Unia po Lizbonie, czyli nasza mała stabilizacja
Pani Bouvier w "Napisie" Geralda Sibleyrasa, grana przez Martę Lipińską z Teatru Współczesnego, powtarza przy każdej okazji bez jakiegokolwiek sensu: "Kiedy mamy jedną Europę...".
Jest to dla niej sposób na łatwe odepchnięcie od siebie problemów. Jest - trochę jak bezkrytyczni zwolennicy traktatu z Lizbony w ciągu ostatniego półtora roku - zamknięta na wszelkie wątpliwości, pędzi spokojne życie w mieszczańskiej kamienicy. A i kamienica, w której mieszka, jest jak współczesna Unia Europejska - niechętnie przyjmuje nowe, gnuśnieje we własnych przesądach. Szansą na zmianę miał być nowy traktat. Pierwszą jego wersję odrzucili w referendach Francuzi i Holendrzy. Kolejna, podobna, długo rodziła się w bólach. Czy spełni pokładane w niej oczekiwania? Pierwsze doświadczenia wskazują, że czeka nas tylko kosztowny remont kamienicznej fasady. I niebawem pojawią się głosy, że Europa potrzebuje nowego traktatu.
Można by powiedzieć, że traktat z Lizbony jest swego rodzaju umową, którą ze sobą zawarli Europejczycy. W skrócie mówiąc, wzmacnia on możliwości dużych państw w zamian za to, że większa ma być ich odpowiedzialność za los całej Unii. Proces rozpychania się największych trwa nie od dzisiaj, ale ostatnio był bardziej intensywny. Od kilku miesięcy wyraźnie wzrastała rola kilku krajów.
Ale o tym, co się obecnie dzieje w europejskiej polityce i o polskiej pozycji w Unii, najwięcej mówiła może mina zaskoczonego Donalda Tuska, kiedy kilka dni temu wyjaśniał opinii publicznej nominację lady Ashton. Jego słowa zdradzały nie tylko, że tym razem współpracownicy od propagandy nie podrzucili premierowi jakiegoś zgrabnego schlagwortu, ale że został on zaskoczony decyzjami, które najwyraźniej zapadły wcześniej - zanim przywódcy spotkali się przy obiedzie podczas brukselskiego szczytu.
W kilka chwil uleciały złudzenia o jawności w podejmowaniu decyzji w Unii czy wzrastaniu roli Parlamentu Europejskiego w ramach traktatu. Następnie zrobiono wiele, by Ashton nie została poddana procedurze wysłuchania w Parlamencie Europejskim jak każdy komisarz. Dwa kapelusze (rola w Komisji Europejskiej i Radzie) nowej wysokiej przedstawicielki posłużyły jej raczej do unikania podjęcia poważnej debaty niż choćby tylko do zademonstrowania, że idzie nowe. Podobna rzecz to wybór Janusza Lewandowskiego na komisarza ds. budżetu. Rząd tak naprawdę nawet nie umiał nas przekonać, że to ważna rola. Z niepojętych powodów przyjęto, że wybór Buzka na szefa PE wyczerpuje pułap polskich oczekiwań, i powtarzano tylko, że dostaliśmy, czego chcieliśmy. Bardzo niepokojące było to, że polski rząd z boku obserwował bieg wydarzeń - bez wpływu na nie. Jakby dowiadywał się o wszystkim z telewizji.
Tymczasem zaczęły się domykać rosyjskie kleszcze w Europie Środkowej. Na pytania Vytautasa Landsbergisa o Gazociąg Północny Ashton odpowiedziała, że musi zapoznać się tematem. Kiedy poprosiłem o termin, w którym mogłoby dojść do rozmowy na ten temat, unikała odpowiedzi. Tak naprawdę jeszcze zanim doświadczyliśmy nowej "jawności" w Unii związanej z jej wyborem, zdążyliśmy się przekonać, co oznacza tak szumnie zapowiadana solidarność europejska w energetyce. Kilkanaście godzin po definitywnym podpisie prezydenta Klausa pod traktatem ruszyła maszyna przygotowań do budowy Gazociągu Północnego. Zgody kolejnych krajów (Szwecja, Dania) zdają się przesądzać sprawę. Obserwatorzy od kilku miesięcy mówili, że przez niektóre wypowiedzi polskiego ministra spraw zagranicznych (koncepcja współpracy z Niemcami na zasadach podobnych jak za pierwszych Piastów) czy premiera, także niektórych zbliżonych do nich komentatorów, opinia publiczna w Polsce była przygotowywana nie tylko na to, że gazociąg jednak powstanie (ta perspektywa od dawna się rysowała), ale też na to, że będzie na to milcząca zgoda rządu w Warszawie. W każdym razie zanim traktat nabrał mocy, już się okazało, że regulacje o solidarności energetycznej nie są warte zbyt wiele. To przedstawiciel Niemiec ma objąć w nowej Komisji Barroso sprawy energetyki, a główni zajmujący się sprawami relacji Unia - Rosja posłowie mają na koncie doświadczeń zawodowych współpracę z sektorem energetycznym w Rosji.
Ileż razy przekonywano opinię publiczną w Polsce, że traktat z Lizbony otwiera drogę do rozszerzenia Unii? Szczyt Unia - Ukraina z 4 grudnia nie potwierdził niestety tej tezy. Ashton, zasłaniając się innymi obowiązkami, odmówiła osobistego udziału w szczycie, mimo że miała szansę zademonstrować swoje otwarcie na problemy Unii w jej najbliższym otoczeniu. W swoich pierwszych wystąpieniach unika podnoszenia kwestii rozszerzenia.
Przykłady można by mnożyć. Niech polski rząd nie stoi z boku tego, co się dzieje w Europie. Koleinami, które teraz wyżłobimy, pojadą do Europy wozy nie tylko rządu Tuska, ale też kolejnych gabinetów. Dlatego każdemu powinno zależeć na powodzeniu ustalania nowych europejskich zwyczajów. Europy większej odpowiedzialności dużych państw nie można wymienić na koalicję La Manche - czyli interesów kilku krajów leżących nad tym kanałem, od czasu do czasu wciągających do spółki kraje Beneluksu. Nie ma sensu klepać za panią Bouvier, że wszystko jest dobrze, bo mamy jedną Europę i nowy traktat, w sytuacji gdy już na starcie decyzje zapadają w czeluściach kilku gabinetów. To teraz się decyduje, czy potrafimy w nich uczestniczyć z pożytkiem dla siebie i innych, czy potrafimy być dużym europejskim krajem na miarę swoich możliwości. Polski rząd powinien stawać na czele niezadowolonych z tego stanu rzeczy. Także zasada zwiększonej solidarności musi w większym niż dotychczas zakresie brać pod uwagę interesy państw poza koalicją La Manche.
A gdyby Landsbergis nie pytał Ashton o Nord Stream, ale o jedno najważniejsze zadanie, jakie jej zdaniem przed nią stoi? Czy byłaby w stanie odpowiedzieć? Czy zasłoniłaby się kolejny raz, że jest nowa i nie miała czasu poczytać dokumentów? Europejska polityka tak samo jak księgowych potrzebuje wizjonerów, nawet gdyby rodziło to kolejne spory i debaty. Na jednym z rysunków z ostatniego The Economist Van Rompuy i Ashton siedzą na dachu podniszczonej mieszczańskiej kamienicy, trochę jak ta, w której mieszka pani Bouvier. Tak wygląda dzisiejsza dumna z siebie Unia. "Jest dobrze i koniec, i niech tak zostanie, trzeba tylko zrobić małe retusze" - zdają się myśleć liczni europejscy politycy, po cichu licząc na załatwienie przy okazji swojego interesu.
Czy Van Rompuy i Ashton potrafią podjąć to zadanie, przekonamy się w najbliższych miesiącach i latach. Czy da radę Donald Tusk? Traktat z Lizbony jako dokument w jakimś sensie nie jest ani dobry, ani zły. Także poprzedni, nicejski, dawał możliwości, ale i tworzył zagrożenia.
Ale Lizbona to nie ciasne mieszkanko dla wycofanych polityków. Ona daje Polsce szansę zagrać o pozycję jednego z państw decydujących o losie Europy, a także państwa, które umie skorzystać ze wspólnych działań Unii, chociażby na Wschodzie. To dokument nie dla administratorów, ale polityków, którzy mają wizję przyszłości Unii.
@RY1@i02/2009/238/i02.2009.238.000.013a.001.jpg@RY2@
Paweł Kowal, historyk, eurodeputowany PiS, były wiceminister spraw zagranicznych
Paweł Ulatowski
Paweł Kowal
historyk, eurodeputowany PiS, były wiceminister spraw zagranicznych
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu