Opel nie powinien być dla rządu firmą specjalnej troski
Wiadomość, że Polska rozważa udzielenie Oplowi pomocy publicznej w wysokości nawet 450 mln euro, wywołała liczne kontrowersje. Wspieranie koncernu budzi też wątpliwości unijnej komisarz ds. konkurencji. Neelie Kroes ostrzegła już Niemcy, że pomoc dla Opla może być sprzeczna z prawem Unii. Czy teraz kolej na ostrzeżenie dla Polski?
Nie należę - zwłaszcza w warunkach kryzysu ekonomicznego - do tych, którzy uważają, że firmy należy pozostawiać samym sobie, a ich problemy skwitować stwierdzeniem "niech sobie radzą".
Programy sanacyjne dla przeżywających problemy przedsiębiorstw nie mogą być jednak rezultatem lobbystycznych zabiegów. Nie mogą też być odosobnionymi aktami wsparcia dla poszczególnych firm, lecz elementami większej, precyzyjnie zaplanowanej całości. Plan pomocy państwowej dla przedsiębiorstw będących z powodu kryzysu w opałach powinien być programem kompleksowym. Przeznaczone na niego środki powinny być dysponowane według potrzeb i szczegółowych norm wydajnościowych służących do oceny racjonalności wydawania pieniędzy.
Dlatego właśnie znaczny niepokój budzą we mnie rządowe plany udzielenia pomocy państwowej Oplowi. Kwota 450 mln euro, o której się mówi w kontekście tej operacji, jest szokująca. Pojawiają się automatycznie wątpliwości, jak właściwie ma się ona do zasady, od której właściwie nie ma wyjątków, zakładającej ocenę krańcowej użyteczności wydawanych przez państwo na pomoc publiczną środków.
Rozumiem, że z polskiego punktu widzenia głównym celem udzielania przez państwo Oplowi pomocy jest ratowanie zatrudnienia. Pojawia się więc pytanie, ile miejsc pracy w innych fabrykach i branżach można by ochronić za 450 mln euro. Jak sądzę - bardzo wiele. Nie chodzi tu przecież o tworzenie nowych miejsc pracy - co wiąże się z ogromnymi często kosztami inwestycji i wejścia na rynek nowej firmy - lecz o utrzymanie już istniejących, co jest znacznie tańsze.
Mam więc nadzieję, że mamy do czynienia albo z jakimś błędem co do kwoty, albo z tym, że lwią jej część stanowią gwarancje kredytowe. Bo jeżeli większość miałyby stanowić ulgi podatkowe, to przecież jest to wydatek w żywej gotówce. Tyle tylko, że nie w postaci pieniędzy wypłaconych z budżetu państwa, lecz środków, które do niego po prostu nie trafią.
Inaczej jest jednak z gwarancjami kredytowymi. Przy założeniu, że firma zostanie uratowana i będzie wypłacalna, na budżet państwa nie spadnie obowiązek zapłacenia jej długów. Dlatego takie rozwiązanie może się wydawać bezpieczniejsze.
Jest jednak i taka możliwość, że plan wspierania Opla wynika z powszechnie znanej miłości wicepremiera Pawlaka do motoryzacji. Jeśli tak, to byłoby to prostu chore i ktoś - najlepiej minister finansów - powinien to natychmiast zatrzymać. Zwłaszcza że wciąż nie wiemy, jak na udzielenie pomocy Oplowi zareagują jego motoryzacyjni konkurenci. Przecież w Polsce samochody produkuje kilka innych dużych firm.
Tego typu zastrzyk finansowy dla jednej z nich oznacza z punktu widzenia reszty rodzaj dyskryminacji. Być może nie w tej chwili - bo w tym momencie te firmy są zapewne w dużo lepszej niż Opel sytuacji. Ale obawiałbym się takiego scenariusza, w którym za pół roku czy rok to przedstawiciele konkurencji przyjdą do rządu i powiedzą, że nie są przecież od macochy. I skoro rząd mógł pomóc Oplowi, to teraz kolej na nich.
Plan wsparcia dla Opla przywołuje nieodparte skojarzenie z zakończonymi fiaskiem próbami udzielenia pomocy publicznej polskim stoczniom. Wówczas mówiło się o kwocie dwóch miliardów złotych - czyli mniej więcej podobnej do tej, o której mówi się w przypadku Opla. Pamiętajmy jednak, że potrzeby stoczni były skumulowanym rezultatem kłopotów w bardzo długim okresie. Tak zwane obiektywne warunki funkcjonowania na rynku nie dawały zaś stoczniom w pewnym momencie większych szans na przetrwanie. Złożyły się na to przede wszystkim gigantyczne różnice kursów dolara w okresach kontraktowania budowy statków i ich realizacji oraz gwałtowny wzrost cen stali. O ile więc z jakością zarządzania stoczniami z pewnością nie było najlepiej, o tyle w pewnym momencie znalazły się one w obiektywnie kryzysowej sytuacji.
Wówczas można było podjąć dwie decyzje. Albo tę o likwidacji przemysłu stoczniowego, która pozwoliłaby uniknąć dzisiejszej sytuacji wyprzedawania stoczni w częściach w charakterze złomu, albo tę o udzieleniu im pomocy. Zwłaszcza że w dłuższej perspektywie kwalifikacje polskich stoczniowców i pozycja ich firm na rynku bynajmniej nie przekreślały szans ich przetrwania.
Wówczas jednak premier musiałby uderzyć pięścią w stół w Brukseli i stwierdzić, że w sytuacji, w której Unia akceptuje gigantyczną często pomoc publiczną zwłaszcza dla instytucji z sektora finansowego, to my nie możemy zaakceptować zakazu dotyczącego stoczni.
Tak się jednak nie stało. Dlatego właśnie porównanie sytuacji Opla z sytuacją polskich stoczni zadziwia rażącą dysproporcją zachowań.
@RY1@i02/2009/205/i02.2009.205.000.015a.101.jpg@RY2@
Ryszard Bugaj, ekonomista
Wojciech Grzędziński
Ryszard Bugaj
ekonomista
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu