Vancouver to była nasza najlepsza olimpijska zima
38 lat polscy kibice czekali na drugi, po Wojciecha Fortuny, złoty medal zimowych igrzysk olimpijskich. W sobotę marzenia te spełniła Justyna Kowalczyk.
- Strasznie się cieszę. Cieszę się, że sprawiłam wszystkim kibicom tyle radości i że dzięki mnie teraz w wielu domach trwa świętowanie - mówiła polska multimedalistka.
Kowalczyk, dzięki złotemu medalowi wywalczonemu w Whistler, zajmuje piąte miejsce w klasyfikacji multimedalistów olimpijskich, zarówno z igrzysk letnich, jak i zimowych. Biegaczkę z Kasiny Wielkiej, która ma w dorobku złoto, srebro i dwa brązowe krążki, wyprzedzają lekkoatletka Irena Szewińska (7 medali), szermierz Jerzy Pawłowki (5), chodziarz Robert Korzeniowski (4) i nieżyjący już mistrz floretu Witold Woyda (4). A ona wciąż jest głodna sukcesów.
- Niestety będziecie musieli się ze mną jeszcze pomęczyć - powiedziała z przekąsem polska narciarka.
27-latka z Kasiny Wielkiej w swojej karierze osiągnęła praktycznie wszystko, ma złoto olimpijskie, jest podwójną mistrzynią świata, tuż przed igrzyskami triumfowała w morderczym cyklu Tour de Ski, a w poprzednim sezonie sięgnęła po Kryształową Kulę za zwycięstwo w klasyfikacji generalnej. Za miesiąc dorzuci pewnie kolejną. Druga w klasyfikacji Petra Majdić po upadku w Vancouver najprawdopodobniej nie wróci już na trasy. A przewaga Polki nad trzecią Finką Aino-Kaisą Saarinen to 586 punktów.
- Myślę, że ten medal dla mojej dalszej kariery nie będzie miał znaczenia. Jestem już mistrzynią świata, miałam już wszystko, co chciałam w biegach narciarskich mieć, więc będę teraz dalej trenować i zobaczę, co z tego wyniknie. Motywacji mi nie zabraknie. Mam taki charakter, że raczej analizuję wszystko w kategoriach "trzeba coś zrobić, i koniec" - zapewniła. A więc w Falun po prostu Kryształowa Kula musi być, i koniec...
Wspaniałych sukcesów by nie było, gdyby nie współpraca z Aleksandrem Wierietielnym. Białorusin z pochodzenia, urodzony w Finlandii w obozie przejściowym, który od 1991 r. ma polskie obywatelstwo, odkrył talent Polki w 2000 r. - Czy była wyjątkowa? Inne nie były po prostu w stanie wytrzymać morderczego treningu - mówił później o swojej podopiecznej.
Do Soczi raczej się to nie zmieni. Ten znakomity duet, który na przygotowania do igrzysk w Vancouver otrzymał dodatkowy 1 mln zł, już myśli o przyszłorocznych mistrzostwach świata w Oslo. W jaskini lwa chcą się bowiem zrewanżować m.in. Marit Bjoergen za porażki w sprincie i biegu łączonym.
Nie ulega wątpliwości, że to dzięki Kowalczyk i Małyszowi igrzyska w Vancouver, okazały się najlepsze w historii. Na 14 zdobytych medali 6 wywalczono w Kanadzie. Trzy z nich dzięki Justynie. - Ten złoty medal przyćmiewa wszystko, te niepowodzenia wcześniejsze w niektórych dyscyplinach. Gdybym dziś miał wystawiać ocenę, postawiłbym całej reprezentacji piątkę. W sześciostopniowej skali - mówił Piotr Nurowski, prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego.
Igrzyska w Vancouver za nami. Dla Polski cudowne, wspaniałe, niepowtarzalne. Wszak sześć medali to rekord wszech czasów. Od oczekiwanego złota Justyny Kowalczyk na 30 km do największej brązowej niespodzianki panczenistek. A przecież było jeszcze napawające nadzieją na przyszłość piąte i siódme miejsce młodych biatlonistek, ósme saneczkarki czy szóste sztafety biegaczek.
To wszystko tchnie optymizmem przed kolejnymi IO w Soczi, ale jak to zwykle bywa w Polsce, po każdym sukcesie popadamy w niebezpieczną skrajność. Zaglądanie w oczy Adama Małysza i powszechne pytanie, czy ma ochotę na start (w domyśle walkę o medale) w 2014 w Rosji, ma wymiar groteskowy. Jeszcze bardziej zabawne jest takież samo zamęczanie Tomasza Sikory, który pewnie marzy teraz tylko o spokoju,a nie o deklaracjach na zupełnie abstrakcyjną w jego przypadku przyszłość.
Wszystkie te bzdury mają początek w zjawisku, które przeżyliśmy przed Vancouver. Spore grono dziennikarzy, wiedzione bogoojczyźnianą pokusą, skalkulowało na papierze nasze szanse i wyszło im, że w Kanadzie wypadniemy lepiej niż w Pekinie. Kowalczyk miała zdobyć cztery złote medale, Małysz dwa, a Sikora co najmniej jeszcze jeden cenny krążek. Wyszło inaczej, dlatego nasi dzielni propagandziści przystąpili już ochoczo do opisywania szans na Soczi.
I to jest prawdziwa choroba, bo przecież teraz chodzi głównie o to, aby racjonalnie ocenić Vancouver, zachowując to, co najlepsze, i budując na tym ostrożne nadzieje na przyszłość. Kardynalna sprawa to uporządkowanie spraw szkoleniowych i organizacyjnych. Jeśli słyszę zewsząd, że dalszy los trenerów Wieretelnego, Bonadruka czy Biłowej w pracy z polskimi zawodnikami jest niepewny, to pytam, skąd mają się wziąć nasze sukcesy w przyszłości.
Wszystko to spadnie na coraz bardziej siwą od zmartwień głowę Piotra Nurowskiego. Pomimo to szef PKOl i tak może uważać się za człowieka bardzo szczęśliwego. Za jego prezesury Polska tylko w Turynie i Vancouver zdobyła na zimowych IO więcej medali niż wszystkie razem wzięte w ciągu poprzednich pięćdziesięciu lat. Dlatego od jego spokoju i roztropności zależeć będzie przede wszystkim, z kim i po co pojedziemy do Soczi. A worek lodu na głowę, szczęśliwą od niespodziewanej radości, przyda się teraz wszystkim. Bez wyjątku.
@RY1@i02/2010/041/i02.2010.041.000.019a.001.jpg@RY2@
Fot. M. Biczyk/Newspixpl
Marian Kmita, dyrektor sportu w Polsacie
Marta Pytkowska
marta.pytkowska@infor.pl
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu