Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Wraca myślenie o konsekwencjach wzrostu zadłużenia

25 marca 2009
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty

Nie ma dziś bardziej zapalnego tematu niż ocena działań podjętych przez rządy i banki centralne dla zapobieżenia skutkom światowego kryzysu gospodarczego. Problem sprowadza się do tego, że kryzys przerwał trwający ponad dekadę proces narastania globalnych nierównowag. Powinno nas to cieszyć. Ale nie widać, żeby ktoś piał z zachwytu. Narastanie globalnych nierównowag miało swój wymiar realny w postaci relatywnie wysokich dynamik wzrostu gospodarczego (boom konsumpcyjny). Miało też konsekwencje dla rynku finansowego, który na nienotowaną skalę pośredniczył w przekształcaniu nadwyżkowych oszczędności zagranicznych w krajowy kredyt (boom kredytowy).

Dzięki temu jedna grupa krajów konsumowała całymi latami więcej niż wytwarzała, finansując rozdętą konsumpcję wzrostem zadłużenia i importem oszczędności z zagranicy. Druga grupa pracowicie finansowała tę konsumpcję, udostępniając własne nadwyżkowe oszczędności i gromadząc coraz więcej długu należącego do finansowanych przez siebie państw. Proces narastania globalnych nierównowag był postrzegany jako zjawisko bardzo niebezpieczne dla światowej gospodarki. Był też analizowany. Remedium nie było wyszukane: jedni mieli ograniczyć konsumpcję i zacząć więcej oszczędzać; drudzy - na odwrót. Gospodarka globalna powinna tym sposobem złapać równowagę. Kryzys przerwał narastanie globalnych nierównowag, ale tego procesu definitywnie nie zatrzymał, bo wzbudził przerażenie dotkliwością społeczno-politycznych skutków. Ogromna skala recesji, ze wszystkimi konsekwencjami dla rynku pracy, skłoniła polityków do przeciwstawienia się tym nieprzyjemnym następstwom przywracania globalnej równowagi, które łączą się z ostrym spadkiem rozbuchanego popytu.

To dlatego kryzys wynikający z nadmiernego zadłużania się sektora prywatnego usiłuje się teraz pokonać na drodze dodatkowego wzrostu zadłużenia sektora publicznego. Dzieje się tak, chociaż wszyscy wiemy, że rządy uciekają z pułapki nadmiernego zadłużenia zawsze jedną z dwóch dróg: ogłaszają niewypłacalność; albo dług monetyzują (niwelują go przez wzrost inflacji). Wydaje się, że część uczestników rynku finansowego oddaje się już dziś (słusznie) refleksji nad kosztami przezwyciężenia kryzysu w większościowym wydaniu „stymulacyjnym”. Dobitnym tego wyrazem staje się systematycznie rosnący spread między rentownościami tradycyjnych obligacji a tymi podwiązanymi do inflacji.

Jeszcze w październiku 2008 r.oczekiwania inflacyjne w USA dla pięciu najbliższych lat, oszacowane na bazie cen relatywnych nominalnych 5-letnich obligacji i papierów indeksowanych do inflacji, zamykały się w przedziale 0,25-2,0 proc.; ale w lutym tego roku wzrosły już do 1,58-2,77 proc. Oznacza to, że w połowie grudnia ubiegłego roku inwestorów opuścił strach przed deflacją, ustępując miejsca obawom przed szybko rosnącą inflacją.

Styl big-bang okazał się ogólnie nie do zaakceptowania w procesie przywracania globalnej równowagi. Choć trzeba uczciwie powiedzieć, że w polityce wielu rządów zaznaczają się dziś też wyraźnie różnice, jeśli chodzi o wykorzystanie instrumentów fiskalnych i monetarnych dla podtrzymywania wzrostu. Bez względu na to, jak oceniamy wzrost długu publicznego, uzupełniający dynamiczny wzrost długu prywatnego z poprzedniej dekady, trzeba przyznać, że jest to petryfikacja stanu globanej nierównowagi. Taka smutna refleksja nie powinna umknąć naszej uwadze.

d1a2f42f-123f-4d21-8cd3-d2d49b706104-38888900.jpg

Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.