Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Furedi: Europejskie elity biz nesowe muszą odrzucić awersję do ryzyka

28 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 7 minut

W Europie króluje dziś strach. Dotyka wszystkich: zwykłych ludzi, polityków, a nawet biznesmenów. Kryzys unaocznił jedynie to, co obserwowaliśmy od pewnego czasu. Stary Kontynent jak ognia boi się ryzyka. Uważa, że ma zbyt wiele do stracenia. W ten sposób zrywa z dumną europejską przeszłością: oświeceniowym optymizmem czy późniejszą progresywną wiarą w rozwój. Czas zbudzić się z tego letargu.

Najnowszy kryzys zmienia globalną gospodarkę. Azja rośnie w siłę, Amerykanie szukają sposobów na utrzymanie swojej mocarstwowej pozycji i zreformowanie gospodarki. Tylko Europa zdaje się tkwić w miejscu. Jedyny jej pomysł na znalezienie swojego miejsca w szybko ewoluującym świecie to cięcia, cięcia i jeszcze raz cięcia. Filozofia oszczędzania staje się naszym nowym światopoglądem. Może i zrównoważy to finanse publiczne w jednym czy drugim kraju, ale skutki takich działań bez wyraźnego określenia, dokąd właściwie zmierzamy, mogą być dla Starego Kontynentu fatalne.

Po pierwsze dlatego, że redukcja wydatków rządowych i okrajanie państwa opiekuńczego - obserwowane od Aten po Londyn, Dublin i Lizbonę - tylko pogłębiają bezwład, w którym Europa tkwi od przynajmniej dekady. I nie wydaje się, żeby mogło to ulec zmianie. "Skoro nic dobrego nas nie czeka, po co mieć dzieci i brać na siebie nowe obowiązki" - myślą dziś młodzi ludzie na Zachodzie. W efekcie mamy rekordowo niskie wskaźniki dzietności, które utrzymują się, choć część rządów podjęła akcje zachęcania swoich obywateli do prokreacji. Teraz wiele krajów (jak np. Hiszpania - red.) znosi nawet taką formę wsparcia jak becikowe. Pozostaje przekonanie, że Europa jest miejscem, w którym już wkrótce żyć będą sami apatyczni i niezdolni do innowacji staruszkowie.

Ten marazm przekłada się na gospodarkę. Kryzys wzmocnił dojrzewający od dawna w zachodniej Europie pogląd, że musimy oszczędzać zasoby, konsumujemy zbyt dużo, więc mniej znaczy lepiej. Doszliśmy do punktu, w którym wszyscy akceptują ideologię zaciskania pasa i traktują ją jako niezbędną kurację.

Na Zachodzie narodził się nowy szeroki konsensus: mamy do czynienia z końcem państwa socjalnego. Nawet ludzie, którzy się temu przeciwstawiają, nie kwestionują już konieczności cięć. Chcą tylko jednego: niech dotkną kogoś innego. Weźmy przykład Wielkiej Brytanii: protestujący studenci chcą, by oszczędności szukano np. w siłach zbrojnych. Są przeciwko cięciom w edukacji i potrafią podać szereg argumentów: nauka to inwestycja w przyszłość, innowacyjność, konkurencyjność itd. Ale nie kwestionują samej filozofii szukania oszczędności w celu obniżenia brytyjskiego długu publicznego. Krótko mówiąc: akceptują system, są tylko za drobnymi przesunięciami. W innych środowiskach jest podobnie. Dzieje się tak dlatego, że nie mamy dziś żadnej poważnej alternatywy dla okrojenia państwa dobrobytu, które istniało w Europie Zachodniej przez kilka ostatnich dekad. Buzujące pod powierzchnią lęki nie znalazły ujścia w żadnej konkretnej politycznej formie. Doświadczenie kryzysu w dzisiejszej Europie nie jest jednolite, nie ma zatem wyrazów kolektywnej czy wspólnotowej solidarności. Nie widać więc na horyzoncie jednej siły, która mogłaby stanąć w obronie państwa opiekuńczego: dlatego jest ono skazane na stopniowy demontaż.

Taki stan rzeczy ma jednak poważne konsekwencje. Brak alternatywy ułatwia zadanie politykom, bo protesty i niezadowolenie z oszczędności są jak na razie mniejsze, niż początkowo oczekiwano. Kiedy trzydzieści lat temu Margaret Thatcher cięła wydatki państwa, zakładała, że uwolnione w ten sposób środki pozwolą na inwestycje w przemyśle, rozwijanie infrastruktury i na większy wzrost. Wiedziała, że jeśli nie zaproponuje wyraźnej wizjonerskiej alternatywy, to niezadowolenie wielu grup, których interesy naruszyła, prędko zmiecie ją ze sceny. Dziś też mamy redukcje i cięcia, ale żadnej jasnej wizji, co czeka nas w przyszłości. Politycy, wykorzystując marazm, w którym tkwimy, zdołali nas przekonać, że po prostu nie ma żadnej alternatywy. Brakuje wiary, że uda się wypromować czy wykreować jakąś nową dziedzinę gospodarki, która pociągnie wszystko do przodu. Ten lęk i minimalizm na dłuższą metę nie pozwolą Europie ruszyć z miejsca, w którym utknęła.

Lęk przed przyszłością nie pomaga też naszej innowacyjności, która przez wieki była przecież kołem zamachowym europejskiego modelu. Nie mówię tylko o zwykłych ludziach. To samo dzieje się w biznesie. Europejscy przedsiębiorcy boją się podejmować ryzyko i coraz rzadziej dokonują odważnych inwestycji. W tej chwili tylko w Niemczech i Skandynawii mamy do czynienia z rzeczywistą nowatorską aktywnością gospodarczą na szeroką skalę. W innych krajach zachodniej Europy biznesowi liderzy po prostu nie wiedzą, jak postępować w sytuacji, gdy nie można już oczekiwać ze strony państwa takiej pomocy jak dawniej. Sama Bruksela też nie polepsza sprawy. Unijna praktyka jednego wielkiego kompromisu sprawia, że rzeczy po prostu trwają, zamiast się rozwijać.

Ale najtrudniejsze dopiero przed nami. Europę czekają nowe wewnętrzne konflikty i trudne wybory. Jednym z przykładów jest obecny kryzys wokół euro. Na naszych oczach integracja europejska przestaje być sytuacją, którą można opisać w ulubionej przez Brukselę formie win-win (obie strony wygrywają - red.). Będą przegrani. Niemcy są niezadowoleni, że muszą płacić więcej, i będą szli w kierunku kontroli polityki finansowej biedniejszych i zadłużonych państw. To zrodzi opory. Po obu stronach szeregi niezadowolonych rosną. Konflikty będą też szły w poprzek unijnych społeczeństw. Nasilająca się niepewność będzie katalizatorem nowych sporów wokół imigracji, multikulturalizmu, utraty tożsamości narodowej czy suwerenności. Dziś nie jest już wykluczone, że skończyć się to może przerwaniem procesu integracji, który definiował ostatnie 60 lat na Starym Kontynencie.

Wyjściem z tej sytuacji jest tylko odrzucenie strachu. Trzeba powiedzieć jasno: "Przeszłość nie wróci. Przed Europą nowy nieznany rozdział. Być może bez państwa opiekuńczego w znanej nam dotąd formie. Być może z inną koncepcją zjednoczonej Europy. Trudno, trzeba znaleźć swoje nowe miejsce na ziemi". Dotyczy to wszystkich. Politycy muszą przestać rządzić kunktatorsko, wpatrując się tylko w sondażowe słupki. Trzeba komunikować ludziom, do czego dążymy, jakie są koszty takich decyzji i jakie zyski. Elity biznesowe muszą porzucić awersję do ryzyka. Ludzie też muszą zacząć ryzykować, zamiast spodziewać się najgorszego. Moda na rozwagę musi ustąpić nowemu etosowi rozwoju i postępu. Zmienić się powinni też sami Europejczycy. W rzeczywistości Europa nie jest jeszcze tak skostniała, jak jej się wydaje. Ma ogromny potencjał kulturowy, intelektualny i wciąż również finansowy. Dość więc rozczulania się nad sobą. Przyszłość nadejdzie, warto więc wziąć udział w jej kształtowaniu.

@RY1@i02/2010/250/i02.2010.250.186.0004.001.jpg@RY2@

Fot. Reuters/Forum

Filozofia oszczędzania staje się naszym nowym światopoglądem. Studenci protestujący w Wielkiej Brytanii nie kwestionują konieczności cięć, chcą tylko, by dotknęły kogoś innego

@RY1@i02/2010/250/i02.2010.250.186.0004.002.jpg@RY2@

Fot. David Shankbone

Frank Furedi, brytyjski socjolog węgierskiego pochodzenia. Uciekł na zachód po budapeszteńskim powstaniu 1956 roku. W latach 70. osiedlił się na Wyspach i zyskał akademicką sławę. Obecnie wykłada na uniwersytecie w Kent. Autor sztandarowej książki "Polityka strachu"

Frank Furedi

oprac. RW

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.