Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Prawnik

Lech Borzemski, prezes niebojący się wyzwań

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

Notariuszem był jego ojciec, notariuszem był starszy brat, a mimo to Lech Borzemski nie trafił do notariatu od razu. - Oni zaczynali w czasach, kiedy nasz zawód cieszył się dużym szacunkiem społecznym, ale niewielkim uznaniem ze strony państwa - wspomina. Nic też nie wskazywało na to, że prestiż, jaki miał przedwojenny notariusz, szybko wróci

Młody absolwent prawa Uniwersytetu Wrocławskiego postanowił wybrać zawód sędziego i przywdział togę w dolnośląskich sądach - najpierw w sądach rejonowych w Wołowie i we Wrocławiu, potem we wrocławskim sądzie wojewódzkim. Nie minęła jednak dekada, a postanowił wrócić do rodzinnych tradycji. To nie była łatwa decyzja, ale argumenty najbliższej rodziny przeważyły - ojciec, który wspólnie z bratem prowadził kancelarię notarialną, wybierał się wkrótce na emeryturę i prędzej czy później ktoś musiał go zastąpić.

W 1996 r. zaczął więc karierę rejenta, jak lubi o sobie mówić, korzystając z popularnego określenia z terenów zaboru pruskiego i austriackiego. Ale doświadczenie sędziowskie wciąż uważa za niezwykle przydatne: - Sędzia i notariusz mają ze sobą wiele wspólnego. Obaj są faktycznie funkcjonariuszami publicznymi, a ich podstawową cechą jest bezstronność - stwierdza.

Pierwsze doświadczenia notarialne przyszło mu jednak nabywać nie we Wrocławiu, lecz w podwrocławskim Strzelinie, dokąd dojeżdżał codziennie przez cztery lata. Szybko dostrzegł istotną zaletę nowego zawodu: niezwykle rzadko zdarzają się osoby niezadowolone z pracy notariusza. Klienci albo załatwiają sprawy bezsporne, albo - jeśli istnieje konflikt - właśnie u rejenta podpisują umowy lub ugody, które kończą spory. Ale zauważył, że ten zawód ma też swoje wady. Przede wszystkim ogromny stres i poczucie odpowiedzialności, jaką niesie podejmowanie decyzji na podstawie ułomnego często prawa. - W sądownictwie ratunkiem jest wyższa instancja, w notariacie złą decyzję trzeba unieważnić, a winą za nią obarcza się notariusza - wyjaśnia.

Gdy ojciec odszedł z zawodu, Borzemski dołączył do wrocławskiej kancelarii. Równolegle zaczął działać w notarialnym samorządzie, najpierw w lokalnej radzie, potem na szczeblu krajowym. Działa tu trzecią kadencję (dwie pierwsze jako rzecznik KRN, teraz jako prezes), już ostatnią. - Prezesem jedynie się bywa, zawsze staram się o tym pamiętać - zapewnia, ale też wie, że przyszłej wiosny bardzo zmieni się jego życie. - Żona i córka zdążyły się już przyzwyczaić do moich częstych nieobecności - mówi. Na pierwszy wspólny projekt po "powrocie" zaplanowali generalny remont mieszkania.

Kierowanie Krajową Radą Notarialną zbiegło się z czasami, kiedy notariusze, jak inne prawnicze samorządy, musieli zmierzyć się z radykalnym otwarciem korporacji. - To wciąż ważna kwestia, bo notariat nie funkcjonuje na zasadach wolnorynkowych, ale wykonuje powierzone mu przez państwo zadania publiczne. Aktualny zatem pozostaje główny problem utrzymania właściwej jakości, co jest gwarancją bezpieczeństwa. Dziś odsetek uchylanych aktów notarialnych to raptem promile, ale niekontrolowana liczba notariuszy spowoduje obniżenie tak wysokich standardów - ostrzega Lech Borzemski.

Jako szef samorządu odpowiada też za kontakty z Ministerstwem Sprawiedliwości, zagranicznymi odpowiednikami, organizacjami międzynarodowymi. - Kalendarz mam rozpisany na pół roku do przodu - opowiada prezes.

Na wypoczynek pozostają niedziela oraz wakacyjne wyjazdy, zwykle w góry, których Borzemski jest wielkim miłośnikiem. Tam także spotyka się z kolegami. - Twardy zawodnik, schodził większość tras w Polsce - opowiada notariusz Czesław Szynalik z Mszany Dolnej.

Spotykają się od lat na corocznym Rajdzie Rejenta, który organizuje Szynalik, i wyposażeni w rajdowy znaczek i przewodnik szturmują zwykle polskie szlaki. W tym roku pojechali jednak w Dolomity, a za rok zamierzają zdobywać słowackie Tatry. Organizują też własne olimpiady w Mszanie Dolnej - w 2009 r. prezes Borzemski stanął na bramce, by bronić rzutów karnych prezesów poszczególnych izb. Debiut był trudny, bo jeden z piłkarskich strzałów złamał prezesowi kość. - Ale to twardy zawodnik - powtarza Szynalik. - Prezes dokończył zawody, tyle że nagrody wręczał z ręką w gipsie.

@RY1@i02/2011/241/i02.2011.241.07000030e.802.jpg@RY2@

Wojciech Górski

Luiza Zalewska

luiza.zalewska@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.