Tą wojną rządzą wybory
Wojna w Afganistanie jest przedmiotem kampanii wyborczej. Nie tylko w Polsce.
Poza zamierzchłym początkiem tej wojny w 2001 r., gdy była reakcją na ataki terrorystyczne na Nowy Jork i Waszyngton, rządzą nią kampanie wyborcze w USA. Pojawia się też cyklicznie w kampaniach niemieckich, francuskich, brytyjskich. Ideał apolityczności bezpieczeństwa narodowego jest więc głoszony, ale niepraktykowany. Jedni oceniają tę praktykę źle. Inni pytają: o co toczyć wyborczą grę, jeśli nie o sprawy najważniejsze?
Włączenie Afganistanu do kampanii prezydenckiej w Polsce może nareszcie wywołać debatę strategiczną. Jest przynajmniej cień szansy na dyskusję sięgającą poza proste - zbyt proste - "wyjść albo nie wyjść". Tym bardziej że zapowiedź Obamy, że zacznie wycofywać żołnierzy amerykańskich z Afganistanu w lipcu 2011 r., wynikła ze strategii, ale wyborczej. Nie była dziełem Pentagonu ani kwatery głównej NATO, lecz amerykańskiej Partii Demokratycznej. Sztab - ale wyborczy, nie wojskowy - kierował się tym, że w 2012 r. Obamę czeka trudna kampania reelekcyjna. Stąd plan, by najpierw w 2010 r. zwiększyć liczebność sił i dzięki temu osiągnąć postęp w walce, zarazem pomagając Demokratom zachować większość w Kongresie podczas wyborów w listopadzie tego roku. Następnie, w drugim roku planu, rozpocząć zmniejszanie sił na dowód bliskiego zwycięstwa, a w trzecim wygrać wybory pod hasłem skuteczności. Po wyborach rachunek odpowiedzialności zaczyna się od zera. Amerykanie jak zwykle zignorowali stanowisko sojuszników.
Właśnie tego ciśnienia polityki nie wytrzymał pierwszy twardziel Ameryki, generał Stanley McChrystal, dowódca USA i całej koalicji w Afganistanie. Pękł lub sam dał się skusić karierze politycznej. Publiczna krytyka Obamy i demokratycznej administracji może pomóc w staraniach o republikańską nominację na prezydenta lub do Senatu. Ktoś musi przejąć rolę autorytetu Partii Republikańskiej w sprawach wojny od słabnącego Johna McCaina.
Jak strategia zza Atlantyku ma się do interesów i możliwości Polski i Unii Europejskiej? Czy skuteczna byłaby zmiana charakteru misji z wojskowego na polityczny i dlaczego nie wybrać opcji działań jednak militarnych, ale tylko antyterrorystycznych z użyciem sił specjalnych i lotnictwa zamiast wielkiej armii lądowej? O tym powinna być duża część jednej z polskich debat prezydenckich. Zwłaszcza że w sprawach bezpieczeństwa narodowego i polityki zagranicznej, wojska i wojny, więc życia i śmierci, prezydent RP ma - jak w żadnych innych - pod żyrandolami pałacu konstytucyjnie zapewnioną realną władzę.
Grzegorz Kostrzewa-Zorbas
politolog, amerykanista
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu