Reformatorzy ordynują podatkową lewatywę
Jest w kultowej powieści "Przygody dzielnego wojaka Szwejka" taka scena, w której lekarz w szpitalu polowym, niezależnie od zgłaszanych dolegliwości, ordynuje wszystkim lewatywę. Porównanie może dość odległe, ale czasami można mieć wrażenie, że równie subtelnie myślą niektórzy reformatorzy naszej gospodarki, wskazując za każdym razem jako sposób zrównoważenia budżetu podniesienie podatków. Tymczasem gospodarka, podobnie jak ludzki organizm, to bardzo złożony mechanizm i nie zawsze najprostsze środki są najlepsze. Czasem pomoże lewatywa, ale zwykle bardziej złożona kuracja odnosi lepsze skutki.
@RY1@i02/2010/188/i02.2010.188.086.002b.001.jpg@RY2@
Krzysztof Sachs, partner w Ernst & Young
Podobnie jest z polityką podatkową. Manipulowanie stawkami to jeden z najbardziej naturalnych instrumentów polityki makroekonomicznej, tyle że należy go używać w bardzo przemyślany sposób. Tymczasem decyzja o podniesieniu stawki VAT już praktycznie zapadła. Co więcej, rząd zakłada wstępnie, że gdyby podniesienie stawki z 22 na 23 proc. od stycznia 2011 r. nie przyniosło efektu, kolejne 1-proc. podwyżki mogą być wprowadzane w roku 2012 i 2013. W każdym przypadku stawka ma być podnoszona na trzy lata. Jeśli zatem spełni się scenariusz pesymistyczny, a te spełniają się najczęściej, to w latach 2011 - 2016 możemy przejść przez cztery operacje zmiany stawek VAT.
W prasie dużo pisze się o kosztach związanych z tą operacją: po stronie podatników to nie tylko zderzenie się z barierą popytu wynikającą ze wzrostu cen detalicznych, ale również koszty zmian w systemach informatycznych, ingerencji w kasy fiskalne, druku cenników, metek, a także straty przedsiębiorców, którzy w długoletnich kontraktach ustalili ceny brutto (tak jest praktycznie zawsze w przypadku zamówień publicznych). Jeśli wzrost VAT ma uzdrowić polską gospodarkę, to koszty te pewnie warto ponieść, tylko czy rzeczywiście powinniśmy to robić cztery razy?
Jeszcze ważniejsze pytanie to kwestia, czy rzeczywiście podniesienie VAT jest najlepszą metodą uzdrawiania finansów publicznych? Czy wykorzystano już wszystkie możliwości restrukturyzacji wydatków budżetowych i czy faktycznie trzeba się uciekać do lekarstwa, które ma bardzo silne skutki uboczne - oprócz wspomnianych kosztów przedsiębiorców przede wszystkim ograniczenie popytu na skutek wzrostu cen? Obawiam się, że pytanie jest retoryczne.
Kolejna kwestia to fragmentaryczność rozwiązania. Przesuwanie ciężaru z opodatkowania dochodu na opodatkowanie konsumpcji ma prawdopodobnie sens. Od dawna Polska ma konkurencyjny poziom stawek CIT. Od dawna również mówi się o obniżeniu PIT, w tym o wprowadzeniu flagowego projektu kolejnych ugrupowań politycznych, czyli podatku liniowego. Wprowadzenie podatku liniowego ze względów społecznych powinno wiązać się z istotnym podniesieniem kwoty wolnej od podatku. W efekcie zdecydowanie zmniejszyłyby się koszty jego poboru, ale również wpływy. Rekompensata wpływów powinna nastąpić właśnie przez wyższe opodatkowanie konsumpcji, czyli VAT i akcyzę. Tylko tego typu decyzje wymagają systemowego myślenia o podatkach, porządnych analiz skutków makroekonomicznych i wniosków co do długofalowych skutków zmian dla gospodarki. Tymczasem sposób wprowadzenia nowych stawek VAT sugeruje, że tego typu myślenia zabrakło. Po prostu zastosowano lewatywę. A Szwejk cierpiał przecież na reumatyzm...
em
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu