Bez politycznego katharsis
Mamy szansę na przywrócenie częściowej przyzwoitości demokracji
Tragedia, która rozegrała się 10 kwietnia, ma przede wszystkim wymiar duchowy. Jednak skoro żyjemy w państwie demokratycznym, to musimy zastanawiać się nad tym, jak to państwo, jego instytucje oraz ogół obywateli mogą wybrnąć z dramatu, który ma charakter kryzysu systemu demokratycznego.
We współczesnym świecie zachodnim mieliśmy do czynienia z kilkoma poważnymi kryzysami, każdy miał innych charakter i ze wszystkich państwa zachodnie wybrnęły z pewnym dla nich pożytkiem. Należy tu wymienić problemy we Francji związane z niestabilnymi rządami i wojną w Algierii oraz ich rozwiązanie przez stanowcze, znajdujące się na granicy zamachu stanu, decyzje generała de Gaulle’a. Zupełnie inny charakter miały kryzysy gospodarczy i społeczny w Wielkiej Brytanii w późnych latach 70., kiedy to kraj praktycznie ulegał rozkładowi i dopiero premier Margaret Thatcher, również postępując stanowczo, po kilku latach doprowadziła do zapanowania ładu. Wreszcie był kryzys prezydencki w Stanach Zjednoczonych, kiedy to po aferze Watergate ustąpić musiał Richard Nixon. Doszło do moralnej erozji sfery politycznej, z której Ameryka wydobywała się przez kilka lat.
Kłopoty, które teraz przeżywamy, nie są aż tak poważne i innej zupełnie natury, ale nie są błahe. Warto nie tylko zastanawiać się nad tym, jak z nich na bieżąco wybrnąć, ale jakie na dłuższą metę są ewentualne konsekwencje.
Każde państwo demokratyczne, a takim jest Polska, jest zarazem państwem prawa. Dlatego dla niemal wszystkich decyzji personalnych, które będą musiały nastąpić, są przewidziane odpowiednie procedury. Jednak złudzeniem byłoby mniemać, że one zastąpią decyzje polityczne oraz personalne. Zresztą, najwięksi znawcy demokracji i jej kryzysów, by przytoczyć tylko Roberta A. Dahla czy Giovanniego Sartoriego, podkreślają bardzo istotną, ale w gruncie rzeczy usługową rolę prawa. Prawo jest tylko narzędziem, samo nie podejmuje decyzji, podejmują je ludzie, a przede wszystkim politycy, którzy mają określone poglądy.
Dlatego nie jestem zachwycony licznymi obecnie wypowiedziami, które służą pocieszeniu nas i wyjaśnieniu, że wszystkie problemy zostaną rozwiązane dzięki zastosowaniu odpowiednich procedur. Naturalnie dobrze, że konstytucja i inne przepisy określają te procedury, ale mimo że wiemy, że to marszałek Sejmu pełniący funkcję głowy państwa wyznacza prezesa Narodowego Banku Polskiego, to że takie są właśnie procedury, to z nich nie wynika, kto ma zostać tym prezesem. Podobnie jest w przypadku rzecznika praw obywatelskich czy prezesa Instytutu Pamięci Narodowej oraz wielu innych ważnych posad. A w dodatku na decyzje te jest bardzo niewiele czasu.
Od czasów Monteskiusza żywe jest w myśli liberalnej marzenie o tym, żeby politykę zastąpiła administracja, żeby - jak to określał Monteskiusz - nastąpiła depersonalizacja władzy, która w zasadzie powinna jedynie możliwie bezstronnie i przejrzyście realizować zasady prawa. Liberałowie pragną uniknąć wpływu na politykę tego, co można brzydko nazwać czynnikiem ludzkim, czyli poglądów, emocji i psychologii konkretnej jednostki. Można zrozumieć podstawy tego marzenia czy nadziei, bo czynnik ludzki jest odpowiedzialny za wiele zła uczynionego w przeszłości, a namiętności i ambicje muszą towarzyszyć polityce, gdyż ten, kto jest pozbawiony ambicji politycznych, po prostu zajmuje się czym innym. Jednak, jak się nieustannie okazuje, także w demokracji (bo oczywiście w o wiele większym stopniu w innych ustrojach) ludzie odgrywają decydującą rolę i nie da się ich ani zastąpić, ani wyręczyć prawem. Przecież gdyby nie wybitne osobowości wspomnianych de Gaulle’a czy Margaret Thatcher, nie udałoby im się dokonać tego, co zrobili.
Nieporównanie większą rolę czynnik ludzki odgrywa tam, gdzie procedury mają znaczenie drugorzędne, czyli w partiach politycznych, a tym bardziej w trakcie wyborów prezydenckich. I tym razem warto sięgnąć po opinie wspominanych teoretyków demokracji i wielu innych myślicieli politycznych, którzy zgodnie jakość demokracji uzależniali od stosunkowo niewielu czynników. Wśród nich za jeden z najważniejszych uważana jest możliwie duża liczba oświeconych obywateli. Czyli takich, których wiedza o sprawach publicznych jest żywa i w miarę wyczerpująca. Mam wątpliwości, czy w normalnych czasach oświeceni obywatele są politycznie mądrzejsi od tych nieoświeconych, ale nie mam wątpliwości, że są oni niesłychanie potrzebni w czasach trudnych lub kryzysowych.
Po pierwsze politycy muszą się liczyć z głosem społeczeństwa zawsze, ale w okresie kryzysu tym bardziej, skoro obywatele tak masowo dali wyraz swojemu poczuciu państwowości. Po drugie media, zamiast szczuć polityków na siebie, co oczywiście było uważane za bardziej widowiskowe, powinny poczuć odpowiedzialność za formy i język, w jakim prezentują rzeczywistość polityczną. Po trzecie, i nie trzeba czynić badań socjologicznych, żeby zdać sobie z tego sprawę, obywatele sami będą się domagali większej powagi i merytorycznego charakteru nieuniknionych sporów w trakcie kampanii wyborczej. Wskazują na to zresztą doświadczenia Francji, a zwłaszcza Stanów Zjednoczonych, gdzie po kryzysie jakość życia politycznego - na pewien wcale niekrótki czas - uległa zasadniczemu podwyższeniu.
Element powagi tak bardzo przez wielu (nie wszystkich) polityków lekceważony powinien być teraz stale obecny. Demokracje przecież znajdują się w stanie nieustannego umiarkowanego kryzysu, gdyż taka jest ich natura.
Ustrój ten został pomyślany jako władza nas samych nad nami samymi, z czego wynika, że od naszego uczestnictwa w procesach demokratycznych zależy, czy są one naprawdę demokratyczne. A jak wiemy, z tym uczestnictwem z wielu powodów wszędzie na świecie nie jest najlepiej.
Ponieważ demokracje znajdują się zawsze w stanie chwiejnym, w ich strukturę wprowadzono wiele elementów autokorygujących. Jednym z nich jest prawo i procedury, ale - jak się wydaje - znacznie ważniejsze jest to, co można by określić mianem przyzwoitości demokratycznej. Na czym to polega? W zasadzie wiemy doskonale, ale wyliczmy kilka składników tej przyzwoitości: polemiki merytoryczne, a nie personalne, domniemanie dobrych intencji u przeciwnika politycznego, a dzięki temu możliwość prowadzenia autentycznej debaty publicznej (bez domniemania dobrych intencji debata publiczna jest fikcją lub kłótnią), wreszcie zdolność do zawierania kompromisów, bez poczucia, że przy najbliższej możliwej okazji kompromis zostanie unicestwiony. W polskiej polityce tej przyzwoitości dotychczas było bardzo niewiele, a w każdym razie w tej polityce, jaką prezentowały nam media, innej przecież nie znamy. Małym pocieszeniem jest fakt, że z wyjątkiem nielicznych krajów zachodnich (na przykład Niemiec) brak takiej przyzwoitości stał się zjawiskiem powszechnym.
Reakcja na kryzys powinna być próbą przywrócenia tej przyzwoitości i to jest zadanie dla polityków, mediów i pośrednio dla nas wszystkich. Nie bardzo wierzę w nadzieje, jakie teraz są często rozbudzane, a jakie dotyczą tego, że w Polsce dojdzie do moralnego i politycznego katharsis. Takie cuda się nie zdarzają. Natomiast znacznie większa jest szansa na przywrócenie częściowej choćby przyzwoitości demokratycznej. Bez tego nie ma dobrego wyjścia ze stanu złego i kryzysowego.
Siłą demokracji są bowiem nie politycy, lecz obywatele. Brzmi to banalnie, ale wcale nie jest banalne, jeżeli sięgniemy po propozycje, jakie we współczesnej myśli politycznej są coraz częściej rozważane. Jakie to propozycje? Przede wszystkim pomysły zwolenników tego, co jest określane mianem demokracji deliberatywnej. Chodzi o to, żeby decyzje, które nie mają czysto prawnego charakteru, ale także dotyczą obyczajowości, moralności i poglądów obywateli, były podejmowane w rezultacie debaty specjalnie powoływanych ciał, składających się nie tylko, a nawet nie przede wszystkim z polityków i ekspertów. Dotyczy to na przykład tego, jakie lekarstwa powinny być refundowane, jak powinien wyglądać program szkolny, jak rozwiązać spory moralne, które nie mogą zakończyć się bezapelacyjnym zwycięstwem jednej strony (problem aborcji czy in vitro). Demokracja deliberatywna nie może naturalnie dotyczyć wszystkich spraw państwowych, ale - wbrew pozorom - bardzo wielu, łącznie z takimi jak angażowanie wojsk poza granicami kraju. Demokracja deliberatywna zakłada, że politycy nie mają patentu na mądrość, że w demokracji patent ten posiadają zaangażowani obywatele. Oczywiście obywatele mogą zrezygnować z udziału w debacie czy deliberacji, ale mają pełne prawo równego w niej uczestniczenia. Od polityków zaś należy oczekiwać, by stworzyli okoliczności, które umożliwią nam uczestnictwo w przyzwoitym życiu publicznym. W tym sensie czas trudny i kryzysowy stwarza okazję do naprawienia lub chociażby skorygowania stylu uprawiania polityki. A od stylu przecież wszystko zależy.
@RY1@i02/2010/074/i02.2010.074.000.0015.001.jpg@RY2@
Fot. Corbis/FotoChannels
Silne rządy Margaret Thatcher zaprowadziły porządek w Wielkiej Brytanii przeżywającej głęboki kryzys w latach 70.
Marcin Król
Autor jest filozofem i historykiem idei
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu