Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Prawnik

Prawo Agaty, kłopot całej reszty

3 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 67 minut

Adwokaci szukają dowodów i świadków, na sali sądowej wstają z okrzykiem "Sprzeciw!", a cały proces trwa kilka dni. Takie rzeczy tylko w filmie. Tylko jak to wytłumaczyć klientom?

Życie to nie film, serial ani...bajka. O tym, wydawać by się mogło, banalnym stwierdzeniu nie zawsze pamiętają klienci kancelarii prawnych, którzy często wiedzę o prawniczym świecie czerpią jedynie z ekranu telewizora. Jaki jest tego efekt? Nierealne żądania i skrzywiony obraz rzeczywistości - twierdzą adwokaci. Co wtorek wieczór spora część przedstawicieli tej profesji po obejrzeniu popularnej tvn-owskiej produkcji (niewtajemniczonym wyjaśniam, że chodzi o "Prawo Agaty") zasiada przed komputerem i dzieli się w jednym z portali społecznościowych swoimi spostrzeżeniami i anegdotami z sądowych sal.

Padają wtedy słowa słodko-gorzkie. O tym, że z jednej strony Agnieszka Dygant pomaga odbudowywać ludzki obraz wykonywanego przez nich zawodu, a odcinki serialu robią więcej dobrego dla adwokatury niż samorządowe kampanie medialne. Z drugiej, że serial miesza laikom w głowach i nie ma za wiele wspólnego z rzeczywistością. "Owszem, mogę pocieszyć i dodać otuchy. Ale nie umówię się ze świadkiem w kawiarni, aby go nakłonić do zeznań, nie popilnuję dziecka i nie zrobię zakupów tylko dlatego, że jestem pełnomocnikiem" - podkreśla jedna z prawniczek.

Zresztą nie tylko seriale sprawiają, że Polacy gubią się w mechanizmach funkcjonowania wymiaru sprawiedliwości. Swoje robią też produkcje kinowe, głównie te zza oceanu. To przez nie skonsternowani podsądni dopytują, dlaczego na ich sprawie nie było ławy przysięgłych, ich pełnomocnik nie spacerował po sali, przekonująco gestykulując, no i nikt ani razu nie wykrzyknął "Sprzeciw!".

Anna Krzyżanowska

anna.krzyzanowska@infor.pl

@RY1@i02/2013/208/i02.2013.208.070000400.813.jpg@RY2@

Maciej Strączyński sędzia, prezes Stowarzyszenia Sędziów Polskich "Iustitia"

Polskie sądy rzadko można obejrzeć na ekranie. Dramat sądowy, który w   swoim czasie był bardzo modnym gatunkiem filmowym (wspomnieć można takie produkcje jak "Anatomia morderstwa", "Świadek oskarżenia", "Dwunastu gniewnych ludzi" czy dużo młodszy "Uznany za niewinnego"), w   Polsce się nie rozwinął. Właściwie mieliśmy tylko jeden taki film, skądinąd świetny, "Sprawa Gorgonowej", oparty na słynnym przedwojennym procesie. Również telewizja nie radzi sobie z   tym gatunkiem: w   latach 80. nieudany serialik "Zdaniem obrony" skończył się na pięciu odcinkach, a   nieco później był "Zespół adwokacki", serial raczej obyczajowy, dziś też zapomniany. Gdzie nam do wielkiego klasyka amerykańskiej telewizji, jakim był "Perry Mason"...

Jednakże autorem ponad osiemdziesięciu powieści o mecenasie Masonie był Erle Stanley Gardner, autentyczny adwokat, który po pewnym czasie porzucił karierę zawodową dla pisania. Della Street, sekretarka i sympatia Masona, to też postać prawdziwa - taką partnerkę miał Gardner i po latach się z nią ożenił. Amerykański proces, nader wdzięczny dla scenarzystów z uwagi na swój dynamiczny charakter, różni się zasadniczo od polskiego. Polski proces, pokazany w filmie, byłby po prostu nudny. Bo kogo zainteresowałaby rozprawa karna, w  której sędzia godzinami monotonnie odczytuje protokoły zeznań świadków złożone przed policją, prokuratorem czy w poprzednim rozpoznaniu sprawy. A tak właśnie wygląda polska sądowa rzeczywistość.

Próby pokazania procesu przed polskim sądem na ekranie na ogół kończą się klęską (pominąć tu trzeba sytuację, kiedy scenarzysta chce ukazać sąd w określony, często negatywny sposób - przykładem jest stronnicza sędzia rodzinna w filmie "Tato" Macieja Ślesickiego, gnębiąca samotnego ojca chcącego wychowywać córkę). Obraz sądu w polskich filmach wywołuje u gospodarzy i bywalców sal sądowych - sędziów, prokuratorów, adwokatów - w najlepszym razie uśmiech politowania, w najgorszym zażenowanie i  pukanie się w czoło. Bo są to obrazki typu "Jak sobie mały Kazio wyobraża". Z prawdziwym procesem nie mają nic wspólnego: kolejność przesłuchiwania jest przypadkowa, nieraz kompletnie pomieszana dla wzmocnienia dramaturgii, zadane dwa - trzy pytania, czasem krzyk "wnoszę sprzeciw", którego w Polsce nie ma, wreszcie wyrok lub postanowienie ogłaszane bez narady i nieraz bez głosów stron. Ostatnio taką wpadkę scenarzystów stwierdziłem w serialu "Ojciec Mateusz", gdzie próbowano pokazać sprawę z zakresu prawa opiekuńczego.

Oczywiście prawdziwy proces pokazany w filmie byłby nudny, ale nawet pisząc scenariusz, warto byłoby porozmawiać z prawnikiem, aby uniknąć elementarnych byków (słowo błędów byłoby tu zbyt łagodne). Czasem zdarza mi się w napisach końcowych wśród konsultantów dostrzec jakiś prawniczy tytuł i  nazwisko. Poza wspomnianą "Sprawą Gorgonowej" nie widziałem jednak polskiego filmu, w którym - gdybym był konsultantem - nie zabroniłbym umieścić swojego nazwiska, grożąc procesem. Bo scenarzyści ewidentnie konsultantów nie słuchają; nie wierzę, że jakikolwiek profesjonalista pozytywnie oceniłby to, co płodzą.

Innym, nowszym zjawiskiem jest sądowy reality show. W USA jest to dość popularny rodzaj programu, było ich łącznie kilkadziesiąt realizowanych w różnych okresach przez różne telewizje. W Polsce było kilka court show. Pierwszym był rozpoczęty w 2002 r. "W imieniu prawa", który prowadzili na zmianę sędziowie Alina Czubieniak z Gorzowa i Bogusław Tocicki z Wrocławia. Najdłużej, bo przez sześć lat kręcona była "Sędzia Anna Maria Wesołowska" (obecnie obejrzeć można powtórki); mający ją wspierać "Sąd rodzinny" prowadzony przez sędziego Artura Lipińskiego z Krosna (z  inną sędzią w roli... adwokata) produkowany był tylko przez kilka miesięcy. Dalsze tego typu programy obecnie usiłują zdobyć sobie widownię.

Program prowadzony przez autentycznego sędziego ma tę zaletę, że zwykle jest wolny od kompromitujących błędów prawnych. Dba o to gospodarz: cztery wymienione osoby to doświadczeni sędziowie sądów okręgowych, którzy nie pozwoliliby sobie na wydarzenia ośmieszające ich w oczach kolegów.

Najbardziej znana, łodzianka Anna Wesołowska, zanim zajęła miejsce w telewizyjnym court show, realizowała w ramach Stowarzyszenia Sędziów Polskich "Iustitia" program wzajemnych szkoleń sędziów i dziennikarzy. Artur Lipiński to rzecznik prasowy sądu. Sędziów prowadzących opisane programy znam i wybrani oni zostali spośród takich, którzy z mediami mieli sporo do czynienia. Ale to, że programy prowadzą prawdziwi sędziowie, nie oznacza, że tak wyglądają prawdziwe rozprawy. Sędzia musi umiejętnie pogodzić atrakcyjność telewizyjnego show z szarą rzeczywistością sali rozpraw. Procesy w  court show bardziej przypominają kontradyktoryjną procedurę amerykańską niż polską. Jednak pomijając procedurę, pokazują przynajmniej prawidłową treść rozstrzygnięć sądu i sposób dokonywania ustaleń, które dla wielu Polaków są równie nieznane jak teoria względności. I w tym zakresie pewną edukacyjną funkcję spełniają, choć widzowie oglądający court show w telewizji na ogół są bardzo rozczarowani, gdy zobaczą prawdziwy proces, zwykle - choć nie zawsze - o wiele mniej ciekawy.

Jednak symbolem wizji sądu w polskim filmie i telewizji powinny być słowa "W imieniu prawa". Dlaczego? Bo takiego zwrotu w języku prawniczym... nie ma. Wyroki wydaje się w  imieniu Rzeczypospolitej Polskiej. Czy wydawano je kiedykolwiek "w imieniu prawa"? Tak. W czasie hitlerowskiej okupacji, kiedy nazwa "Rzeczpospolita" była zakazana, polskie sądy w Generalnej Guberni (rozpoznające tylko sprawy cywilne między Polakami) wydawały wyroki w imieniu prawa, aby nie orzekać w imieniu III Rzeszy.

Ten zwrot kojarzyć się więc powinien jak najgorzej, a jakimś sposobem ugrzązł w języku i w dodatku dla niektórych stał się symbolem sądownictwa - równie błędnym jak jego wizja na ekranie.

Symbolem wizji sądu w polskim filmie i telewizji powinny być słowa "W imieniu prawa". Dlaczego? Bo takiego zwrotu w języku prawniczym nie ma. Wyroki wydaje się w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej

@RY1@i02/2013/208/i02.2013.208.070000400.814.jpg@RY2@

Bartosz Prusiński adwokat

We wtorkowe wieczory po pracy zwykle wracam do pracy, tyle że w towarzystwie żony i dzieci. Te ostatnie radośnie wodzą oczkami po telewizorze i oglądając kolejny odcinek "Prawa Agaty", wołają: "Tato patrz, sąd, ty też tak pracujesz?".

Z perspektywy fotela w salonie sąd wygląda super. Ja tylko co jakiś czas podnoszę wzrok znad monitora komputera i rzucam uwagi w stylu: "Sprzeciw! W sądzie nie ma sprzeciwu". Gdy słyszę pełne wyrzutu: "Taaatoooo!" milknę i pocieszam się, że nie jestem sam, że te same sceny dzieją się w wielu adwokackich domach, o czym świadczą umieszczane niemal na żywo podczas emisji wpisy na portalu społecznościowym (zapewne w lekarskich domach bywa podobnie, tyle że w dni pokazywania perypetii pracowników szpitala w Leśnej Górze, a kiedyś kliniki w Szwarcwaldzie czy szpitala na peryferiach).

Był "Zespół adwokacki", "Ali McBeal" i "Magda M.", równo co dziesięć lat ktoś filmem robi zdjęcie konstrukcji w procesie, a teraz uwieczniamy adwokatów w "Prawie Agaty". W serialu prawniczym jest słodziutko, wszytko jest duże i konkretne, adwokat zawsze dobry, a prokurator zły i nikt nie śmie tego zmieniać, ale dlaczego toga musi mieć tak wielki żabot i klapy?

Ja uzbrojony w wiedzę o prawie, jakim dysponuje Agata (a także w obrazek mojej młodszej córki Amelki, która narysowała mi "soąt" jak w "Prawie Agaty" - sala sądowa z ustawieniem amerykańskim), w środę rano idę do prawdziwego sądu.

Czekam i czekam na rozprawę, ta pierwsza rusza później, bo nie dotarł sędzia (na szczęście tylko 15 min spóźnienia). Zabieram się do działania, pytam i nasłuchuję, czy aby nie będzie sprzeciwu, a oni tylko uchylają pytania. Ziarno innowacji jeszcze widać nie wzeszło, choć podobno ów "sprzeciw" ktoś gdzieś już usłyszał. Zazdroszczę osobie, która miała prawo Agaty do jego zgłoszenia.

Wiercę się na ławie po stronie powoda, widzę sąd (choć przewodniczący potrafi się schować za monitorem w całości, nie wiedziałem, że ma tylko 15 cali szerokości), nie widzę protokolanta. Pozwany ma lepiej: widzi sąd i nawet monitor protokolanta. Ciekawe, że na sali jest tylko jeden sędzia, w telewizorze zawsze widzę trzech. Może to dlatego, że odbieram obraz w 3D?

Mam świadka, na szczęście przyszedł, chciałem go przesłuchać po staremu, bez wychodzenia z ławy, tylko że w sali jego pulpit jest wysunięty do przodu, żeby można było dojść choć z jednej strony do stołu sędziowskiego. A zatem mam przed sobą tył świadka, więc może lepiej wstać i wyjść do pulpitu? Ale jak wstanę i wyjdę przed pulpit, to jednocześnie podejdę do stołu sędziowskiego i wtedy to sędzia (który, przypominam, ma przed sobą monitor) już zupełnie niczego nie będzie widział. I tak jest jednak lepiej niż na sali karnej, tam świadek staje za słupem, który jest na środku sali.

Okazuje się, że mamy się spotkać następnego dnia o tej samej porze, by kontynuować rozprawę. Cóż z tego, że panie, mam inną rozprawę wyznaczoną wczoraj przez inny sąd. Najwyraźniej adwokaci wreszcie powinni się nauczyć, że dopóki nie skończą jednej sprawy, nie mogą brać innej.

Wychodząc z sali i pozdrawiając czterech nieznanych mi kolegów z mojej izby, czekających pod drzwiami na swoje opóźnione sprawy, dzwonię do kolejnego sądu, że tym razem to ja się spóźnię, bo się przedłużyło.

Czekam na wejście do sądu: teczka, kieszenie, klucze, telefon, legitymacja, i prawie jestem, ale bramka nie piszczy - ona wyje. Okazuje się, że to nie bramka, ale alarm bombowy, o którym uprzedzał wczoraj sąd. Czekamy, bo na wezwaniu z sądu jest zapis, że w przypadku alarmu bombowego rozprawy, które pozostają w kolizji z alarmem, odbędą się po jego odwołaniu. Sprawa rusza, rozwód, mąż spokojnym tonem lekko tylko skrępowany zaczyna opowiadać, jak zastał żonę w łóżku z innym i pomimo zdenerwowania zrobił zdjęcia telefonem komórkowym, po czym je wydrukował. Poruszenie wśród publiczności, dochodzą mnie głosy, aby jedną kopię zdjęć przekazał na galerię. Tymczasem sąd ucisza rozgadaną publiczność, by poprosić siedzącego w ostatnim rzędzie kochanka żony na świadka.

Wracam do kancelarii, wspólnik znowu przewiesił swój szyld powyżej mojego, twierdząc, że w tym miesiącu to on więcej zafakturował. A potem, będąc już w domu, na portalu społecznościowym spotykam adwokatów ze wszystkich izb, sami znajomi z całej Polski, w przeciwieństwie do nieznajomych z mojego sądu. Czytam, że można by w sumie poprowadzić sprawę o odszkodowanie za spalony pub męża filmowej pani mecenas. Skoro go uniewinnili z powodu braku dowodów. Radzę zaczekać do następnego odcinka, aż się wyrok uprawomocni, wtedy pogadamy o szczegółach taktyki. Amelka znów rysuje "soąt" a ja czekam na nowy odcinek "Mecenasa Housea" w realnym świecie.

Jeśli mamy wierzyć w sprawiedliwość, musimy wierzyć w siebie samych i czynić sprawiedliwie. Wierzę, że mamy sprawiedliwość w sercach

Komu winy nie udowodniono, jest niewinny

Co to jest: tysiąc prawników skutych łańcuchem na dnie oceanu? Dobry początek...

Wiara, proszę pani, jest dobra w kościele, a nie w sądzie

Wszystko jest kwestią interpretacji - jak w kinie

Pierwszego dnia profesor na studiach prawniczych mówi dwie rzeczy.

Pierwsza: "Gdy matka powie ci, że cię kocha... zasięgnij drugiej opinii".

A druga: "Sprawiedliwości szukaj w burdelu. Chcesz pieprzenia, idź do sądu"

Wiara jest tam, gdzie nie ma dowodów

@RY1@i02/2013/208/i02.2013.208.070000400.815.jpg@RY2@

Anisa Gnacikowska adwokat

Gdy myśli pani o adwokacie w filmie, to jaki obraz ma pani przed oczami?

W pierwszej kolejności przychodzą mi do głowy filmy kręcone na podstawie powieści Johna Grishama, które mają dziś bardzo duży wpływ na wizerunek adwokatów. Jeśli dla mnie osobiście najważniejsze są te filmy, które przez magię wielkiego ekranu oddają w miarę realnie rzeczywistość. Należą do nich takie polskie produkcje, jak "Sprawa Gorgonowej" czy "Bezmiar sprawiedliwości", oraz te starsze zagraniczne - "Zabić drozda" czy "Werdykt".

Na ile filmowy obraz bywa spójny z prawniczą rzeczywistością?

To ciekawe pytanie, bo rzeczywiście prawnicy, oglądając filmy, weryfikują je zestawiając z realiami, w jakich funkcjonują. W efekcie często dochodzą do wniosku, że obrazy filmowe w dużej mierze są zniekształcone. Wszystko dlatego, że my, prawnicy, mówiąc o naszym życiu posługujemy się językiem prawniczym nie zawsze dla wszystkich zrozumiałym, a artyści będący bliżej zwykłego widza, przy użyciu różnych środków wyrazu, próbują ten świat przedstawić bardziej przystępnie. Przez to dość mocno upraszczają rzeczywistość.

A czy wspomniana już "magia ekranu" pomaga, czy raczej przeszkadza w relacjach z klientami, którzy przecież zazwyczaj nie mają do czynienia z prawem i światem prawników?

W naszej rzeczywistości największy wpływ na wizerunek adwokata mają seriale takiej jak "Magda M." czy "Prawo Agaty", te zaś niestety mają małe zakotwiczenie w realiach. Przez to dość często musimy tłumaczyć naszym klientom, że na rozpoznanie sprawy przez sąd od momentu złożenia pozwu muszą trochę poczekać. Zwykły widz, oglądając seriale, wyobraża sobie rzeczy, które są w rzeczywistości niewykonalne. Ale nie ma co się temu dziwić - to jest właśnie ta magia ekranu, wykreowana bajka, której głównym celem jest jednak rozrywka.

Jakie filmowe niekonsekwencje najbardziej panią denerwują?

Drażniące są już przywoływane wcześniej terminy. Gdy ja składam pozew, na pierwszą rozprawę czekam 4 miesiące, a nawet pół roku, w filmie zaś w przypadku złożenia pozwu w poniedziałek mogę szykować się już na rozprawę. A sprawa z pewnością skończy się również w tym samym dniu, a jeśli nie, to sąd wyznaczy drugą rozprawę na następny dzień. Bardzo dużym przerysowaniem są również sceny, w których adwokaci chodzą i szukają dowodów czy rozmawiają ze świadkami. To jest w realnym świecie niedopuszczalne. Nie wyobrażam sobie, że ja jako adwokat chodzę i szukam świadków. Przez takie działanie naraziłabym się na zarzut, że miałam wpływ na materiał dowodowy, a ten stałby się niewiarygodny. Czasem dziwi również terminologia. Nie mamy krajowej rady adwokackiej.

Naprawdę dobrych filmów z prawnikami w roli głównej nie ma za wiele.

Wśród jednak tych najlepszych znajdują się prawdziwe perły z sentencjami czy dialogami, które zapadają w pamięć.

To prawda, ja na przykład bardzo lubię film "Filadelfia". Opowiada on o historii Andrew Becketta (gra go Tom Hanks) pracującego w renomowanej kancelarii prawniczej w Filadelfii. Andrew jest szanowany i doceniany w firmie przez współpracowników i przełożonych, jednak do czasu. Pewnego dnia przełożeni dowiadują się, że jest chory na AIDS i pod pretekstem, że nie wykonuje należycie obowiązków służbowych, zwalniają go z pracy. Ten, walcząc z dyskryminacją, rozgoryczony postępowaniem pracodawców, postanawia dochodzić swoich praw w sądzie. Jego adwokatem zostaje czarnoskóry Joe Miller (Denzel Washington). W trakcie przesłuchania Andrew na zadanie przez swojego pełnomocnika pytanie: "dlaczego został prawnikiem" daje bardzo ważną odpowiedź. A mianowicie, że raz na jakiś czas, ale nie zawsze na sali sądowej dzieje się cud sprawiedliwości i dzięki temu, że jest adwokatem, może w tym cudzie brać udział. To jest motto, a przynajmniej ja to stwierdzenie przyjmuję jako motto zawodu adwokata. Przedstawiciele naszej profesji biorą udział w dążeniu do sprawiedliwości i są częścią wymiaru sprawiedliwości.

Wróćmy jednak na chwilę do polskiego podwórka i obecnie emitowanego Prawa Agaty. Wydaje się, że ten serial ma duży wpływ na to, jak społeczeństwo postrzega adwokaturę... na plus oczywiście.

Nie mam zbyt dużego doświadczenia jeśli chodzi o ten serial. Widziałam tylko kilka pierwszych odcinków, jeden z nich był nawet zrobiony na podstawie kazusu, sprawy, którą prowadziłam. Niemniej wiem, że pokazany jest tam pozytywny wizerunek adwokata, dziewczyny, która walczy o sprawiedliwość. A to na pewno kształtuje pozytywny obraz adwokatury. Nie oznacza to oczywiście, że w środowisku wśród moich kolegów nie pojawiają się uwagi, że serial ten ma niewiele wspólnego z pracą w kancelarii i niektóre sceny są wręcz przedmiotem żartów.

Przydałoby się zatem więcej produkcji z adwokatami w roli głównej w Polsce?

Z pewnością tak, ale jednak filmów. Świadczy o tym chociażby sukces przeglądu kina prawniczego organizowanego przez Naczelną Radę Adwokacką we współpracy z Fundacją Szkoły Wajdy, który przyciąga wiele osób, chociaż pokazywane są tam filmy rzeczywiści trudne, jak "Sprawa Gorgonowej". Musimy pamiętać, że kino jest silnym medium, które kształtuje wizerunek adwokatury. Z niego też ludzie nabierają nawyków, dzięki niemu tworzona jest świadomość prawna społeczeństwa.

Często musimy tłumaczyć klientom, że na rozpoznanie sprawy od momentu złożenia pozwu muszą trochę poczekać

Rozmawiała Anna Krzyżanowska

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.