Polska restauracyjna
Wybory z trudem poszły po mojej myśli, ale za pasem następne, i to znacznie poważniejsze, bo parlamentarne, więc warto popatrzeć po naszym kraju i zobaczyć, co dobrego zdarzyło się w ostatnich latach dzięki rządowi czy tylko dzięki temu, że się nie wtrącał i dał ludziom działać.
Kiedy się mieszka na wsi, nie miewa się gości na dwie godziny, ale - nie tak często - przyjaciół na kilka dni. Przed trzema laty pojechaliśmy z przyjaciółmi bocznymi drogami do Kodnia, gdzie jest sławny obraz Matki Boskiej, do którego 15 sierpnia pielgrzymuje całe południowe Podlasie. Kościół piękny i znany także dzięki historii Sapiehy, który najpierw w XVII wieku ukradł ten obraz z Watykanu, a potem dał tyle na Kościół, że mu darowano. Wokół gastronomiczna pustka. Spędziliśmy dwie godziny, szukając restauracji. W końcu wściekli z głodu zjedliśmy jakieś ponure kiełbaski w przydrożnej budzie.
To był rok 2006. Teraz w pobliskim Międzyrzecu Podlaskim są trzy restauracje, jedna prosta, ale dobra, druga nieco bardziej wyrafinowana i bardzo dobra w nowiuteńkim trzygwiazdkowym hotelu (obiad na dwie osoby 60 złotych) i trzecia nad sztucznym zalewem. Kilkanaście kilometrów w przeciwną stronę jest zajazd w małej wsi, a jego właścicielka przyjmuje przez telefon zamówienie na obiad następnego dnia, łącznie ze wszystkimi detalami aż po sałatkę.
Lubimy jeździć do Supraśla, który ma wiele zalet, ale nieco cierpieliśmy skazani na typowe podlaskie kiszki ziemniaczane czy kartacze. Teraz są restauracje ze znakomitymi sałatkami z owoców morza i podobnymi pysznościami. A wszystko za jedną trzecią tego, co zapłacilibyśmy w Warszawie.
Kilka dni temu ruszyliśmy w podróż do Włoch, po drodze postój w Jurze Krakowsko-Częstochowskiej. Z internetu wybieram i zamawiam hotel. Duży, chłodny pokój, pomysłowe dania na kolację. Jest oczywiście kilka rzeczy zabawnych i typowych dla tego, co nowe. Nazwy hoteli i restauracji, a to "Hesperius", a to "Belladonna", a to "Villa Verde". Także nazwy potraw, nad którymi ktoś musiał myśleć godzinami, tak żeby utrudnić człowiekowi zgadnięcie, co jest w środku: szlacheckie zawijasy po góralsku albo śląskie jadło z parmezanem. Trzeba zapytać kelnerkę, która z reguły nie wie i leci do kucharki, żeby się dowiedzieć. Ale potem już jest doskonale.
Skąd ta zmiana? Dlaczego dopiero teraz, a nie dziesięć lat temu? Po pierwsze, zapewne biurokracja wciąż istnieje, ale władza nie przeszkadza i nie podejrzewa prywatnych (raczej skromnych) przedsiębiorców o Bóg wie co. Po drugie, wychowało się pokolenie nowej średniej klasy, która nie chce już chodzić do mordowni, ale potrzebuje odpowiedniego otoczenia i jedzenia przede wszystkim na specjalne okazje (wesela, chrzty - w różnej kolejności - czy pierwsze komunie). Trzygwiazdkowy hotel w małej miejscowości wcale nie stoi pusty, chociaż jeszcze nie ma obyczaju towarzyskiego wychodzenia na kolację. Ci ludzie to drobni biznesmeni, lokalna władza, lekarze i dentyści, ale także nauczyciele lub właściciele sklepów z ubraniami. Nowa, może nie piękna, ale prawidłowa Polska.
Po trzecie, Polacy już przestają znajdować upodobanie w cierpieniu i narzekaniu - wyniki wyborów pokazują, że jest to już skromna większość - ale zaczynają chcieć się bawić. Nie wstydzą się publicznie tańczyć i szaleć, przekazują sobie przepisy na rzekomo wykwintne potrawy, jadą na wycieczki rowerowe czy też - jak u mnie we wsi - grupa pań (dawniej powiedziałoby się chłopek) w wieku starszawym uprawia nordic walking za pieniądze Unii Europejskiej. Oto nasza Polska cała, jeszcze nieśmiała, ale już wychylona do przodu. Oby tak dalej, to żółciennicy nie będą mieli żadnych politycznych szans.
@RY1@i02/2010/130/i02.2010.130.000.012b.001.jpg@RY2@
Marcin Król
Marcin Król
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu