Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Prawnik

Prawnicy na bakier z etyką

Ten tekst przeczytasz w 71 minut

DEBATA Chowanie głowy w piasek to metoda obrony skazana na niepowodzenie. Aferowe historie zdarzają się we wszystkich środowiskach i samorządy muszą umieć odpowiednio reagować - także na płaszczyźnie komunikacji ze społeczeństwem i z mediami

Zeszły rok nie był łaskawy dla prawniczych samorządów zawodowych. Stało się to m.in. za sprawą afery reprywatyzacyjnej, kazusu lewych zwolnień lekarskich łódzkich adwokatów i radców prawnych czy finału komorniczej afery ciągnikowej. Ostatnio pojawiły się z kolei sprawy sędziowskie. Takie przypadki na pewno nie budują zaufania społecznego do przedstawicieli zawodów prawniczych. Pytanie więc, skąd się biorą. Czy to efekt pauperyzacji, złego doboru do zawodu? Czy może ekscesy zdarzały się wcześniej, ale nie były dotąd tak jaskrawo przedstawiane?

Prawdopodobnie wszystkie te trzy czynniki odpowiadają na pytanie, skąd się wzięły opisywane historie. Jeśli chodzi o pauperyzację zawodu, to, no cóż, ilość nie przechodzi w jakość - a jeśli już, to w gorszą. Dla każdego jest oczywiste, że od ok. 12 lat mamy do czynienia z obniżaniem kryteriów wstępowania do zawodu adwokackiego. Stykamy się też z bardzo niepokojącymi sygnałami dobiegającymi ze środowiska prokuratorskiego, gdy chodzi o dobór kadr, mechanizmy awansu etc. Muszę się krytycznie wypowiedzieć także o sędziach. Jestem - określając to eufemistycznie - sceptyczny wobec sposobu funkcjonowania szkoły krakowskiej, gdzie uczą się przyszli orzecznicy, oraz całej drogi do tej zaszczytnej funkcji. Tym wszystkim czynnikom niezwykle sprzyja generalne obniżenie etosu etycznego zawodu prawnika, ale i upadek szacunku dla samego prawa. Ci, którzy zajmują się coraz bardziej pogardzanym społecznie prawem, dzielą los tej negatywnej opinii. Zresztą zjawiska wymienione w pytaniu są symptomami choroby, która toczy nie tylko środowisko prawnicze.

Zgadzam się. Część wypowiedzi pana mecenasa można podsumować stwierdzeniem: dobrze już było. Przed samorządami trudne czasy i duże wyzwania. Oczywiście poszukiwanie przyczyn, dlaczego tak się stało, jest kluczowe. Zaniedbania lat poprzednich odgrywają tu pewną rolę. Kryzysy to nie są zjawiska, które pojawiają się z dnia na dzień. To są zawsze efekty długotrwałych i narastających procesów, które pod wpływem jakiegoś impulsu w pewnym momencie wybuchają.

Można więc postawić tezę, że samorządy przez lata powoli traciły kontrolę nad swoimi członkami?

Zdecydowanie nie. Samorządy nigdy nie dążyły do tego, by kontrolować swoich członków. Nie są do tego zresztą powołane. Są po to, by umożliwić im wykonywanie zawodu i ewentualną eliminację osób, które się do tego nie nadają.

I eliminują?

Uważam, że tak. Trudno jednak zareagować według cyklu prasowego: że coś się wydarzy w poniedziałek, na drugi dzień jest informacja prasowa i dobrze by było powiedzieć we środę, że wobec danego prawnika wszczęto postępowanie dyscyplinarne czy go zawieszono. Z rozmaitych przyczyn zazwyczaj jest niemożliwe, by w taki sposób reagować.

Wbrew pozorom piony dyscyplinarne samorządów prawniczych reagują szybko. Zarówno w sprawie łódzkiej, jak i reprywatyzacji warszawskiej czynności dyscyplinarne zostały podjęte bardzo szybko. Informacja prasowa o zatrzymaniu adwokata X w związku z czynem Y nie jest jednak podstawą do tego, by wszcząć postępowanie dyscyplinarne przeciwko adwokatowi. Żeby kogoś zawiesić, trzeba natomiast przedstawić zarzut popełnienia przewinienia dyscyplinarnego. A żeby to zrobić, trzeba mieć odpowiednią wiedzę i dowody. Jeżeli obecnie prokuratura nie wykazuje chęci współpracy z samorządem zawodowym, trudno uzyskać potrzebne informacje, pomimo interwencji zarówno rzecznika dyscyplinarnego adwokatury, jak i prezesa NRA. Przypomnę też, że w sprawie zatrzymań związanych z aferą reprywatyzacyjną dwa dni po przedstawieniu zarzutów orzekał sąd dyscyplinarny i zawiesił adwokata, którego sprawa dotyczyła. Chciałbym, aby każdy sąd działał tak szybko.

Odwołując się do sprawy łódzkiej - zarówno samorząd radcowski, jak i adwokacki zwróciły się do prokuratury o podanie, komu konkretnie postawiono zarzuty. Publicznie przedstawiono tylko informację o samym czynie, a z nią trudno cokolwiek zrobić. Zresztą do dnia debaty nie otrzymaliśmy informacji o tym, komu postawiono zarzuty.

Nie mogę zgodzić się ze stwierdzeniem, że poziom etyczny sędziów jakoś gwałtownie spadł w ostatnim czasie, a parę lat temu było tak fantastycznie. Fatalnie się złożyło, że akurat mamy do czynienia z dwoma czy trzema przypadkami kradzieży sklepowych. Spójrzmy na to jednak rozsądnie - to są pojedyncze sprawy. Jedna z nich dotyczyła chorej psychicznie sędzi, która od paru już lat jest w stanie spoczynku. Trudno o takiej sprawie dyskutować, posługując się kryteriami etycznymi. W obu pozostałych sytuacjach reakcje rzecznika dyscyplinarnego oraz kolegium sądu były natychmiastowe. Nie bardzo mogę się zgodzić również z tezą, że krakowska szkoła przyczyniła się do obniżenia poziomu etycznego sędziów. Co mamy zresztą dziś mówić jej aplikantom, gdy rządzący podnoszą, że suweren czy prawo naturalne są ponad prawem stanowionym? Mówiąc wprost: kryzys zaufania do wymiaru sprawiedliwości, z którym mamy obecnie do czynienia, został wywołany przez przedstawicieli władzy. Jeśli bowiem mówią oni o sądach, że są bagnem, to jak przeciętny człowiek - niemający nawet kontaktu z sądem - może mieć do nas zaufanie?

Władza wykonawcza próbuje obecnie zdobyć dla siebie więcej przestrzeni. To siłą rzeczy musi odbyć się kosztem samorządności. Nie chciałbym jednak tylko narzekać. Myślę zatem, że warto zadać przewrotne pytanie, jakie są pozytywne skutki kryzysowych sytuacji, które w ostatnim czasie dotknęły naszą korporację, pamiętając, że przez dwa lata wydarzyło się więcej niż przez lat dwadzieścia. W chwili, gdy ujawniły się znane opinii publicznej nieprawidłowości, czy to te z Mławy, czy z Bełchatowa, nastąpiła natychmiastowa konsolidacja całego środowiska. W sytuacji kryzysowej zdrowa część środowiska zareagowała i stworzyła jasny przekaz: w naszym zawodzie jest cała rzesza normalnych i uczciwych ludzi, który sprawują swoja służbę odpowiedzialnie, z podniesionym czołem. Zapewniam, że środowiska na nieprawidłowości reagują, a piony dyscyplinarne pracują. Nasz problem jest tylko w przekazie. Nie możemy przecież reklamować, że usunęliśmy dziś z naszego grona daną osobę. Choć oczywiście informujemy, że nieodpowiednie jednostki muszą zostać wydalone.

Okres spokoju i prosperity został przez samorządy przespany - to fakt. Kiedyś kwestie dyscyplinarne były kwestią honoru. Jeśli komuś w notariacie coś zarzucano, to nie przypominam sobie, by unikał odpowiedzialności. W wyniku otwarcia zawodów prawniczych samorządom przybyło wielu nowych członków. W czasie trwania aplikacji szczególny nacisk kładzie się na wszelkie przejawy etycznego wykonywania konkretnego zawodu prawniczego. Problematyka ta jest rozważana nie tylko teoretycznie, znajduje też swój praktyczny kontekst w czasie nauki u boku patrona. Wolność gospodarcza i wszelkie tej wolności przejawy w aspekcie wykonywania zawodów prawniczych ograniczane są pewnymi utrwalonymi zasadami etycznymi i w związku z tym działania samorządu mogą być postrzegane jako pewnego rodzaju ograniczenia działalności prawniczej.

Deregulacja - chcąc czy nie - stała się jednak faktem. Wydaje się, że nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, ale spróbować je posprzątać.

Pełna zgoda. W momencie, w którym wspólnota zawodowa staje się tak duża, że bezpośrednie kontakty między wszystkimi jej członkami już nie są możliwe, siłą rzeczy muszą być uruchomione nowe formy funkcjonowania etyki zawodowej. Przez wiele lat wyobrażałem sobie, że do tego niezbędne są debaty na temat etyki. Nie może być ona tylko elementem wiedzy, którą się przekazuje wraz z przygotowaniem do zawodu. Samorząd musi stać się centrum niekończącej się debaty o wartościach, o tym, jak mogą być one realizowane w konkretnych warunkach.

Są jednak delikty dyscyplinarne, które nie są przestępstwami. W przypadku afery reprywatyzacyjnej oburzenie opinii publicznej wynikało z tego, że nawet jeśli mecenasi w nią uwikłani nie złamali prawa, to naruszyli pewne normy przyzwoitości. Tutaj nie zabrakło zdecydowanej reakcji samorządu?

Ta reakcja była. Postępowanie zostało wszczęte niezwłocznie. Problem polegał na tym, że zabrakło realnej współpracy pomiędzy rzecznikiem dyscyplinarnym a prokuratorem. Albo będziemy stawiać zarzuty na podstawie doniesień medialnych, albo materiałów procesowych.

Pan rejent wspominał, że okres spokoju i prosperity został przez samorządy przespany. Czy przez to władze samorządu nie wiedzą, jak się komunikować w sytuacjach kryzysowych? Na krajowym zjeździe adwokatury często przewijał się ten wątek.

Rzeczywiście, taki problem wystąpił. Między czerwcem a wrześniem wiadomo było, co się stało, ale nie było jasnego przekazu, że adwokatura, przede wszystkim warszawska, podjęła działania, na które pozwala jej prawo. Tę lekcję właśnie odrabiamy. Naczelna Rada Adwokacka wie, jak komunikować się z opinią publiczną. Z drugiej strony społeczeństwo oczekuje szybkiego komunikatu, a nie w każdym przypadku jest to możliwe.

Od pewnego czasu w przestrzeni publicznej, szczególnie medialnej, dostrzegalne są wyraźnie emocjonalne kierunki wypowiedzi. Emocje w przekazie informacji odgrywają coraz większą rolę. Był taki czas, gdy w mediach nie mówiono o samorządach prawniczych i w związku z tym ich członkowie byli przekonani, że wszystko jest w porządku. Nagle się okazało, że gdy prawnik czegoś nie zrobił czy notariusz czegoś nie doczytał, jest to materiał na pierwszą stronę gazety. W tej przestrzeni samorządy nie potrafią się odnaleźć i reagują w sposób mało profesjonalny, czasami dość chałupniczy.

Czy komornicy - nauczeni doświadczeniem - takie wsparcie mają?

Istotnie. Nie możemy pozwolić sobie na bierność i, mimo że z pewną wstrzemięźliwością, musieliśmy wejść także i na ten poziom komunikacji. Język dialogu medialnego jest trudny i specyficzny. Każdy z nas chce, by jego zawód został przedstawiony w sposób sprawiedliwy, właściwy, społecznie użyteczny, by budził przynajmniej minimum szacunku społecznego. Okazuje się, że metody chałupnicze do prowadzenia tego dialogu nie wystarczą. Teraz - z racji tego, że media operują szerokim spektrum przekazu - musieliśmy zwrócić się o pomoc do profesjonalistów, by nam podpowiedzieli, jak przekazać społeczeństwu, że to, co jest im często serwowane, mija się z prawdą. Skomplikowane mechanizmy działania mediów mogliśmy obserwować choćby przy aferze reprywatyzacyjnej, gdy element stereotypu - niewyjaśnionego powiązania urzędników ratusza i adwokatów - zadziałał jednoznacznie negatywnym odium opinii publicznej, choć żaden sąd nie zdążył jeszcze wydać jakiegokolwiek prawomocnego wyroku.

Wydaje mi się, że ważne jest nie tyle posiadanie sprawnej agencji PR, ile odwaga, aby zmierzyć się z trudnym, bolesnym problemem. Nie mają sensu twierdzenia, że to nagonka, że problem dotyczy promila całego środowiska etc. Innymi słowy, chowanie głowy w piasek to metoda obrony skazana na niepowodzenie. Jeśli jest jakaś aferowa historia w danym środowisku - a takie się zdarzają - to trzeba niezwłocznie podjąć odpowiednie kroki. Pan mecenas Rosati wskazał, że adwokatura działała niezwłocznie, gdyż zaraz po postawieniu zarzutów wkroczył rzecznik dyscyplinarny. Przepraszam, ale nie zgadzam się z tym poglądem. Otóż od zawsze uważałem, że postępowanie dyscyplinarne jest postępowaniem samodzielnym i nie powinno się oglądać na prokuraturę. Jak powstał tak negatywny wizerunek adwokatury na kanwie nieszczęsnej reprywatyzacji? Otóż artykuły na ten temat w "Gazecie Wyborczej" wysypały się w czerwcu, prokuratura rozpoczęła swoje działania i dopiero w październiku, kiedy postawiono zarzuty, obudził się rzecznik dyscyplinarny. To zła kolejność. Przewinienie dyscyplinarne nie jest uwarunkowane wystąpieniem przestępstwa. To przecież jest oczywiste.

Do naszego zawodu wchodzą kolejne roczniki i to napawa optymizmem. Nie twierdzę, że starsi byli lepsi niż ci młodsi albo odwrotnie. Żadnej takiej zależności nie ma. Natomiast z całą pewnością młodsi adepci naszego zawodu potrzebują głosu starszych, jasnego przekazu, co im wolno, a czego nie.

Mówiąc o stanie etyki zawodowej w naszych środowiskach, nie można pominąć tego, z czym na co dzień styka się obywatel. Mamy dziś do czynienia z rzeszą około 20 milionów osób lub podmiotów zaangażowanych w proces wymierzania sprawiedliwości. Ich interesy bywają lekceważone, kiedy rozprawy są odraczane na kwartały jak nie dłużej. I tu jest pies pogrzebany, tu się kształtuje społeczne odczucie, że w środowisku prawniczym etyka staje gdzieś na poślednim, jeśli nie ostatnim, miejscu. Bo etyka to również sumienność, uczciwość względem siebie, wobec kolegi z samorządu i przede wszystkim względem mojego klienta czy klienta wymiaru sprawiedliwości. Jeżeli mamy poszukiwać dróg poprawy, to trzeba zacząć od tej masy krytycznej, która kształtuje negatywne nastawienie do całego wymiaru sprawiedliwości. Mówi się, że im więcej kodeksów etyki, tym mniej etyki. Etyka nie jest zapisana w kodeksie. Jest zapisana w ludziach, którzy przyjmują jako swoje określone wartości, bo nakazuje im to zwykłe poczucie przyzwoitości. Nie mają go sędziowie, którzy nie szanują stron na sali czy adwokaci lekceważący komunikację z klientami. Proszę mnie źle nie zrozumieć, nie uważam, że wszyscy są tacy. Myślę jednak, że za dużo jest na co dzień przypadków, które kształtują negatywne oceny społeczne podchwytywane przez media. W mediach nie szukałbym zresztą za dużo winy. Może forma przekazu jest często dyskusyjna, ale media szukają odpowiedzi na dręczące obywateli pytania.

Nie chciałbym wypaść na takiego, który uważa, że sędziowie są bez winy, że wszystko w sądownictwie funkcjonuje świetnie, to inni nas atakują, więc trzeba się okopać i ostrzeliwać. Tak nie jest. Pan mecenas zwrócił uwagę na kluczową kwestię. Oczywiście nie należy bagatelizować tych przypadków kradzieży sklepowych, chybionych decyzji o wyznaczaniu kuratorów dla 120-latków itd. Natomiast realnym, głębszym problemem etycznym jest traktowanie ludzi przychodzących do sądów nie jako obywateli, którzy chcą rozwiązać swoje problemy, ale jako uciążliwych petentów. A także często dawanie im tego do zrozumienia w sposób ostentacyjny, np. przez kilkudziesięciominutowe spóźnienia bez słowa wyjaśnienia. Do tego dochodzi język, jakim zwracamy się do ludzi. Ustne motywy uzasadnienia służą temu, aby wyjaśnić im, dlaczego zapadło takie, a nie inne orzeczenie. Ta rewolucyjna teza nadal nie do końca się jednak przebija. Bardzo wielu sędziów celowo posługuje się hermetycznym językiem, który sprawia, że ludzie nie wiedzą, o co w wyroku chodzi. I to jest wręcz nieetyczne. Powinniśmy się zmierzyć z tymi problemami i próbować zmienić obyczaje, otworzyć się do ludzi, tłumaczyć im, co my właściwie w sądach robimy. Spójrzmy na medialną stronę działania policji, która świetnie się sprzedaje. Czy sądy powinny ją naśladować. Większość sędziów zdecydowanie uważa, że nie.

Jeśli chodzi o szybkość reagowania, przykład policji jest doskonały. Dziś artykuł, doba sprawdzania, pojutrze news, że funkcjonariusz został zawieszony i wszczęto postępowanie służbowe. Czy wkroczy prokurator? Nie wiemy, to się dopiero okaże. Na co się taka błyskawiczna reakcja przekłada? Proszę zwrócić uwagę, jak wysoki procent zaufania w opinii publicznej ma policja. Wszystkie środowiska prawnicze są zdecydowanie pod tym względem w tyle. Wewnętrzne procedury policyjne nie wymagają oczekiwania na prokuraturę, kolejne artykuły i programy telewizyjne - od razu chwyta się byka za rogi. I jest to pozytywnie odbierane przez ogół społeczeństwa.

Ale często my nie mamy doświadczenia w ustosunkowywaniu się do tematów, z którymi wychodzą do nas dziennikarze.

Media dążą do pokazania sprawy z obu stron, ale gdy jedna z nich się okopuje i twierdzi, że dziennikarze ją atakują, to nigdy nie dojdziemy do porozumienia...

Wracając do afery reprywatyzacyjnej - nieprawdą jest, że na początku nie było żadnej reakcji adwokatury. Chodzi raczej o to, że jej przekaz nie był atrakcyjny. Pojawiły się bowiem krótkie informacje prasowe rzecznika ORA w Warszawie dotyczące bieżącej sytuacji. Można było je przeczytać na stronie Adwokatura.pl. Nie wiem tylko, czy media są akurat zainteresowane każdym przekazem. Przynajmniej z naszej perspektywy tak to wygląda.

Miałki przekaz to nie przekaz.

Nie do końca sobie jednak wyobrażamy, aby sędziowie czy adwokaci współpracowali z mediami tak samo jak policja. I nie chodzi tu o kwestię szybkości reakcji, ale rozwagi w komunikacji i działaniu. Oczywiście można zastosować całą paletę środków, łącznie z wyrzuceniem kogoś z zawodu wbrew obowiązującym przepisom. Ale czy taki sposób działania, świetnie odebrany przez media, jest rozważny? Nie.

Trochę pan nagina sytuację...

Oczywiście, pokazuję pewien skrajny przypadek. Specyfika zawodów prawniczych wymaga jednak wypracowania własnych wzorców i standardów. Nauka komunikowania się ze społeczeństwem nie przychodzi sama.

Kwestia szybkiej reakcji na bieżące problemy jest bardzo ważna, ale nie rozwiąże to problemu społecznego niezrozumienia tego, jak funkcjonuje i jest zorganizowany wymiar sprawiedliwości oraz po co są nam niezależne od państwa zawody prawnicze. W przypadku policji niczego wyjaśniać nie trzeba. Edukacja prawna społeczeństwa została zaniedbana przez rząd, sądownictwo i zawody prawnicze, a teraz mierzymy się z tego skutkami. Choć oczywiście trzeba podkreślić, że w ostatnich latach pojawiło się wiele inicjatyw ze strony organizacji prawniczych w tym zakresie.

Co do nauki etyki, to ogromną rolę do odegrania mają w tym zarówno patroni, jak i samorządy. Natomiast jeśli chodzi o edukację prawną, problem jest jednak taki, że ani adwokaci, ani radcowie jako samorząd nie są do tego powołani, a co z tym idzie - przygotowani. Jesteśmy gotowi do współpracy w tym zakresie, ale potrzebna jest pomoc ze strony władzy publicznej i świata nauki.

Zastanawiam się, jak sąd miałby uczestniczyć w takiej edukacji, odpowiedź na to pytanie nie jest prosta. Na pewno jasne formułowanie myśli przy uzasadnianiu orzeczeń to jedno. Ale co można zrobić jeszcze? Myśleliśmy o otwartych drzwiach, a także miałem pomysł kręcenia krótkich filmików, w których sędziowie tłumaczyliby, o co chodzi w wydanym wyroku. Ale próbuję znaleźć chętnych i wcale nie jest łatwo.

Anna Maria Wesołowska...

Ona ma rzeczywiście talent, nie każdy potrafi komunikować się tak jak ona. A zrelacjonować w minutę sprawę cywilną Sądu Najwyższego i wyjaśnić, jakie ma ona znaczenie dla społeczeństwa, to wcale nie łatwe zadanie.

Jako samorząd wyprodukowaliśmy kilka takich krótkich filmików. Naszą pierwszą reakcją na nie były rezerwa i niedowierzanie. O słuszności przedsięwzięcia przekonała nas wielość odsłon wśród internautów...

Pamiętam z aplikacji, jak jedna sędzia Sądu Okręgowego w Warszawie powiedziała mi, że celowo jeździ tramwajem, bo dzięki temu wie, o czym rozmawiają ludzie i jakim mówią językiem. Nasz sposób komunikowania się także powoli się zmienia. Robimy kampanie medialne, co jeszcze 10 lat temu było nie do pomyślenia. Myślę, że sprawa warszawska była momentem, kiedy bardzo poważnie zaczęliśmy o tym myśleć, definiować problemy i szukać rozwiązań.

Pewną niewykorzystaną szansą dla wymiaru sprawiedliwości był udział czynnika społecznego. Rząd chce teraz położyć większy nacisk na instytucję ławnika, prawdopodobnie w całkiem innych celach niż te, którym miała ona pierwotnie służyć. Początkowo założenie było takie, że ławnik ma wpływać na przebieg wymierzania sprawiedliwości na równi z zawodowym sędzią. Ale moim zdaniem było one błędne, odziedziczone z zamierzchłej przeszłości. Jednak faktem jest, że w instytucji ławnika tkwi potencjał. Bo wtedy, gdy dochodzi do ustalania wyroku, formułowania motywów uzasadnienia, ubierania rozstrzygnięcia prawnego w narrację, która ma trafić do stron, z kim sędzia mógłby przedyskutować swoje wątpliwości? To jest właśnie rola dla ławników - bycie pierwszym społecznym zwierciadłem władzy sędziowskiej.

W zupełności się w tej sprawie z panem zgadzam, choć jestem wśród sędziów w mniejszości. Zgodnie z odwiecznym stereotypem uważa się, że ławnicy to tylko problem, nie mają nic do powiedzenia, a jeśli mają, to jeszcze gorzej. Moim zdaniem są oni jednak pewną szansą na wiarygodność orzeczeń sądowych. Jeśli w małej społeczności dyrektor szkoły czy inna znana i szanowana osoba uczestniczy w wydaniu wyroku, to zupełnie inaczej będzie on postrzegany.

Jakie ograniczenia nakłada etyka na życie prywatne prawników? W szczególności w dobie mediów społecznościowych.

Stan prawny jest dość jasny. Przedstawiciele profesji, które mają stanowić wzór postępowania dla innych obywateli, powinni zachowywać się w sposób wyróżniający in plus. Stąd dopuszczono w kodeksie etyki adwokackiej możliwość wnikania przez pion dyscyplinarny także w sferę życia prywatnego. Bo jeśli adwokat znęca się nad rodziną i wie o tym całe jego sąsiedztwo, to taka sytuacja rzutuje na wizerunek całej adwokatury, a nie tylko na reputację dżentelmena, który stosuje przemoc wobec swojej rodziny. Jeśli np. nie płaci czynszu lub w inny sposób balansuje na granicy nieuczciwości, to również - zgodnie z kodeksem - jego zachowanie wymaga zainteresowania samorządu. Natomiast w rzeczywistości te normy nie są w ogóle przestrzegane ani egzekwowane. Co więcej, przy każdej sytuacji odnoszącej się do życia prywatnego pojawia się spór, czy wolno się wtrącać. Często pada wtedy argument, że zapis odnośnego artykułu kodeksu etyki jest normą zamieszczoną w przepisach ogólnych, a zatem nie może być bezpośrednio stosowana etc. Z mojego doświadczenia rzecznika dyscyplinarnego NRA, a później sędziego Wyższego Sądu Dyscyplinarnego wynika, że ten zapis kodeksu jest de facto martwy. Samorząd, póki nie zostaje przymuszony jakimiś artykułami prasowymi albo drastycznymi przypadkami, wzdraga się przed dotykaniem kwestii życia prywatnego. Popatrzmy, jak zachowują się i wypowiadają adwokaci piastujący funkcje parlamentarne czy rządowe... Środowisko adwokackie milczy na ten temat i chowa głowę w piasek.

W naszym zbiorze zasad jest cała część poświęcona życiu prywatnemu i nie ma wątpliwości, że zawarte w niej normy nie dotyczą tylko korytarzy sądowych i gabinetów. Co do mediów społecznościowych, to w styczniu tego roku KRS dodała do zbioru zasad etycznych przepis, zgodnie z którym sędzia powinien korzystać z nich powściągliwie. Jeśli zatem pisze w nich głupoty czy wulgaryzmy, to może spotkać się z zarzutem popełnienia deliktu dyscyplinarnego - naruszenia godności urzędu. O takim przypadku jeszcze nie słyszałem, ale było już wiele postępowań dyscyplinarnych, które nie miały bezpośredniego związku ze sprawowaniem urzędu, np. dotyczyły zachowania na spacerze z psem czy w piaskownicy. Innymi słowy, sędzią jest się cały czas i wszędzie.

Wiąże się z tym etos służby. Nie możemy zapominać, że przy stosowaniu przymusu państwowego ta przyzwoitość musi się rozciągać także poza pracę.

A jeśli przedstawiciel zawodu zaufania publicznego dokumentuje w mediach społecznościowych swoje życie prywatne w sposób, który budzi wątpliwości z punktu widzenia godności zawodu? Na przykład zamieszcza zdjęcia z imprez towarzyskich i podpisuje się na swoim profilu jako członek NRA?

Po pierwsze, taka osoba wystawia fatalne świadectwo sobie samej, a po wtóre, nie ulega wątpliwości, że powinna ona stać się przedmiotem zainteresowania organów dyscyplinarnych. Fakt, że się to rzadko zdarza, jest już zupełnie innym tematem. Z punktu widzenia naruszenia powszechnie obowiązujących zasad stosownego zachowania sytuacja nie budzi wątpliwości. Takich przykładów można zresztą znaleźć wiele, część z nich jest w bardzo złym guście i nawet nie warto ich opisywać.

Kluczowa kwestia to wyczucie i umiar osób, które - będąc adwokatami - dokonują takich wpisów w mediach społecznościowych. Nasza etyka jest w dużej mierze pochodną tego, czy jesteśmy po prostu przyzwoici. Jak już tu nieraz powiedziano, nie da się tego nauczyć w szkole. Albo jesteśmy przyzwoici, albo nie. W mediach społecznościowych działalność adwokatów, którzy są członkami samorządu, powinna być rozważna. Wiem jednak, że bywa inaczej. We wszystkich korporacjach, nie tylko prawniczych, są osoby, które lubią prowokować.

Co więcej, skracanie dystansu, które wiąże się z aktywnością w mediach społecznościowych, może powodować później na sali sądowej wątpliwości co do naszej bezstronności.

W deontologiach zawodów prawniczych wyodrębnia się sferę pozazawodowego życia prywatnego oraz pozazawodowe uczestnictwo w życiu publicznym. Jeśli chodzi o granice ingerencji etyki zawodowej, a co za tym idzie - samorządu - w sferę prywatną, to zarówno z kodeksu, jak i orzecznictwa sądów dyscyplinarnych wynikają dosyć jasne standardy. Ale wraz z pojawieniem się mediów społecznościowych zatarła się granica między życiem prywatnym a publicznym. Stąd bardzo trudno czasem te dwie sfery od siebie oddzielić. W sferze pozazawodowego życia publicznego tych oczywistych standardów już moim zdaniem nie ma. I dotyczy to właściwie wszystkich zawodów, ostatnio przede wszystkim sędziów. Czy w sytuacjach kryzysowych dla sądownictwa oraz zagrożeń dla niezawisłości sędziowskiej granice te się przesuwają? Jestem zwolennikiem poglądu, że zasadą powinna być powściągliwość, ale są pewne okoliczności - jak kwestionowanie niezawisłości sędziowskiej - kiedy ta granica się wyraźnie przesuwa, a występowanie publiczne sędziów staje się ich obowiązkiem, choć oczywiście nadal podlega pewnym ograniczeniom.

Z naszego kodeksu wprost wynika wymóg oddzielenia funkcjonowania w sieci w ramach wykonywania zawodu od życia prywatnego czy publicznego. Nie chcemy udawać, że nie wiemy, iż nasi członkowie są wędkarzami, myśliwymi, narciarzami itd. Nie widzimy w tym nic złego. Ale zawsze trzeba pamiętać, prezentując się publicznie, o dobrych obyczajach i godności zawodu.

Przy okazji tej dyskusji przypomniała mi się pewna historia. Byłem jakiś czas temu w Paryżu na dniach otwartych notariatu. Mieliśmy tam przyjemność spotkać notariuszy, którzy byli sędziami tamtejszych sądów dyscyplinarnych. Polski notariusz zapytał ich, jakie sprawy ostatnio rozpatrywali. I jeden z nich opowiedział o postępowaniu dyscyplinarnym wobec dwóch notariuszy, którzy na Facebooku zamieścili zdjęcia swoich kabrioletów. Jego zdaniem takie sytuacje były absolutnie nie do pomyślenia, bo ci notariusze byli z departamentu, w którym kabriolet był rzadkością. Polski notariat nie zna takich sytuacji. Jednak to cały czas utwierdza nas w przekonaniu, jak ważne w tym aspekcie jest zachowanie równowagi między społeczeństwem a prawnikami, którzy temu społeczeństwu są potrzebni.

Panie sędzio, a dlaczego pan nie ma konta na Facebooku?

Jestem raczej oldskulowy, ale myślę o założeniu takiego profilu, bo różne badania wykazują, że znacząca część społeczeństwa nie czyta gazet, lecz komunikuje się ze światem głównie za pośrednictwem mediów społecznościowych.

@RY1@i02/2017/046/i02.2017.046.183000800.801.jpg@RY2@

Tomasz Piłat wiceprezes Krajowej Rady Komorniczej

@RY1@i02/2017/046/i02.2017.046.183000800.802.jpg@RY2@

Michał Laskowski sędzia Sądu Najwyższego

@RY1@i02/2017/046/i02.2017.046.183000800.803.jpg@RY2@

Robert Dor członek Krajowej Rady Notarialnej

@RY1@i02/2017/046/i02.2017.046.183000800.804.jpg@RY2@

Przemysław Rosati członek Naczelnej Rady Adwokackiej

@RY1@i02/2017/046/i02.2017.046.183000800.805.jpg@RY2@

Jerzy Naumann adwokat

@RY1@i02/2017/046/i02.2017.046.183000800.806.jpg@RY2@

Leszek Korczak wiceprezes Krajowej Rady Radców Prawnych

@RY1@i02/2017/046/i02.2017.046.183000800.807.jpg@RY2@

dr Paweł Skuczyński Uniwersytet Warszawski

Debatę prowadziły i spisały Anna Krzyżanowska i Emilia Świętochowska

Całość debaty czytaj na gazetaprawna.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.