się zwiększenia tej przestrzeni do 500 m, rekomendacja Ministerstwa Środowiska określa ją na 150 m. Która z tych odległości byłaby optymalna i zapewniła jednocześnie bezpieczeństwo ludzi oraz realizację planów łowieckich? Odpowiedź wcale nie jest prosta. Bo z jednej strony wszystkim zależy na bezpieczeństwie. Z drugiej - rozszerzenie pasa ochronnego będzie prowadziło do tego, że realizacja planów łowieckich będzie po prostu niemożliwa. Choćby dlatego, że dzikie zwierzęta nie kryją się już w ostępach, ale współegzystują z nami - nawet w dużych miastach. To, że dziki biegają po głównych arteriach sporych miejscowości, przestało już dziwić. Jak przekonują wszyscy moi rozmówcy związani z łowiectwem, nawet w obowiązującym dziś reżimie prawnym liczba wypadków związanych z polowaniami jest marginalna. Owszem, każdy przypadek, gdy myśliwy pomyli kolegę z dziką zwierzyną - jak np. ostatniego grudnia ubiegłego roku na terenie gminy Miłakowo w powiecie ostródzkim, gdzie ofiara zmarła - jest, i słusznie, tematem medialnych doniesień i czerwonych pasków w telewizyjnych informacjach. Zdarzają się także bardziej bulwersujące wydarzenia, jak to z czerwca zeszłego roku, kiedy to w okolicach Stanisławowa w woj. mazowieckim kula wystrzelona przez 35-latka polującego na dzika odbiła się rykoszetem i wpadła przez okno do domku letniskowego, po czym wylądowała na kocu, pod którym spał 12-letni chłopiec. W tym przypadku nic złego nikomu się nie stało, jednak emocje sięgnęły zenitu. Być może należy się do takich incydentów odnieść chłodniej, do czego przekonuje dr Nasiadka. Od kilku dekad liczba myśliwych raczej się nie zmienia, podobnie jak ilość pozyskiwanej przez nich zwierzyny oraz amunicji wystrzelonej na polowaniach. A to wszystko w stałej odległości 100 m od siedzib ludzkich. Co nie znaczy, że jest idealnie. Ale też zmiany nie sprawią, że już wszyscy będą bezpieczni. Zwłaszcza że proponowane zapisy dają możliwość szerokiej interpretacji. Wspomniany już art. 42aa ust. 14 mówi np., że zabrania się strzelania do zwierzyny w odległości mniejszej niż 500 m od miejsca zebrań publicznych w czasie ich trwania lub w odległości mniejszej niż 100 m od zabudowań mieszkalnych - ale co to znaczy "zebrania publiczne"? W praktyce oznacza to, że polowań nie organizuje się w pobliżu kościołów, ale ominięcie zgromadzeń w rozumieniu np. blokad dróg czy manifestacji będzie wymagało zaangażowania oraz dużej świadomości prawnej wszystkich uczestników potencjalnych wydarzeń. Może jednak właśnie o taką świadomość chodzi.

PYTANIA DO EKSPERTA

Ludzie nie rozumieją lasu

@RY1@i02/2018/024/i02.2018.024.18300120a.802.jpg@RY2@

Stefan Traczyk nadleśniczy nadleśnictwa Jabłonna

Zmiany w prawie łowieckim budzą olbrzymie emocje. Kwestii drażliwych jest kilka. To chociażby bezpieczna odległość polujących od domostw, odszkodowania za szkody wyrządzane przez zwierzynę leśną czy mandaty nakładane na osoby utrudniające polowania. Jak pan to odbiera?

Ludzie nie rozumieją, o co chodzi w gospodarce łowieckiej ani w ogóle leśnej. Wiedzę i doświadczenia może mieć jakieś 120 tys. osób. Zauważyłem, że prym w awanturze o nowe przepisy wiodą dwie grupy. Pierwsza to pseudoekolodzy, którzy się mienią przyjaciółmi przyrody i zwierząt, a swoją aktywność przejawiają głównie na Facebooku. Jeśli już wchodzą do lasu, to po to, żeby zrobić zadymę: przeszkadzać myśliwym w polowaniu albo przykuwać się do harvesterów, w celu uniemożliwienia wycinki drzew. Druga grupa to miastowi, którzy odziedziczyli kawałek lasu czy pola. I wydaje im się, że mają już nie wiadomo jaki majątek. Nie zdają sobie sprawy np., że metr kwadratowy lasu kosztuje na wolnym rynku 2,5 zł. A chcieliby wyciągnąć z tego jak największe korzyści. Niedawno była taka sytuacja, że rolniczka gospodarująca na kilku hektarach poprosiła koło łowieckie, żeby zrobiło porządek z dzikami, które demolowały jej uprawy. Myśliwi postawili ambonę na kawałku ugoru między polami. I awantura, bo okazało się, że ten ugór ma właściciela. Który zażyczył sobie, żeby mu płacić 200 zł dziennie za dzierżawę ziemi pod ambonę. Oczywiście myśliwi zabrali swoje zabawki i poszli.

Jeśli mówimy o interesach rolników, powinniśmy także wspomnieć o żałośnie małych odszkodowaniach, jakie mogą uzyskać za szkody wyrządzone przez dziką zwierzynę. Państwo, które jest właścicielem tej fauny, niechętnie i mało płaci za to, co ona zniszczyła...

Formalnie jest tak, że myśliwi dzierżawią grunty, na których ustanawiają obwody łowieckie, albo od państwa reprezentowanego przez powiaty, albo bezpośrednio od Lasów Państwowych. I to albo od państwa, albo od poszczególnych kół łowieckich mogą domagać się odszkodowań za straty spowodowane przez zwierzynę. A sarny i jelenie potrafią zjeść cały świeżo posadzony las, dziki - zdemolować uprawy na dużym kawałku pola. Natomiast faktem jest, że odszkodowania są niskie, gdyż wyceniając szkody, bierze się pod uwagę ceny w punkcie skupu, a te nie są zbyt wysokie. Dlatego często ludzie machają ręką: co prawda, mam łąki, które regularnie nawiedzają dziki, ale jak sobie pomyślę, że mam się użerać z papierami, żeby na koniec dostać 25 zł, to mi się nie chce. Co innego właściciele dużych obszarów uprawnych, oni są traktowani poważniej. No i w ich przypadku kwoty są inne - 10-20 tys. zł za szkody - po to warto się już schylić. A czy wie pani, że właściciele lasów prywatnych nie dostają ani grosza za szkody spowodowane przez zwierzynę? Moim zdaniem to kolejna nierówność wobec prawa, której ani rząd, ani ekolodzy nie chcą zauważyć. Bo dlaczego ktoś, kto ma pole czy łąki, może liczyć na choćby niskie odszkodowanie, a ten, kto ma las, już nie?

Ludzie nie zgadzają się na to, że np. myśliwi mogą polować w odległości już 100 m od ich domów, nie chcą, żeby ktoś biegał ze sztucerem tuż obok, bo może zrobić krzywdę ich rodzinie i zwierzętom. Nawet gdy mamy epidemię ASF, stan wyższej konieczności.

Rozumiem pani obawy. Niemniej jednak mamy do czynienia ze szczególną sytuacją. Z jednej strony epidemia choroby jest naprawdę groźna dla całej gospodarki. Z drugiej strony człowiek, przez swoją cywilizację, gospodarkę zaburzył naturalne procesy przyrody. I to już nie jest tak, że zwierzyna żyje w jakichś ostępach. Niedawno na polowaniu miałem taki przypadek, że dzik miał swój barłóg siedem metrów od płotu sąsiada. Teraz mamy granicę 100 m. Są głosy, żeby zwiększyć tę odległość do 200, a nawet do 500 m. Powiem, że to dla mnie paranoja. Gdyby takie prawo przeszło, byłoby to bardzo, bardzo głupie. Oczywiście bezpieczeństwo jest najważniejszą rzeczą. Dlatego stawiam na profesjonalizm. Staram się trenować, nawet siedząc na ambonie, celowanie i strzały, bo nie da się ukryć, że jeśli już zwierzyna podchodzi pod lufę, to są emocje. Emocje są dobre w mediach społecznościowych, ale nie w prawdziwym życiu.

Rozmawiała Mira Suchodolska

Zadanie (nie) dla amatora

PZŁ, choć jest zaledwie stowarzyszeniem, to przejmuje obowiązki państwa - choćby właśnie w postaci wykonywania planów łowieckich. I nie ma innej formacji, która by mogła to zadanie przejąć. W różnych krajach rozwiązuje się ten problem na różne sposoby. W USA jest np. państwowa służba łowiecka, która wypełnia w imieniu państwa obowiązki związane z realizacją planów łowieckich. U nas, gdyby myśliwi zastrajkowali, nie byłoby podmiotu, który przejąłby ich zadania. Zresztą powierzenie obowiązków związanych z tak skomplikowaną materią jedynie dobrowolnemu zrzeszeniu jest co najmniej nieroztropne. O czym mogliśmy się przekonać na początku tego roku, kiedy część kół łowieckich na północy naszego kraju odmówiła polowań sanitarnych na dziki, domagając się większych apanaży za odstrzał jednej sztuki. Takie podejście nie zdało także egzaminu, kiedy kilka lat temu mieliśmy do czynienia z epidemią wścieklizny wśród lisów. Myśliwi nie mieli ochoty polować na zwierzęta, które nie dają im trofeów. Zresztą ma pewnie rację dr Nasiadka, który podnosi, że trudno oczekiwać od płacących składki zrzeszonych amatorów, aby w swoim wolnym czasie stawiali się na każde zawołanie i realizowali wyznaczane odgórnie zadania. O tym, że problem jest jednak poważny, świadczy m.in. fakt, iż przed kilkoma dniami Ministerstwo Obrony Narodowej negatywnie odpowiedziało na wniosek Krajowej Rady Izb Rolniczych o użycie wojska do redukcji pogłowia dzików w naszym kraju, wyjaśniając jednocześnie, że brak jest obecnie podstaw prawnych, aby wojsko wykorzystać w takim celu.

Wychodzi na to, że nasze nowelizowane prawo łowieckie jest - cokolwiek by się nie mówiło na jego temat - i tak bardziej prozwierzęce i humanitarne niż to obowiązujące w innych krajach. Mimo to ma przeciwników, nie tylko wśród ekologów.

Partia myśliwych

Opisane przez nas zmiany to nie koniec trzęsienia ziemi w myśliwskim światku. W rekomendacjach Ministerstwa Środowiska zostały także poruszone kwestie składu zarządów PZŁ. Zgodnie z proponowanymi zmianami w skład organów PZŁ, a także zarządu koła łowieckiego lub komisji rewizyjnej, nie będą mogły wchodzić osoby, które pracowały na rzecz organów bezpieczeństwa, o których mowa w ustawie o Instytucie Pamięci Narodowej - Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu. A to by oznaczało, że swoje stanowiska stracą szef PZŁ Lech Bloch i kierujący Naczelną Radą Łowiecką Andrzej Gdula. Obaj panowie mają za sobą resortową przeszłość.

Myśliwi w przyszły piątek planują protesty, ma w nich wziąć także udział zdymisjonowany niedawno szef resortu Jan Szyszko. On, jak się mówi nieoficjalnie, będzie próbował przejąć władzę nad stowarzyszeniem dysponującym 120 tys. członków, sporym budżetem - roczna składka wynosi 357 zł (pełna, w tym ubezpieczenie w kwocie 37 zł). Powodem, dla którego proponowany zapis może spotkać się z wielkim sprzeciwem, jest to, że nie tylko na poziomie centralnym PZŁ był uwikłany we współpracę z organami PRL. Środowisku może się też nie podobać próba przejęcia nadzoru nad PZŁ przez ministerstwo. Związek jest bowiem monopolistą, nie tylko jeśli chodzi o możliwość zrzeszania myśliwych. Jego specjalny status polega także na tym, że wykonuje część zadań państwa - jak choćby odstrzał dzików w związku z ASF czy regulacja populacji zwierzyny w lasach. - Gdyby myśliwi nagle ogłosili strajk i przestali polować, ministrowi zostałoby się chyba tylko powiesić na suchej gałęzi - komentuje jeden z ludzi lasu. Bo oznaczałoby to, że nie ma komu strzelać do dzików i epidemia by się szerzyła na cały kraj. Bo nie byłoby komu redukować pogłowia np. saren i jeleni, które zjadłyby lasy. No i kwoty odszkodowań za szkody wyrządzone przez dziką zwierzynę znacznie by wzrosły.

To, ale także fakt, że polują i do PZŁ należą osoby o różnych przekonaniach i należące do różnych ugrupowań, powodowało, że do tej pory związek był nie do ruszenia, a każda próba ukrócenia jego przywilejów spalała na panewce. W poprzedniej kadencji parlamentu, kiedy u władzy była Platforma Obywatelska, także próbowano zwiększyć nadzór ministra nad PZŁ (poprzez wymóg, aby to on zatwierdzał status związku), ale nie udało się tego przegłosować wobec oporu nawet posłów z PO.

Mira Suchodolska

mira.suchodolska@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.