Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Prawo

Komisarz z Konnej Armii

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 19 minut

Ogromne oczekiwania społeczne względem sądów czynią z nich ofiary własnego sukcesu (lub kryzysu zaufania do innych władz i do polityki). A sądy czynią, co mogą (i czasem: czego nie powinny), aby nie dać się zagłaskać na śmierć

To oczekiwania społeczne są jedną z przyczyn mnożenia formalności i formalizmów mających uratować sądy przed potopem. Jakkolwiek to ustawodawca określa kompetencje sądu, sądy nie są tu są całkowicie "zewnętrznie zdeterminowane". Każdy sąd i każdy trybunał wypracowują na własne potrzeby standard decydujący o zachowaniu proporcjonalności między poziomem wymaganego a uzasadnionego formalizmu określającego prawo dostępu do sądu. Także ten "interpretacyjny luz" sądowy jest poddawany ocenie - europejska konwencja o podstawowych wolnościach i prawach człowieka wymaga, aby ochrona praw człowieka, w tym prawo do sądu, miało charakter efektywny i konkretny, a nie formalny i abstrakcyjny. I w tym zakresie wyposaża jednostkę w możliwość indywidualnej skargi do Strasburga.

W systemie krajowym Trybunał Konstytucyjny też ma tu coś do powiedzenia, jednakowoż czyni to pośrednio i to wykorzystując dwojakie narzędzia. Po pierwsze, konstytucyjna kontrola prawa obejmuje sobą przepisy w znaczeniu ukształtowanym przez całą, utrwaloną i powszechną praktykę interpretacyjną (wyrok TK z 8 .05. 2000 r., sygn. akt SK 22/99 i wiele innych). Tak dochodzi do pośredniej kontroli konstytucyjności tego, jak sądy rozumieją jakieś kwestie (w tym prawo do dostępności do wymiaru sprawiedliwości).

Po drugie, kontrola, posługując się wzorcami oceny czerpanymi z konstytucji, traktuje je jako pojęcia autonomiczne. I dlatego np. pojęć występujących w konstytucji, z którymi porównuje się kontrolowane przez trybunał przepisy, nie można rozumieć przez pryzmat tych samych pojęć występujących w ustawach zwykłych. Dlatego "odszkodowanie", "odpowiedzialność", "własność", "kara", "prawo do sądu, "wznowienie", gdy występują w konstytucji, nie znaczą tego samego co w "zwykłych" kodeksach (np. pojęcie sprawy wymagającej kontroli sądowej jest konstytucyjnie szersze niż to, co o sprawie mówi k.p.c. - wyrok z 10.07. 12000 r., sygn. akt SK 12/99). Nie jest więc żadnym argumentem w sporze konstytucyjnym to, jak konkretne pojęcie jest rozumiane - czy wykładane w ustawodawstwie zwykłym, nawet bardziej szczegółowym czy późniejszym od konstytucji. Ustawę należy interpretować poprzez konstytucję, a nie odwrotnie, bo nie można przykrawać wzorca do przedmiotu kontroli.

Dawniej gra o poziom wymaganego i uzasadnionego formalizmu w prawie dostępu do sądu toczyła się między ustawodawcą (określającym właściwość sądów) i tymiż sądami (interpretującymi przepisy o właściwości). Obecnie do gry zasiadł także ETPC (ze swoim wymaganiem efektywności ochrony sądowej) i Trybunał Konstytucyjny z własną wizją prawa do sądu i proporcjonalnością w mnożeniu trudności w dostępności sądu.

Gdy przed kilkoma laty po zasadniczej reformie procedury runęła fala kasacji na Sąd Najwyższy, ten broniąc się, zacieśnił kryteria wstępnego przedsądu. Było oczywiste, że eliminacji przede wszystkm wymagały kasacje będące w gruncie rzeczy trzecioinstancyjnymi odwołaniami od ostatecznych wyroków, gdzie powoływano się na niedostateczne wyjaśnienie sprawy, błędy w ocenie dowodów, ogólnie rzecz biorąc - "niesprawiedliwość wyroku".

Co do zasady, przedsąd trudno uznać za zbędny, jeżeli kasacja ma sensownie pełnić swoją funkcję - sygnału i instrumentu w obronie prawa, służących oczyszczeniu praktyki sądowej z błędów systemowych w zakresie rozumienia tego prawa. Tyle że wprowadzenie przedsądu zbiegło się z mnożeniem rygorystycznych wymagań formalnych związanych ze sposobem formułowania zarzutów, organizacją i słownym ujęciem materiału zawartego w treści kasacji. Przetoczyła się wówczas przez kraj fala krytyki pod adresem SN, po części uzasadnionej, a po części chybionej. Gdy rygory można było uznać za racjonalne i póki wprowadzano je fair - nie byłoby specjalnych problemów w obronie racjonalności zmian. Nowość instytucji (i dla sądu, i dla adwokatów), trudności początków jej wprowadzenia i "ogarnięcia", trafny zamiar specjalizacji środków odwoławczych - to wszystko były argumenty na tak. Ale stopniowo zaostrzający się reżim kasacji nie ominął też (uchwała 7 sędziów SN z 17.01.2001 r. III CZP 49/00) kasacji już złożonych, oczekujących w kolejce na rozpoznanie. A przecież były one przygotowane - w dobrej wierze przez adwokatów. Trudno uznać wspomnianą siódemkę za działanie fair.

A gdy rygory zaczęto wiązać z brakiem werbalnym: z nieużyciem w kasacji określonej formuły lub zwrotu, podczas gdy jej sens był niewątpliwy, narastającą krytykę trudno już było odrzucić jako zwykły opór "starego przeciw nowemu". Mniej więcej w tym samym czasie wprowadzono postępowanie uproszczone - na specjalnych formularzach. Niby trafnie: prościej znaczy szybciej i łatwiej. Niestety, okazało się, że taki formularz to prawie jak weksel. I przeciągnięcie kreseczki poza linię kratki zaczęto liczyć (znów interpretacja!) jako uchybienie formalne, decydujące o wadliwości wniosku czy pisma, skutkujące a limine bezskutecznością. Skończyło się to wyrokiem TK o niekonstytucyjności (TK z 12.03. 2002 r., P 9/01) przepisów ustanawiających obowiązek stosowania urzędowego formularza oraz określających skutki niedopełnienia tego obowiązku. Prawdopodobnie gdyby wymagania formalne dotyczące prawidłowego wypełnienia tych nieszczęsnych formularzy nie poszły zbyt daleko, kształtując powszechny standard odczytania przepisu, ten ostatni mógłby ostać się jako konstytucyjny. Potem przyszły inne jeszcze wyroki kwestionujące konstytucyjność różnych przepisów procedury, utrudniających dostęp do sądu. Wskazać tu można zwłaszcza wyrok TK z 1.03. 2008 r., sygn. akt SK 40/07, gdzie uznano wprawdzie za konstytucyjny obowiązek umieszczenia w skardze expressis verbis wniosku o przyjęcie kasacji do rozpoznania (i uzasadnienia go), ale jednocześnie zakwestionowano opatrzenie tego wymagania zaostrzonym rygorem procesowym w postaci odrzucenia skargi, bez podjęcia choćby próby usunięcia braku (w postaci np. wezwania do jego uzupełnienia). W ogólności zresztą rygory działające a limine zamknięciem prawa do sądu (odrzucanie pism, ich zwrot bez wezwania do sanacji, zwłaszcza, gdy dotykały nieprofesjonalistów-prawników) bywały uznawane przez TK za nieproporcjonalne, tzn. takie, gdzie formalizm ustawodawcy (niełagodzony interpretacją sądów) szedł zbyt daleko w zamykaniu prawa do sądu, a tym samym w pozbawieniu tego prawa cechy efektywności wymaganej przez standard konwencji europejskiej. Były orzeczenia kwestionujące proporcjonalność traktowania jako profesjonalistów (z punktu widzenia zaostrzonych wymagań formalnych) profesjonalistów-prawników i profesjonalistów- nieprawników (TK z 28.05.2008 r., P 18/07).

Nie jednało to życzliwości w sferach sądowych podsyciło spór - nieuniknionego merytorycznie, ale zbędnego z punktu widzenia etykietowania go jako "kto-kogo między Trybunałem Konstytucyjnym i Sądem Najwyższym". Bo to, że sądy jak każda racjonalna instytucja starają się ułatwiać sobie zadanie i że chcą swoje działania nieco przesłonić chwytliwym hasłem dbałości o szybkość postępowania, nie jest niczym dziwnym. Trochę złośliwie użyłam kiedyś wobec tej tendencji pseudomakaronistycznej paremii: in dubio contra iudici activitatem. Tyle że obecnie układ sił między sądami i trybunałami trochę niweluje nadmierny praktycyzm jej oportunistycznego oddziaływania.

A sam Trybunał Konstytucyjny też jest instytucją racjonalną. Sito, którym cedzi się dopływ skarg konstytucyjnych do TK, ma rzeczywiście malutkie oczka, co samej skardze dobrze nie służy. A czasem i Trybunałowi Konstytucyjnemu zdarzają się tu działania nie fair. I tak trzeba by zakwalifikować próbę zaostrzenia wymagań formalnych wobec pełnomocnictwa do składania skargi, a mianowicie wymaganie, aby już w samej treści pełnomocnictwa (a nie dopiero w stanowiącej jego realizację treści skargi), czyli już w momencie pierwszego kontaktu z trybunałem, znalazło się określenie przepisu, który ma być poddany kontroli konstytucyjności oraz wzorca tejże kontroli (z dnia 13.01.2011 r. sygn. akt Ts 301/09 i seria innych). Można żywić nadzieję, że było to przejściowe wahnięcie praktyki. W przeciwnym razie - medice, cura te ipsum - można byłoby zwątpić w te orzeczenia trybunału, w których sam starał się wyznaczać dla innych dopuszczalne granice formalizmu ograniczającego prawo dostępu do sądu. Powstawałaby tu identyczna sytuacja, jaka pojawiła się na tle zaostrzenia wymagań formalnych wobec już złożonych i czekających na rozpoznanie kasacji.

W skąd tytułowy komisarz z Konnej Armii?. W "Armii Konnej" (tytuł zbioru opowiadań Izaaka Babla) utrwalono obraz zrozpaczonego naporem interesantów i spraw komisarza, nawołującego: "Towarzysze, jeśli wam miła władza radziecka - idźcie stąd!". Wykładnia przepisów o właściwości sądów i trybunałów, uzasadniająca ograniczenia w dostępie do ich procedur, nie powinna nasuwać krotochwilnych porównań.

Sito, którym cedzi się dopływ skarg konstytucyjnych do Trybunału Konstytucyjnego, ma malutkie oczka, co samej skardze dobrze nie służy

@RY1@i02/2012/047/i02.2012.047.070000600.803.jpg@RY2@

fot. wojciech surdziel

Każdy sąd i każdy trybunał wypracowują na własne potrzeby standard określający prawo dostępu do sądu

@RY1@i02/2012/047/i02.2012.047.070000600.804.jpg@RY2@

prof. Ewa Łętowska, rzecznik praw obywatelskich w latach 1987 - 1992, sędzia Naczelnego Sądu Administracyjnego w latach 1999 - 2002 i Trybunału Konstytucyjnego w latach 2002 - 2011

prof. Ewa Łętowska

rzecznik praw obywatelskich w latach 1987 - 1992, sędzia Naczelnego Sądu Administracyjnego w latach 1999 - 2002 i Trybunału Konstytucyjnego w latach 2002 - 2011

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.