Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Witamy w kraju

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 5 minut

Taki oto napis dostrzegliśmy, wjeżdżając z Czech do Polski po kilkutygodniowych wakacjach. I chyba pierwszy raz w życiu powrót do kraju sprawił nam autentyczną przyjemność. Na pewno miały na to wpływ ostatnie wydarzenia polityczne, czyli druga tura wyborów śledzona z napięciem na laptopie gdzieś we Włoszech oraz powrót PiS do naturalnego zachowania, tzn. do strzelania sobie po stopach i walenia innych na oślep, co tym razem raczej doprowadzi do rozpadu tej partii. Płakał nie będę.

Ale polityka na bok. Przed 1989 r. powrót do Polski był radosny tylko z racji spotkania z bliskimi i przyjaciółmi. Pierwszy raz wyjechałem za granicę jako niepełnoletni młodzieniec w 1960 r. - do NRD. Ojciec miał znajomych na politechnice w Dreźnie, którzy mnie gościli i oprowadzali nie tylko po Zwingerze, ale też po okolicy, po nawet wtedy pięknych miasteczkach położonych w górach Harzu czy po Weimarze. Zważywszy wiek, była to frajda wielka, a powrót do kraju - raczej smutny. Potem minęło kilka lat i moich znajomych z NRD już do Polski nie wpuścili, bo byłem na filozofii i znałem Leszka Kołakowskiego, Jacka Kuronia i Karola Modzelewskiego.

Następne wyjazdy były takim osiągnięciem (mam w biurku 48 odmów wydania paszportu) i tak pasjonujące dzięki poznawaniu ludzi niezwykłych, jak Jerzy Giedroyc, Konstanty Jeleński czy Józef Czapski, oraz miejsc tak niezwykłych, jak Paryż, a potem różne części Ameryki, że wracać nie było wesoło, a tęsknota za następnym wyjazdem odzywała się w dniu powrotu.

Przyszła wolność i wracaliśmy na początku 1990 r. po kilkumiesięcznym pobycie na uniwerytecie Yale. Rozumiem, że reformy Balcerowicza były niezbędne, ale nasze niewielkie oszczędności okazały się prawie nic niewarte, a wszystko kosztowało tak jak w Ameryce albo i drożej. Później jeździliśmy wielokrotnie do Włoch, na Węgry oraz na krótkie wypady na Litwę, Słowację czy do Czech. Wszędzie cywilizacja stała wyżej, nie wspominając już o autostradach.

Tym razem było inaczej. Wjechaliśmy do Polski i znaleźliśmy hotele z klimatyzacją w rozsądnej cenie. Wszystko wygląda lepiej. Nawet te dziwaczne wille, które architekt tak projektował, by w dachu było możliwie wiele załamań i krzywizn, oraz kolumny i biznesmeńskie trawniki. Jednak to nie jest brzydkie, tylko w niezbyt dobrym guście. A o gustach, jak wiadomo, się nie dyskutuje. Nawet, o dziwo, Warszawa stała się ładna, chociaż na prowincji jest wiele miejsc ślicznych, jak Pszczyna czy niewielkie miasteczko w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej, gdzie można o wiele łatwiej zrobić zakupy, nie szukając bezustannie miejsca do zaparkowania i nie omijając tych dziwnych (mafijnych?) sklepów, w których nigdy nie ma klientów.

Witamy w kraju! W kraju coraz bardziej ładnym i cywilizowanym, w kraju, w którym nie trzeba się nikogo bać i w którym kultura i życie codzienne mają się coraz lepiej, a nam jest zupełnie przyjemnie i wcale nie chce się zaraz wyjeżdżać.

Wiem, polityka, ale co nas to obchodzi, byleby nie dochodziło do dramatycznych wydarzeń. Dlatego ze zdumieniem czytamy teksty publicystów, którym wszystko się nie podoba, oraz oglądamy idiotyczne spory w telewizji. A ponadto wreszcie przyszły takie czasy, że jak się komu nie podoba, to może bez najmniejszego kłopotu wyjechać i zamieszkać tam, gdzie mu się spodoba. Tylko proszę: niepotrzebne jest dokonywanie zasadniczych zmian, a jeżeli ktoś musi, to odpowiem, jak kiedyś pisał Montaigne, nieco tylko adaptując jego słowa do współczesności: jak zobaczę pędzący samochód, w którym siedzą zwolennicy polityki historycznej, to natychmiast spróbuję przebić mu opony.

@RY1@i02/2010/145/i02.2010.145.000.011c.001.jpg@RY2@

Marcin Król

Marcin Król

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.