Grunwald to była przystawka
K a żde pokolenie wyszywa własną makatkę z Grunwaldem, a że niczego na świecie wykluczyć nie można, zatem przyszłość Grunwaldu, marki równie popularnej jak chrząszcz ze Szczebrzeszyna, nie jest pewna. Wszechwładna, jak mówią, polityczna poprawność któregoś dnia odkryje nacjonalistyczny smak walki mężczyzn, na dodatek mężczyzn wierzących oraz homofobów – i Grunwald ulegnie genderowej degeneracji.
Może tak się stać, ale byłoby szkoda. Owszem, są niemiłe wątki tej bitwy, przede wszystkim ogrom strat po krzyżackiej stronie – świadectwo niepotrzebnej rzezi dokonanej na poddających się wojskach Wielkiego Mistrza. Zabiegi Jana Długosza, aby umniejszyć rolę wojsk litewskich w „polskiej wygranej”, też wielkiej chwały nam nie przynoszą. Niemniej bitwa pod Grunwaldem ożyła w polskiej świadomości zbiorowej jako dumne „nie pozwalam” na traktowanie nas jako nacji nieudaczników. I pozostaje międzypokoleniowym znakiem, że potrafimy.
Jan Wróbel, „Grunwald 1410”, Znak, Kraków 2020
Ożyła w drugiej połowie XIX w. (aż trudno uwierzyć, że w poprzednich stuleciach uległa zapomnieniu), kiedy radosna witalność rodzących się zjednoczonych Niemiec zaczęła widzieć w Słowianach ciężar u nogi. W popularnej, często dawanej jako prezent z okazji konfirmacji powieści dla młodzieży „Winien i Ma” Gustava Freytaga, bohaterem był młody Niemiec, rzecz jasna protestant. Jedzie „na Wschód”, jakby na niemieckie kresy wschodnie, gdzieś na pograniczu Śląska i Wielkopolski. Tutejszy lud jest na wpół dziki, na wpół rozpity. Mimo dobrego przykładu Niemców lud żyje w niewoli złych obyczajów. Jedyna nadzieja dla tego ludu zaklęta jest w germanizacji, nasz młody Niemiec przypomina Stasia Tarkowskiego, który zdecydowałby się zostać w Afryce i zakładać Kraków.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.