Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Prawnik

Najlepsi prawnicy 2017 r. uhoronowani

Ten tekst przeczytasz w 81 minut

Złote Paragrafy trafiają co roku do wybitnych prawników, a wybitni to tacy, którzy mają niepodważalne osiągnięcia. A co jeszcze ważniejsze - tacy, których nam w życiu społecznym bardzo potrzeba

Tymi słowami witał gości na 24. ceremonii rozdania nagród dla najlepszych prawników w Polsce Krzysztof Jedlak, redaktor naczelny DGP.

- Według jednej z najstarszych definicji prawo to sztuka czynienia tego, co słuszne i dobre. To olbrzymia przyjemność wręczyć nagrody tym, którzy tak właśnie to prawo uprawiają - stwierdził.

Nagrody przyznała kapituła w składzie: Małgorzata Gersdorf, I prezes Sądu Najwyższego, Marek Zirk-Sadowski, prezes Naczelnego Sądu Administracyjnego, Maciej Bobrowicz, prezes Krajowej Rady Radców Prawnych, Jacek Trela, prezes Naczelnej Rady Adwokackiej, Zbigniew Ziobro, prokurator generalny, oraz Krzysztof Jedlak (przewodniczący kapituły), redaktor naczelny "Dziennika Gazety Prawnej". W pracach z ramienia członków kapituły brali udział Michał Laskowski - rzecznik prasowy i sędzia SN, Robert Hernand - zastępca prokuratora generalnego, Sylwester Marciniak- rzecznik prasowy i sędzia NSA, oraz Ziemisław Gintowt - członek prezydium NRA.

Za najlepszego sędziego kapituła uznała Stanisława Zabłockiego, prezesa Sądu Najwyższego kierującego pracami Izby Karnej SN, wybitnego specjalistę prawa karnego. W uzasadnieniu podkreśliła zaś zarówno jego zaangażowanie w obronę niezależności SN i sądownictwa w ogóle (w tym szeroko komentowaną mowę w Senacie), jak i działalność orzeczniczą laureata. Stanisław Zabłocki przewodniczył składowi rozpatrującemu jedną z pierwszych kasacji ministra sprawiedliwości wniesionych od wymiaru kary. W sprawie zbrodni w Rakowiskach sędziowie nie tylko utrzymali wymiar kary orzeczony przez sądy niższej instancji (25 lat), lecz również wypracowali standardy orzekania w sprawach bardzo młodych osób oskarżonych o najcięższe zbrodnie.

Najlepszym prokuratorem został Bartosz Biernat. W 2010 roku, pracując w Prokuraturze Okręgowej we Wrocławiu, powziął wątpliwości co do słuszności skazania za zabójstwo 15-letniej dziewczyny. Sprawę podjęto w 2016 r., co ostatecznie doprowadziło do uwolnienia Tomasza Komendy. "Swoją postawą Bartosz Biernat udowodnił, że zadaniem prokuratora nie jest stawianie zarzutów, a rzeczywista ochrona interesu społecznego i dążenie do prawdy" - przypomniała kapituła w uzasadnieniu.

Najlepszy adwokat, Martin Pfnür (kancelaria Balduin & Pfnür), odebrał nagrodę za profesjonalną postawę wobec niemieckich organów kontrolnych, jaką wykazał, odmawiając udostępniania bez podstaw prawnych dokumentacji polskich firm, które reprezentował, i strzegąc tajemnic przedsiębiorstwa. "W pojedynkę zatrzymał potężną machinę biurokratyczną i praktycznie doprowadził do wstrzymania postępowań wobec polskich przewoźników, których sprawy prowadził" - czytamy w uzasadnieniu. Specjalne wyróżnienie za działania na rzecz prawa i gospodarki w tej samej sprawie (doprowadzenie do zakwestionowania przez niemiecki sąd obejmowania przepisami niemieckiej ustawy o płacy o minimalnej podmiotów spoza RFN) otrzymał mec. Bogumił Kuś.

W kategorii Najlepszy radca prawny kapituła postanowiła nagrodzić dwie osoby. Karolina Kędziora, prezeska Polskiego Towarzystwa Prawa Antydyskryminacyjnego, była pełnomocniczką w wielu ważnych procesach. W 2017 r. zakończyły się dwie sprawy: dyskryminacji w miejscu pracy ze względu na bezwyznaniowość nauczycielki i dyskryminacji z powodu poparcia dla równouprawnienia osób należących do mniejszości seksualnych (zerwanie współpracy, co sąd odwoławczy uznał za nierówne traktowanie). Jolanta Budzowska (kancelaria Budzowska Fiutowski i partnerzy) natomiast reprezentuje ofiary błędów medycznych. Doprowadziła do przełomowego orzeczenia składu siedmiu sędziów SN o zadośćuczynieniu nie tylko dla dziewczynki, która w wyniku błędów lekarskich podczas odbierania porodu stała się trwale niepełnosprawna, lecz również dla jej rodziców za naruszenie więzi rodzinnych.

@RY1@i02/2018/107/i02.2018.107.07000020b.801.jpg@RY2@

fot. Roman Samborskyi/Shutterstock

mww

@RY1@i02/2018/107/i02.2018.107.07000020b.802.jpg@RY2@

Stanisław Zabłocki

najlepszy sędzia

Podkreślał pan, odbierając Złoty Paragraf, że nie traktuje pan tej nagrody osobiście, że czuje się reprezentantem judykatury polskiej. Pana zdaniem zasłużyła ona na nagrodę? Jaka jest kondycja stanu sędziowskiego w Polsce?

En bloc bardzo dobra. Mamy całe rzesze niezwykle ciężko, odpowiedzialnie i rzetelnie pracujących sędziów. Oczywiście zdarzają się wyjątki, ale tak jest w każdym środowisku. Pewnie, że chciałoby się, żeby w wśród sędziów nie było ani jednego przypadku czarnej owcy, ale krzywa Gaussa nie byłaby wtedy krzywą Gaussa...

Uważam, że w ostatnich trudnych latach to środowisko sprawdza się bardzo dobrze, a niełatwo się pracuje, kiedy się nie jest docenianym. Staram się być delikatny... To środowisko jest przecież chwilami wręcz szkalowane. Znaleźć w sobie tyle siły i samozaparcia, żeby w tych okolicznościach nadal pracować z równym poświęceniem i zaangażowaniem, to rzecz godna nagrody, którą właśnie odebrałem w imieniu środowiska. Jestem przekonany, że zostałem nią uhonorowany jako ów statystyczny polski sędzia.

Nie mogą się z panem zgodzić, bo kapituła podkreśliła w uzasadnieniu pańskie - osobiste - przymioty jako sędziego, to, jak wykonuje pan swoją pracę. Odnoszę wrażenie, że nikt nie wie lepiej niż pan, że vox populi to nie jest vox dei. Pokazał pan to choćby w słynnym orzeczeniu w sprawie zabójstwa w Rakowiskach. Prokurator generalny domagał się podniesienia wymiaru kary, a sąd utrzymał go mimo głosów polityków i opinii publicznej.

To jest kwestia sędziowskiego sumienia. Trzeba czasem - i to nie tylko w ciężkich sprawach - usiąść, zmierzyć się z samym sobą, odrzucić emocje i wszystko to, co płynie z zewnątrz, jeszcze raz przeczytać akta, jeszcze raz się zastanowić i podjąć decyzję. To, co w pracy sędziego jest najtrudniejsze, ale również najbardziej fascynujące, to podejmowanie decyzji o ludzkich losach. Jeśli ma się świadomość tej odpowiedzialności, to nie ulega się opinii publicznej czy podszeptom polityków, tylko orzeka się zgodnie z najgłębszym przekonaniem.

Wracając do sprawy Rakowisk, chodziło w niej o wyrok wobec dwojga bardzo młodych ludzi, lecz także o wypracowanie standardów orzekania najsurowszej kary - dożywocia - wobec osób o nieukształtowanej psychice, nieukształtowanym charakterze (a takie wnioski płynęły z opinii biegłych), co do których trudno przyjmować założenie, że są nie do zreedukowania. Z jednej strony mieliśmy ogrom zbrodni nie do wyobrażenia, ale przecież nie tylko strona przedmiotowa się liczy.

Ludzie poza sądem tego w większości nie rozumieją...

Od tego jesteśmy, żeby starać się w uzasadnieniach pisemnych, ale głównie ustnych - bo to one są kierowane tuż po sprawie do zasiadających w ławach dla publiczności osób - tłumaczyć, dlaczego orzekliśmy tak, a nie inaczej. Czasem się udaje, czasem nie. W tej sprawie chyba się udało, bo mimo całego oburzenia społecznego wokół tej sprawy nikt złego słowa nie powiedział o wyroku SN. To było bardzo budujące. Prokurator, który przygotował kasację, po zapoznaniu się z uzasadnieniem powiedział, że rozumie to orzeczenie.

Rozmawiał Maciej Weryński

@RY1@i02/2018/107/i02.2018.107.07000020b.803.jpg@RY2@

Bartosz Biernat

najlepszy prokurator

Sprawa - teraz nazywana sprawą Tomasza Komendy - którą pan się zajął, jest dziś bardzo głośna. Wtedy nie była. Jak pan na nią trafił?

To był przypadek. Do dziś nie udało mi się jednoznacznie wyjaśnić, jak akta tej sprawy trafiły na moje biurko. Po prostu kiedyś przyszedłem do pracy, a one tam były. Na początku sądziłem, że to kolejna sprawa do poprowadzenia, ale okazało się, że to umorzona sprawa sprzed lat. Wcześniej o niej słyszałem, ale kiedy się toczyła, jeszcze nie pracowałem we Wrocławiu. Ta sprawa bardzo mnie zainteresowała. Poprosiłem przełożonych o możliwość zapoznania się z aktami i tak się zaczęło.

Swoją postawą przypomniał pan, jaka jest prawdziwa, najistotniejsza rola prokuratora: nie doprowadzenie do skazania, tylko rzeczywiste wyjaśnienie sprawy. Jak pan ją rozumie?

Studenci prawa żartobliwie odwracają przysłowie, że lepiej wypuścić 100 winnych niż skazać jednego niewinnego. Ta sprawa przemeblowała zupełnie moje widzenie. Stała się tu tak wielka krzywda... Dobrze, że po wielu latach, dzięki zaangażowaniu wielu osób - bo uczciwych prokuratorów naprawdę nie brakuje - udało się ją rozwiązać.

Aplikacja prokuratorska to nie jest najbardziej intratny zawód prawniczy. Skąd wzięła się myśl, by zostać prokuratorem?

W liceum byłem w klasie biologiczno-chemicznej i rozważałem karierę lekarską. Chciałem być pediatrą. W ostatniej klasie wybrałem jednak fakultet z historii i postanowiłem zostać prawnikiem. A dlaczego w prokuraturze? Chciałem pomagać ludziom. Tę ideę zaczepiono we mnie jeszcze w domu rodzinnym. Zdarzyło się jeszcze coś. Zobaczyłem wielką ludzką krzywdę i uznałem to za znak.

Co się stało?

Zobaczyłem w szpitalu bardzo pobitą kobietę. Została przywieziona na oddział ortopedii urazowej. Myślałem, że ma jakieś 60 lat. Okazało się, że ma 18.

Rozmawiał Maciej Weryński

@RY1@i02/2018/107/i02.2018.107.07000020b.804.jpg@RY2@

Martin Pfnür

najlepszy adwokat

Postanowienie Sądu Finansowego dla Berlina-Brandenburgii o wstrzymaniu kontroli polskiej firmy transportowej w zakresie przestrzegania płacy minimalnej z uwagi na wątpliwości co do możliwości stosowania MiLoG do przedsiębiorstw z branży transportowej z innych krajów UE odbiło się w branży ogromnym echem. Dlaczego decyzja miała tak ogromne znaczenie?

Prowadzone sprawy przeciwko Urzędowi Celnemu w sprawie kontroli dotyczącej przepisów niemieckiej ustawy o płacy minimalnej (MiLoG) służą jednocześnie kilku celom. Po pierwsze, moim zdaniem, nadal podstawa kalkulacji płacy minimalnej dla polskich przewoźników - przede wszystkim w punkcie zaliczenia diet i ryczałtów za nocleg - nie została jeszcze wyjaśniona. Dlatego przedstawienie jakichkolwiek dokumentów rozliczeniowych stanowi wysokie ryzyko, że w późniejszym czasie po wyjaśnieniu sądowym Urząd Celny będzie w stanie karać wstecz na podstawie informacji uzyskanych we wcześniejszych kontrolach. Obecnie stosowane zakończenie kontroli bez karania nie oznacza, że do momentu przedawnienia Urząd Celny nie może w późniejszym czasie jeszcze ukarać na podstawie tych dokumentów.

Drugi aspekt polega na sądowym sprawdzeniu na ile możliwe jest osiągnięcie kontroli sądowej nad wszystkimi elementami MiLoG (nawet przez TSUE), które naszym zdaniem są niezgodne z prawem unijnym i nawet niemieckim prawem konstytucyjnym.

Trzeci aspekt jest bardziej lobbingowy. Moim zdaniem poprzez prowadzenie tych postępowań polscy przewoźnicy wyraźnie pokażą, że nie można ich traktować jak jakieś ofiary, które nie są w stanie się bronić. Wręcz przeciwnie. Dzięki decyzji Sądu Finansowego dla Berlina-Brandenburgii Urząd Celny oraz ustawodawca w przyszłości będą wiedzieli, że muszą liczyć się z prawną obroną polskich przewoźników. Niestety, ze względu na niepewności prawne, również po stronie Urzędu Celnego, postępowania trwają odpowiednio długo, aby uniknąć wydania podobnych decyzji jak w przypadku Sądu Finansowego dla Berlina-Brandenburgii. Natomiast dla danego przewoźnika nie jest to szkodliwe ze względu na to, że w tym przypadku kontrola się nie odbędzie i tak długo nie trzeba przedstawiać jakichkolwiek dokumentów dotyczących MiLoG.

Mało który Polak, mam tu przede wszystkim na myśli polityków, zrobił w obronie polskich przedsiębiorców przed niemieckimi przepisami tyle, ile pan, obywatel Niemiec. Czy pana zdaniem bez zmiany przepisów można tak stosować MiLoG, by chronił on interesy pracowników, ale nie był narzędziem eliminacji wolnej konkurencji z innych krajów?

Należy przede wszystkim usunąć niepewność prawną. Dla przewoźnika niepewność prawna jest większą barierą do wolnego rynku niż sam fakt, że obowiązuje jakakolwiek płaca minimalna. Dla pracowników również te wyjaśnienia są potrzebne, żeby w momencie podpisania umowy o pracę wiedzieli, z jakim wynagrodzeniem i z jakimi składkami ZUS-owskimi mogą się liczyć. Patrząc na sytuację na rynku pracy kierowców zarówno w Polsce, jak i w Niemczech oraz w innych państwach Unii Europejskiej, widzimy, że pracownicy w międzynarodowym transporcie coraz rzadziej potrzebują ochrony ustawodawcy.

Skąd pomysł, by reprezentować polskich przedsiębiorców i gdzie tak świetnie nauczył się pan polskiego?

Od czasu, kiedy odrobiłem dla Niemiec służbę zastępczą w Polsce, krótko po maturze, zacząłem się uczyć języka polskiego. Od tego czasu ciągle się go uczę, co mi dzisiaj pozwala obsługiwać większość moich klientów również w tym języku. Pomysł obsługi przewoźników polskich powstał w roku 2007, kiedy rozpoczęła się współpraca ze znaną firmą transportową ze Zgorzelca, której siedziba mieści się zaledwie 5 km od siedziby naszej kancelarii. A skoro inni przewoźnicy słyszeli, że klient był zadowolony, to co roku rosła liczba naszych klientów z polskiej branży transportowej.

Rozmawiał Piotr Szymaniak

@RY1@i02/2018/107/i02.2018.107.07000020b.805.jpg@RY2@

Jolanta Budzowska

najlepszy radca prawny

Skąd wzięła się pani w tym zawodzie?

I z marzeń, i z planów. Od dziecka chciałam być prawnikiem procesowym i nim jestem. Realizuję się na sali sądowej, a przy tym takiej właśnie aktywności wymaga ode mnie specjalizacja, która się zajmuję, czyli błędy medyczne.

Dlaczego zajęła się pani właśnie tą dziedziną?

Tuż po zdanym egzaminie radcowskim zetknęłam się z działalnością stowarzyszenia Primum Non Nocere. Na początku to był przypadek, ale potem to była już konsekwencja - pogłębianie wiedzy z pogranicza prawa i medycyny i doświadczenia. Było to zresztą zgodne z moimi zainteresowaniami, więc specjalizacja w prawie medycznym była naturalną ścieżką rozwoju. Dziś nie wyobrażam sobie niezajmowania się tymi zagadnieniami, choć nieco wykraczam poza błędy medyczne, prowadzę sprawy bardzo poważnych uszczerbków na zdrowiu wynikających też z innych deliktów. To specjalizacja personal injury, znana od lat na świecie. I bardzo wymagająca od prawników, ale ja lubię wyzwania. Poza tym pomoc poszkodowanym, tej zdecydowanie słabszej stronie w relacji pacjent - lekarz, przynosi mi ogromną satysfakcję.

Specjalizacja znana na świecie, ale w Polsce chyba mniej popularna. Czy przestaliśmy już traktować lekarzy jak wyrocznie? Krótko mówiąc, czy jest już rynek na pani usługi?

Rynek trudny do zdefiniowania, zależy, kto pyta i kto próbuje się na nim odnaleźć. Z punktu widzenia młodych prawników jawi się jako bardzo atrakcyjny i chłonny. Tak naprawdę taki nie jest. To trudny rynek, ponieważ rozpatrywanie przez sąd błędów medycznych rządzi się szczególnymi regułami, co powoduje, że procesy są wielowątkowe, trwają latami, wymagają cierpliwości, wytrzymałości psychicznej i na ogół ponadstandardowego zaangażowania i od pacjenta, i od kancelarii, która podejmuje się ich prowadzenia. A prawnik musi być nie tylko prawnikiem, ale i medykiem, przynajmniej na użytek sali sądowej, żeby móc stawić czoła świadkom i biegłym.

Przez 20 lat, bo tyle zajmuję się błędami medycznymi, świadomość pacjentów bardzo się zmieniła. Po drodze powstała ustawa o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta. Pacjenci znają już swoje prawa, wiedzą, czego mogą się domagać, ale są też świadomi, z jakimi wyzwaniami przyjdzie im się zmierzyć w procesie o błąd medyczny. I nie zawsze znajdują w sobie siłę, aby podjąć tę walkę.

Rozmawiał Maciej Weryński

@RY1@i02/2018/107/i02.2018.107.07000020b.806.jpg@RY2@

Karolina Kędziora

najlepszy radca prawny

Polskie przepisy antydyskryminacyjne nie są złe. Mamy zapisy w konstytucji, prawie pracy...

Od samego początku, kiedy zaczęłam się specjalizować w przeciwdziałaniu dyskryminacji, miałam przeczucie, że nie jest to jedynie zagadnienie prawne, lecz zjawisko społeczne wymagające pogłębionej refleksji. Polskie Towarzystwo Prawa Antydyskryminacyjnego wraz z Krzysztofem Śmiszkiem zakładaliśmy w 2006 r. i bardzo szybko zdaliśmy sobie sprawę, że przepisy to doskonały punkt wyjścia, ale konieczna jest edukacja. Pomimo przeprowadzonych setek szkoleń dziś tak samo jak 12 lat temu widzę potrzebę edukacji różnych grup zawodowych, w tym również prawników i prawniczek na temat standardów prawnych, ale w odniesieniu do specyfiki zjawiska, jego mechanizmów czy źródeł, a także funkcjonowania grup szczególnie narażonych na dyskryminację w Polsce. Jest dla mnie oczywiste, że polskie społeczeństwo, od kiedy prowadzimy organizację, bardzo zmieniło się na korzyść. Jesteśmy dziś o wiele bardziej tolerancyjnym, otwartym społeczeństwem, pracownicy coraz chętniej reagują na dyskryminację i mobbing w miejscu pracy, to z kolei sprawia, że pracodawcy czują się zobowiązani, by prowadzić działania prewencyjne, a nie tylko gasić pożary, kiedy sprawy trafiają do sądu... A trafiają coraz częściej, choć liczba spraw sądowych wciąż nie odzwierciedla skali zjawiska.

Czyli mylą się ci, którzy twierdzą, że z polską tolerancją jest źle?

Teraz jesteśmy w dość szczególnej sytuacji. Z ust decydentów słyszymy często wręcz nawoływanie do nienawiści, straszenie innymi grupami narodowymi czy etnicznymi, wypowiedzi homofobiczne i seksistowskie. To nie tak, że wcześniej w ogóle tego nie było, ale widzimy wyraźny wzrost ataków fizycznych na osoby o ciemniejszym kolorze skóry czy mówiące w obcym języku. To zatrważające. Mam nadzieję, że się mylę, ale myślę, że jako społeczeństwo robimy krok w tył. Niektóre zachowania polityków to wręcz instrukcja dyskryminacji, a przykład idzie z góry. Wielka praca, którą wykonały organizacje pozarządowe w całej Polsce - bo to nie tylko organizacje z Warszawy i wielkich miast - teraz jest krytykowana, podważa się jej celowość. Niepokoimy się też, że osoby, na rzecz których działamy, mogą przestać chcieć się temu przeciwstawiać, na przykład idąc do sądu. Zmiany w sądownictwie, których jesteśmy świadkami, dodatkowo obniżają zaufanie do wymiaru sprawiedliwości.

Sądy były obiektywne, a teraz przestaną?

Nie zawsze zgadzaliśmy się z wyrokami. Kilka lat temu przeprowadziliśmy monitoring postawy sędziów orzekających w sprawach o dyskryminację i udało się ustalić, że w tej grupie społecznej, tak jak każdej innej, występują postawy takie jak rasizm, homofobia, seksizm i inne uprzedzenia. Sędzia co do zasady kieruje się przepisami prawa, ale też doświadczeniem życiowym, tak więc jest przestrzeń na to, żeby będąc np. uprzedzonym wobec osób homoseksualnych, uznał zarzut nierównego traktowania ze względu na orientację seksualną za bezzasadny. Z drugiej strony miałam okazję szkolić sędziów i wiem, że jest to grupa otwarta i oceniająca szkolenia antydyskryminacyjne jako bardzo przydatne w pracy zawodowej. Teraz sytuacja się zmieniła. Obawiam się, że będziemy musieli liczyć na to, że nie trafimy na sędziego kierującego się własnymi uprzedzeniami, lecz na takiego, który odważy się na obiektywizm w sprawach, gdy po jednej stronie będzie np. skarżący o dyskryminację ze względu na przekonania polityczne, a z drugiej instytucja państwowa.

Prowadzimy bardzo różne sprawy dotyczące dyskryminacji wiekowej, ze względu na niepełnosprawność czy stan zdrowia, ale też bardziej w naszym społeczeństwie kontrowersyjne, gdy przesłanką gorszego traktowania są np. narodowość, pochodzenie etniczne, orientacja seksualna, płeć. Coraz częstsza obecność prokuratora w naszych sprawach, np. dotyczącej szykan w miejscu pracy ze względu na bezwyznaniowość, daje do myślenia. Jeszcze nie spotkałam się z sytuacją budzącą wątpliwości co do niezawisłości sędziowskiej, ale wierzę w efekt mrożący, który jest bardzo prawdopodobny. Obym się myliła.

Rozmawiał Maciej Weryński

@RY1@i02/2018/107/i02.2018.107.07000020b.807.jpg@RY2@

Bogumił Kuś

nagroda specjalna

Wiadomość o rozstrzygnięciach sądu w Weißenburg i.B. dała nadzieję przewoźnikom, a polskiej administracji pozwoliła złapać drugi oddech w sporze z Niemcami na temat tamtejszej ustawy o płacy minimalnej. Czy reprezentując polskiego przewoźnika w sporze o wypłatę przewoźnego od niemieckiego zleceniodawcy, spodziewał się pan wydania orzeczenia, które byłoby korzystne nie tylko dla klienta, ale dla całej branży?

Niemiecki zleceniodawca odmówił wypłacenia przewoźnego z powodu niewykazania przez polskiego zleceniobiorcę dochowania wobec kierowcy obowiązku zapłaty za pracę wykonaną w Republice Federalnej w wysokości określonej niemiecką MiLoG. Formularz zlecenia stosowany przez tę firmą zawierał bowiem klauzulę stanowiącą jako wymóg ważności umowy przewozu dochowanie przez przewoźnika jako pracodawcy wymogów MiLoG. Takie klauzule były od końca 2014 r. zalecane w branży przez prawników zrzeszeń transportowych i przez ubezpieczycieli czy też brokerów ubezpieczeniowych. Spodziewałem się korzystnego orzeczenia, ale uzasadnionego raczej nieskutecznością stosowanych zapisów w świetle przepisów o ogólnych warunkach umów. Tymczasem sąd oprócz abuzywności klauzuli zakwestionował w ogóle możliwość stosowania MiLoG w stosunku do firm spoza Niemiec. W tym aspekcie wyrok był dla mnie przyjemnym zaskoczeniem, ponieważ nie spodziewałem się aż taki dużej odwagi intelektualnej sądu.

Komisja Europejska od dłuższego czasu zwleka z rozstrzygnięciem kontrowersji wokół zgodności MiLoG z przepisami unijnymi, w tej sytuacji nawet pojedyncze rozstrzygnięcia niemieckich sądów nabierają ogromnej wagi. Jakie są pańskie przewidywania co do perspektyw dla polskich przewoźników w związku ze stosowaniem wobec nich MiLoG?

Jestem nadal ostrożnym optymistą co do poglądu Komisji na stan prawny obowiązujący od 2015 roku. Niemniej jednak spodziewam się coraz silniejszych regulacji europejskich zmierzających do zrównania stawek wszelkich pracowników wykonujących zajęcia w danym państwie członkowskim.

Czy trudno jest odnaleźć się prawnikowi znad Wisły w systemie prawnym naszych zachodnich sąsiadów?

Prawnik z Polski może znaleźć się stosunkowo szybko w niemieckiej rzeczywistości prawa materialnego. Po pierwsze, obecnie i tak wiele materii regulowanych jest europejsko. Po drugie, polska tradycja prawnicza czerpie w dużej mierze ze źródeł germańskich. Procedury są w dużej mierze porównywalne, choć już praktyka nie do końca.

Rozumiem więc, że łatwiej pracuje się po drugiej stronie granicy.

Mam uprawnienia polskie w Polsce (jestem radcą prawnym) i niemieckie (jestem niemieckim adwokatem - Rechtsanwalt). Pracuje się lepiej po stronie niemieckiej, bo tam praca jest bardziej ludzka i efektywna. Praktyka niemiecka jest znacznie mniej sformalizowana, procedury znacznie bardziej liberalne. Nie istnieje tak duża liczba przepisów prekluzyjnych.

Jakie rozwiązania zatem przeniósłby pan na polski grunt?

Pierwszym niemieckim rozwiązaniem, które wprowadziłbym w polskiej procedurze cywilnej, jest ustawowe zobowiązanie sądu do informowaniu stron w każdym stanie postępowania o tym, jakie sąd ma zdanie w sprawie, i obowiązek udzielania stronom odpowiednich wskazówek. Dotyczy to oczywiście także stron reprezentowanych przez pełnomocników profesjonalnych i naruszenie tego obowiązku jest podstawą odwoławczą. Takie uregulowanie procedury powoduje konieczność prowadzenia przez sąd na każdym etapie dialogu ze stronami i pozwala na wyjaśnianie istotnych dla postępowania kwestii. Bardzo też ułatwia zawieranie przez strony ugód. W ten sposób unika się zaskakujących orzeczeń, ale także zbędnego forsowania czynności procesowych przez strony. Chętnie wprowadziłbym też obowiązek uzasadniania każdego orzeczenia na piśmie z urzędu. Myślę, że tego postulatu nie trzeba szeroko uzasadniać.

Rozmawiał Piotr Szymaniak

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.