Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Prawo

Prezesi przywożeni w teczce

2 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 129 minut

Trwająca blisko pół roku procedura wyłaniania nowego prezesa Sądu Okręgowego w Gdańsku dobitnie pokazała, jak ułomny jest system obsady kierowniczych stanowisk w sądach powszechnych

O tym, że sędziowie nie chcą mieć prezesów wprost z teczki ministra sprawiedliwości, słychać od dawna. Głosy te nasiliły się od momentu ujawnienia efektów zeszłorocznej prowokacji dziennikarskiej, której niechlubnym bohaterem stał się prezes gdańskiego Sądu Okręgowego Ryszard Milewski. Sędzia w rozmowie telefonicznej z rzekomym pracownikiem kancelarii premiera miał m.in. informować o możliwych terminach posiedzenia dotyczącego zażalenia na areszt szefa Amber Gold Marcina P. Dla przedstawicieli środowiska prawniczego było jasne, iż miękki kręgosłup Milewskiego to częściowo efekt ułomnego systemu, który de facto wiąże prezesów sądów z ministrem sprawiedliwości, a więc politykiem i zarazem przedstawicielem władzy wykonawczej. Środowisko sędziowskie przypominało z kolei, że Polska i jej sposób powoływania prezesów sądów okręgowych i apelacyjnych jest niechlubnym ewenementem w skali Europy.

Jeszcze w 2012 r. ze strony resortu kierowanego przez Jarosława Gowina padły deklaracje o woli przeprowadzenia koniecznych i pilnych zmian. W tym celu zwoływano spotkania, przeprowadzano burze mózgów, które do tej pory nie przyniosły rezultatów. I nie wiadomo, czy przyniosą, bo resort nie mówi już tak ochoczo o potrzebie modyfikacji stosownych przepisów prawa o ustroju sądów powszechnych.

- W tej sprawie nie ma ani oficjalnych prac, ani decyzji resortu - podkreśla Wojciech Hajduk, podsekretarz stanu w Ministerstwie Sprawiedliwości.

Wybór następcy Ryszarda Milewskiego odbył się wedle starych, ułomnych zasad i trwał blisko pół roku. Nie obyło się bez próby sił na linii ministerstwo - sędziowie. Forsowaną przez resort kandydaturę sędzi Maryli Domel-Jasińskiej negatywnie zaopiniowały zarówno zgromadzenie sędziów sądu okręgowego i rejonowego w Gdańsku, jak i Krajowa Rada Sądownictwa. Jarosław Gowin ostatecznie przepchnął (a i tu nie bez zgrzytów) kandydaturę sędziego Przemysława Banasika.

@RY1@i02/2013/051/i02.2013.051.070000400.806.jpg@RY2@

Bartłomiej Przymusiński, sędzia, rzecznik prasowy Stowarzyszenia Sędziów Polskich "Iustitia"

Wyobraźmy sobie, że w prasie toczy się dyskusja o tym, iż czas oczekiwania na wyrok Trybunału Konstytucyjnego jest zbyt długi. W mediach występują politycy wszelkiej maści, którzy wskazują, że sędziowie TK mogliby lepiej orzekać, gdyby mieli lepszego prezesa. Do tego wszystkiego załóżmy, iż prezydent RP odrzuca kandydatury na prezesa TK przedstawione przez sędziów TK, mówiąc, że sędziowie ci nie dają gwarancji poprawy działalności trybunału, a energiczny prezes ich zdyscyplinuje. W takich okolicznościach posłowie zgłaszają projekt zmiany konstytucji, który przewiduje, że prezesa TK wybiera minister sprawiedliwości. I projekt taki zostaje uchwalony, a minister wzywa nowego prezesa TK regularnie na narady w resorcie, za każdym razem przypominając, że może go odwołać.

Fikcja? Tak, fikcja, jeżeli chodzi o Trybunał Konstytucyjny, ale codzienność w funkcjonowaniu sądów powszechnych. Można więc zasadnie postawić pytanie, czy w Polsce sądownictwo jest naprawdę niezależne od władzy wykonawczej, czy już nie tak do końca niezależne? Stowarzyszenie Sędziów Polskich "Iustitia" od lat podnosi, że niemal pełna dowolność ministra sprawiedliwości w wyborze prezesa sądu narusza zasadę odrębności władzy sądowniczej. Bez wątpienia powoływanie prezesa sądu przez ministra sprawiedliwości nie jest standardem europejskim, gdyż w większości demokratycznych krajów prezesi sądów są wybierani albo przez sędziów danego sądu, albo przez krajowe rady sądownictwa.

Zasada podziału i równowagi władzy jest wyrażona w art. 10 Konstytucji RP. Rozwinięciem tego przepisu jest art. 173 konstytucji, który stwierdza, że: "Sądy i Trybunały są władzą odrębną i niezależną od innych władz". Minister sprawiedliwości, broniąc swojego niemal zupełnie swobodnego uprawnienia do powoływania prezesów sądów, przywołuje często argument, że konstytucja mówi o "równoważeniu się" władz, co oznacza oddziaływanie władz na siebie, wzajemne uzupełnianie swoich funkcji przez organy i wyraża się zarówno we współpracy władz ze sobą, jak i w ich wzajemnej kontroli, a także przejawia się w możliwościach prowadzenia dialogu między nimi. Ciekawa jest to jednak równowaga, w której szala cały czas jest przechylona na stronę ministra sprawiedliwości - to on wybiera prezesa (może nawet specjalnie w tym celu przenieść sędziego z innego sądu w Polsce), może go odwołać, wyłącznie on może odwołać dyrektora sądu; sprawuje zwierzchni nadzór administracyjny nad sądami, a zatem rozlicza prezesów sądów apelacyjnych z kierunków wykonywania nadzoru. Mówienie w tej sytuacji o równowadze jest równie sensowne jak sadzanie na ogrodowej huśtawce z jednej strony dziecka ważącego 40 kg, a z drugiej 10-kilogramowego malucha: to musi się skończyć nieszczęściem. W ocenie konstytucjonalistów żadna władza nie może ingerować w sprawy struktury, składu lub działania władzy sądowniczej, chyba że wyjątki dotyczą wypadków określonych w konstytucji. Interpretacja zasady podziału i równowagi władzy w odniesieniu do władzy sądowniczej wymaga podkreślenia, że gwarancją realizacji takiej pozycji władzy sądowniczej jest zasada niezależności sądów i monopol kompetencyjny sądownictwa na sprawowanie władzy sądowniczej, czyli ostateczne rozstrzyganie o prawach i obowiązkach jednostki lub osób prawnych. Trybunał Konstytucyjny w orzeczeniu z 9 listopada 1993 r. (sygn. K. 11/93) stwierdził niezgodność z zasadą podziału władzy i niezależności sądów przepisów u.s.p. z 1985 r., które przyznawały ministrowi: 1) prawo powoływania i odwoływania prezesów sądów apelacyjnych i wojewódzkich po zasięgnięciu niewiążącej opinii zgromadzenia ogólnego sędziów danego sądu, która stawała się wiążąca, dopiero gdy zgromadzenie ogólne sędziów danego sądu wyraziło sprzeciw wobec kandydata na prezesa większością dwóch trzecich głosów, a także 2) prawo powoływania i odwoływania wiceprezesów sądów apelacyjnych i wojewódzkich oraz prezesa i wiceprezesa sądu rejonowego z wyłączeniem jakiegokolwiek, choćby niewiążącego, udziału samorządu sędziowskiego w procesie powoływania i odwoływania tychże.

Trybunał Konstytucyjny podkreśla, że nie da się jednoznacznie oddzielić funkcji orzeczniczej i administracyjnej pełnionych przez prezesów sądów. Pozycja prezesa sądu w ramach samorządu sędziowskiego jest na tyle istotna, iż trudno byłoby przyjąć, że sprawuje on wyłącznie czynności z zakresu administracji sądowej. W jego wypadku funkcje administracyjne i jurysdykcyjne stykają się ze sobą. Dlatego też TK wskazuje, że w celu zagwarantowania niezależności sądów konieczne jest zapewnienie w ustawie odpowiedniego udziału samorządu sędziowskiego podczas powoływania i odwoływania prezesów sądów. Minister sprawiedliwości, zdaniem TK, musi mieć także w tym procesie udział, jednak jego głos nie powinien być dominujący, inaczej będzie to naruszało zasadę niezależności sądu wyprowadzaną z zasady podziału władzy. Oddanie kompetencji do powoływania i odwoływania prezesa w ręce ministra dopuszcza nieograniczony wpływ tego ministra na czynności jurysdykcyjne, bo przecież prezes ma także uprawnienia orzecznicze. Nie jest to sytuacja dobra dla demokracji, gdy władza wykonawcza, której byt zależy często od różnych interesów partyjnych, uzyskuje tak duży wpływ na władzę sądowniczą, która powinna być wolna od jakichkolwiek nacisków i w swojej działalności kierować się wyłącznie literą prawa.

@RY1@i02/2013/051/i02.2013.051.070000400.807.jpg@RY2@

Bartłomiej Starosta, sędzia Sądu Rejonowego w Międzyrzeczu, wydział zamiejscowy w Sulęcinie

Wkrótce minie pół roku od ujawnienia efektów prowokacji dziennikarskiej zastosowanej wobec prezesa Sądu Okręgowego w Gdańsku. Zarówno środowiska prawnicze, jak i minister sprawiedliwości ocenili uległe zachowanie prezesa sądu jako nielicujące z dobrem wymiaru sprawiedliwości. Jedynym wymiernym efektem tego zdarzenia było właściwie tylko odwołanie prezesa z zajmowanej funkcji.

W październiku ubiegłego roku w mediach pojawiła się informacja, iż minister sprawiedliwości zamierza zmienić sposób powoływania prezesów sądów i proponuje wprowadzenie procedury konkursowej. Konkurs na prezesa sądu miałby być przeprowadzany przez Krajową Radę Sądownictwa i specjalnie utworzoną w tym celu komisję konkursową o bliżej nieokreślonym składzie osobowym, a samo powołanie na funkcję powierzono by ministrowi sprawiedliwości albo I prezesowi Sądu Najwyższego. Deklarowanym wówczas celem było zmniejszenie wpływu ministra sprawiedliwości na wybór prezesów sądów. Pomimo upływu kolejnych miesięcy nie przedstawiono do konsultacji projektu zmiany ustawy o ustroju sądów powszechnych w tym zakresie. W międzyczasie minister sprawiedliwości, poprzez wydanie odpowiedniego rozporządzenia, sam sobie przyznał prawo do żądania od prezesów sądów przedkładania mu akt konkretnych spraw. Celem w tym przypadku jest ocena prawidłowości toczących się postępowań sądowych lub orzeczeń merytorycznych, zwykle w sprawach, które aktualnie budzą zainteresowanie mediów i społeczeństwa. Zatem raz minister sprawiedliwości deklaruje, że zbyt duża zależność między prezesem sądu a politykiem, jakim jest premier czy minister sprawiedliwości, wymaga korekty, by za chwilę w ramach wyjątkowo szeroko przez niego pojmowanego nadzoru administracyjnego nad sądami dokonywać oceny konkretnych spraw sądowych.

Na razie na deklaracjach się skończyło. Biorąc pod uwagę późniejsze działania, nie można wykluczyć, że minister sprawiedliwości zmienił zdanie i, tak jak poprzednicy, skutecznie dąży do wzmocnienia nadzoru nad sądami albo też zajął się innymi, bardziej aktualnymi problemami. Nadal to minister sprawiedliwości przedstawia kandydatów na prezesów sądów okręgowych i apelacyjnych, a zgromadzenia ogólne tych sądów lub Krajowa Rada Sądownictwa w uzasadnionych przypadkach mogą na etapie opiniowania kandydatur skutecznie zniweczyć jego zamiary. Może dochodzić do tak patowych sytuacji, z jaką mieliśmy do czynienia w okręgu gdańskim, albowiem dwie negatywne opinie wyżej wymienionych organów zmuszają ministra sprawiedliwości do pospiesznego poszukiwania innego kandydata na prezesa sądu. Zapewne nie byłoby tak, gdyby takiego kandydata przedstawiali sędziowie orzekający z nim w jednym okręgu sądowym, ponieważ oni najlepiej potrafią ocenić predyspozycje znanych im osób do sprawowania tak ważnej także dla nich funkcji.

Dobrym i postulowanym od kilku lat rozwiązaniem byłoby również powierzenie uprawnienia do powoływania i odwoływania prezesów sądów wyższego rzędu I prezesowi Sądu Najwyższego. Pozwoliłoby to uniknąć powtórzenia

się w przyszłości sytuacji podobnych do tej, która miała miejsce w ubiegłym roku w okręgu gdańskim. Wyeliminowanie w ten właśnie sposób realnego styku polityki z wymiarem sprawiedliwości stanowiłoby krok w kierunku potwierdzenia i urzeczywistnienia zasady demokratycznego państwa prawnego. Pozostaje tylko pytanie, czy któryś z ministrów sprawiedliwości zdobędzie się na coś więcej niż składanie różnego rodzaju deklaracji.

Pamiętać należy, że prezesi sądów w sądach apelacyjnych i okręgowych powoływani są na sześcioletnie, a prezesi sądów rejonowych na czteroletnie kadencje. Ci ostatni mogą pełnić funkcje przez dwie następujące po sobie kadencje, z kolei prezesi sądów wyższego rzędu mogą być powołani ponownie na tę funkcję po upływie sześciu lat od zakończenia okresu ostatniej kadencji. Jednocześnie prezesi mogą być odwołani jedynie w razie rażącego niewywiązywania się z obowiązków służbowych lub gdy dalsze pełnienie funkcji z innych powodów nie da się pogodzić z dobrem wymiaru sprawiedliwości.

Prezes sądu wykonuje wiele zadań, a w szczególności kieruje sądem i reprezentuje go na zewnątrz (z wyjątkiem spraw należących do dyrektora sądu lub kierownika finansowego sądu), pełni czynności z zakresu administracji sądowej, jest zwierzchnikiem służbowym sędziów danego sądu, powierza im pełnienie funkcji i zwalnia z ich pełnienia, a także wykonuje wiele innych czynności przewidzianych w ustawach i aktach prawnych niższej rangi. Jeśli minister sprawiedliwości nie powoła nowego prezesa sądu okręgowego lub apelacyjnego, funkcję prezesa sądu przez maksymalnie sześć miesięcy wykonuje wiceprezes sądu, a jeżeli takiego nie powołano, wykonuje ją najstarszy służbą sędzia pełniący funkcję przewodniczącego wydziału w tym sądzie. Nie wiadomo, kto miałby wykonywać funkcję prezesa sądu po bezskutecznym upływie tego okresu. W takiej sytuacji może dojść do istotnego zakłócenia pracy sądu, a nawet jego paraliżu, albowiem nie będzie wówczas nikogo uprawnionego do wykonywania wyżej wymienionych zadań, a tym samym nie będą one mogły być wykonane. Do ważnych obowiązków prezesa sądu należy ustalanie podziału czynności, który obejmuje: decyzje w przedmiocie przydziału sędziów i referendarzy sądowych do wydziałów sądu oraz zakresu ich obowiązków, określenie zasad przydziału spraw poszczególnym sędziom i referendarzom sądowym oraz określenie zasad zastępstw sędziów i referendarzy sądowych. To zadanie prezes sądu musi wykonać najpóźniej do końca listopada każdego roku. Jeśli minister sprawiedliwości nie zdołałby powołać prezesa sądu w ciągu wspomnianych sześciu miesięcy, a osoba tymczasowo pełniąca funkcję prezesa sądu nie ustaliłaby podziału czynności w sądzie na następny rok, ponieważ zakończyłaby pełnienie tej funkcji np. we wrześniu, to niewątpliwie mielibyśmy do czynienia z chaosem organizacyjnym. Nie byłoby wówczas w sądzie również osoby uprawnionej do rozpatrywania skarg wnoszonych przez osoby niezadowolone z działalności sądu i odpowiedzialnej za to, nie miałby kto zatrudnić nowych asystentów sędziów, ustanowić nowych biegłych sądowych czy odebrać ślubowania od ławników.

Można zminimalizować ryzyko powstania wymienionych problemów poprzez przekazanie sędziom uprawnienia do wskazania kandydata na prezesa sądu. Uważam, że nie ma żadnego uzasadnienia utrzymywanie obecnej regulacji, na mocy której polityk, reprezentant władzy wykonawczej, która nie powinna ingerować we władzę sądowniczą, odgrywa tak istotną rolę w procedurze powoływania prezesów sądów. Jest to tym bardziej znamienne, że w zeszłym tygodniu minister sprawiedliwości na jednym z portali ogłosił : "KRS poparł mojego kandydata Przemysława Banasika na prezesa SO Gdańsk", a nastąpiło to po tym, jak zgromadzenie ogólne sędziów sądu okręgowego tego kandydata zaopiniowało negatywnie.

@RY1@i02/2013/051/i02.2013.051.070000400.808.jpg@RY2@

Waldemar Żurek, sędzia, członek Krajowej Rady Sądownictwa

Tytułem przypomnienia wskazać należy, że zagadnienie powoływania prezesów sądów powszechnych jest precyzyjnie określone w art. 23-25 ustawy o ustroju sądów powszechnych. Prezesa sądu apelacyjnego powołuje minister sprawiedliwości spośród sędziów sądu apelacyjnego, po zasięgnięciu opinii zgromadzenia ogólnego sędziów apelacji. Jeżeli opinia nie zostanie wydana w terminie dwóch miesięcy od dnia przedstawienia kandydata, minister może powołać prezesa sądu apelacyjnego bez opinii. W razie wydania przez zgromadzenie ogólne negatywnej opinii o kandydacie minister może go powołać po uzyskaniu pozytywnej opinii Krajowej Rady Sądownictwa. Negatywna opinia KRS jest dla ministra wiążąca. Jeżeli jednak rada w ciągu trzydziestu dni od chwili, gdy minister poinformował o zamiarze powołania prezesa mimo negatywnej opinii zgromadzenia ogólnego, nie wyda opinii, uważa się, że opinia jest pozytywna. Podobnie jest w przypadku prezesa sądu okręgowego, którego powołuje minister spośród sędziów sądu okręgowego, albo sądu apelacyjnego, po zasięgnięciu opinii zgromadzenia ogólnego sędziów okręgu i opinii prezesa przełożonego sądu apelacyjnego.

Chociaż większość spraw rozstrzyganych jest w sądach rejonowych i waga ich jest ogromna, tutaj prezesa sądu może już powołać prezes sądu apelacyjnego spośród sędziów sądu rejonowego albo sądu okręgowego, po zasięgnięciu opinii zebrania sędziów danego sądu rejonowego i prezesa przełożonego sądu okręgowego. Jeśli na dodatek spojrzymy na sądownictwo administracyjne, zrozumiemy, że system jest mocno hybrydowy.

Minister ma także silne uprawnienia dotyczące odwołania prezesa i wiceprezesa sądu apelacyjnego oraz prezesa i wiceprezes sądu okręgowego w toku kadencji. Może to zrobić w przypadku rażącego niewywiązywania się z obowiązków służbowych lub gdy dalsze pełnienie funkcji z innych powodów nie da się pogodzić z dobrem wymiaru sprawiedliwości. Pewnym wentylem bezpieczeństwa jest to, że zamiar odwołania, wraz z pisemnym uzasadnieniem, minister musi przedstawić Krajowej Radzie Sądownictwa w celu uzyskania opinii, a negatywna opinia rady jest dla niego wiążąca. Przesłanki te są na tyle nieostre, że minister może właściwie podać jakąkolwiek przyczynę, którą dopiero weryfikuje ewentualne postępowanie przed KRS. Jeżeli do tego przyjrzymy się bliżej ustawie - Prawo o ustroju sądów administracyjnych, gdzie prezesa i wiceprezesa w wojewódzkim sądzie administracyjnym powołuje prezes Naczelnego Sądu Administracyjnego spośród sędziów wojewódzkiego sądu administracyjnego lub NSA, po zasięgnięciu opinii zgromadzenia ogólnego tego sądu, to już zupełnie trudno jest zrozumieć, co przyświecało ustawodawcy. Dlaczego chce on mieć tak przemożny wpływ na powoływanie prezesów sądów powszechnych, gdzie w większości toczą się sprawy między podmiotami prywatnymi? Jeśli przyjrzymy się kognicji sądów administracyjnych i wadze rozpatrywanych tam spraw, m.in. podatkowych, budowlanych, o dostępie do informacji publicznej i ogromnej liczbie innych niezwykle ważnych dla państwa i obywatela, to zupełnie niezrozumiałe jest, dlaczego każdy minister tak walczy o wpływ na nominacje w sądach powszechnych.

Oczywiście nie możemy mówić tu o wpływie bezpośrednim, gdyż prezesi sądów są przecież sędziami, a ich przywiązanie do niezawisłości i cywilna odwaga, którą każdy sędzia mieć musi, są silną gwarancją ochrony przed zakusami kolejnych ministrów. Ale czy obowiązujący system jest dobry? Według mnie nie. Nawet najlepszy prezes, najbardziej niezależny nosi na sobie piętno "przywiezionego w teczce" przez ministra. Jeśli na dodatek co jakiś czas w środowisku pojawiają się plotki o zabiegach, jakie niektórzy potencjalni kandydaci czynią, by dostać ministerialną nominację, to chyba system daleki jest od doskonałości. Takie plotki są tym bardziej niebezpieczne, że mogą budzić przekonanie o tworzeniu zależności takiego kandydata, który wychodził sobie nominację, od konkretnego ministra czy wiceministra. Mamy wreszcie namacalne przypadki, gdy środowisko sędziowskie odrzuca kandydata na prezesa, a minister, zamiast szukać kandydata akceptowalnego i najlepszego, odwołuje się do Krajowej Rady Sądownictwa. Ma do tego prawo gwarantowane ustawą. Oczywiście teoretycznie można założyć, bo takie argumenty też padają z ust polityków, że miejscowy układ nie pozwala ministrowi powołać odpowiedniego kandydata, który ma zrobić porządek w danym sądzie. Według mnie argumenty te należy włożyć między bajki. Każdy sędzia chce, by jego sąd był zarządzany przez osobę silną, dobrą merytorycznie, która ma autorytet, umiejętności i doświadczenie do pełnienia tej funkcji. Każda wpadka nieodpowiedniego prezesa uderza przecież bezpośrednio we wszystkich sędziów danego sądu, i to czasem bardzo boleśnie. Środowisko zna lepiej swoich kandydatów niż minister, do którego często docierają jedynie przemielone informacje z terenu. Także nominaci kolejnych ministrów są różni. Znałem świetnych prezesów powołanych za czasów obiektywnie słabych ministrów i odwrotnie, średnich prezesów, których powołali naprawdę dobrzy ministrowie. Świadczy to jedynie o tym, że wiedza ministra co do konkretnych kandydatów jest często bardzo ograniczona.

Niezwykle istotne jest, że przed kolejne lata bardzo wzmocniono pozycję dyrektora sądu, który na przestrzeni lat stał się nie tylko organem sądu, ale także zwierzchnikiem wszystkich pracowników sądu, którzy nie pełnią funkcji orzeczniczych. Ma pełnią władzy nad finansami sądu. Odciążenie pracą administracyjno-gospodarczą prezesa ma niewątpliwie swoje pozytywne aspekty. To jednak obiektywnie osłabia jego pozycję. Nadto dyrektora powołuje minister sprawiedliwości, a w konkursie może on odrzucić tego, kto zajął pierwsze miejsce, i domagać się przedstawienia kandydata kolejnego z listy lub nawet rozpisania ponownie konkursu. I tak do skutku, aż wygra osoba, którą minister akceptuje. Związanie zatem ministra z dyrektorem jest bardzo silne.

Politycy często wskazują nam system anglosaski, jednak ich działania nie idą w kierunku rzeczywistego wzmacniania władzy sądowniczej, a różnorakie elementy nadzoru administracyjnego czy chociażby te związane z powoływaniem prezesów odchodzą od klasycznego trójpodziału władzy. To niestety rozmywa odpowiedzialność za funkcjonowanie wymiaru sprawiedliwości. Taki system quasi-dwuwładzy niestety ma swoje odzwierciedlenie w funkcjonowaniu wymiaru sprawiedliwości. Pomimo ogromnych uprawnień ministra w zakresie etatyzacji resortu, tworzenia i znoszenia sądów, permanentnego przygotowywania i wprowadzania kolejnych zmian w przepisach ustrojowych, materialnych czy procedurach, system od lat kuleje. Szanując zatem zasadę równowagi wszystkich trzech władz konstytucyjnych, niewątpliwie należy wzmocnić władzę sądowniczą oraz odejść od archaicznego nadzoru administracyjnego nad sądami powszechnymi. Należałoby rozważyć dwie opcje. Pierwsza, gdy prezesa sądu apelacyjnego wybiera I prezes Sądu Najwyższego spośród dwóch kandydatów skazanych przez zgromadzenie, a odpowiednio prezesa sądu okręgowego - prezes apelacji spośród dwóch kandydatów wskazanych przez właściwe zgromadzenie. Drugie rozwiązanie to otwarty konkurs na prezesa sądu, przeprowadzany przez komisję konkursowa powołaną przez Krajową Radę Sądownictwa, ewentualnie w porozumieniu z prezesem właściwego sądu apelacyjnego. Nominacje prezesów apelacyjnych i okręgowych powinien jednak zawsze wręczać I prezes Sądu Najwyższego.

Niemal pełna dowolność ministra sprawiedliwości w wyborze prezesa sądu narusza zasadę odrębności władzy sądowniczej i jest sprzeczna ze standardami europejskimi

Środowisko lokalne zna lepiej swoich kandydatów niż minister sprawiedliwości, do którego docierają jedynie przemielone informacje z terenu

Anna Krzyżanowska

anna.krzyzanowska@infor.pl

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.