Fiskus zarobi w internecie
Media tradycyjne, które zdawały się przegrywać w starciu z internetem, coraz częściej przechodzą do prawnej kontrofensywy. Przy okazji mogą zyskać niespodziewanego sojusznika - fiskusa. Z uwagą zaczyna on przyglądać się internetowym biznesom. Poza allegrowiczami w kręgu zainteresowania znalazły się serwisy korzystające bez zapłaty z cudzych treści.
Fiskus - jak tłumaczy Michał Zdyb, doradca podatkowy - nie ma z reguły wątpliwości. Serwis ma z tego korzyść, od której powinien zapłacić podatek. Podstawą do jego wyliczenia jest rynkowa wartość licencji na publikację takich treści. Jeśli podatek nie został uiszczony, trzeba dopłacić odsetki oraz grzwnę, wynoszącą od kilku tysięcy do kilku milionów.
Skala nadużyć jest spora. Jak tłumaczy prezes zarządu Plagiat.pl dr Sebastian Kawczyński, tylko w jednym serwisie wykryto ponad 4,7 tys. tekstów zawierających do 70 proc. zapożyczeń.
Mniejszy problem mają za granicą. - Odkąd pracuję w "Washington Times", czyli od 13 lat, nie zdarzyło się, abyśmy sądzili się z kimkolwiek w sprawie kradzieży kontentu. Wystarczy samo przypomnienie osobie naruszającej prawo, że musi nas zacytować - mówi Maria Stainer, szefowa "Washington Times Online". W Polsce skuteczniejszy jest straszak kontroli podatkowej. Jej skutki są bardziej bolesne niż odszkodowania.
em, mk, zp
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu