Nie pchajmy się tam, gdzie nas nie chcą
Można oczywiście załamywać ręce, że Jacek Rostowski nie wziął udziału w posiedzeniu Eurogrupy. Ale nie dramatyzujmy, że strefa postawiła szlaban na obecność ministra finansów z Polski, kraju, który bądź co bądź ma zaszczyt przewodzić Unii Europejskiej. Kontrowersje dotyczące zaproszenia Rostowskiego dowodzą raczej stopnia emocji w samej Eurogrupie i podziałów, do jakich doszło wśród państw tej strefy.
Nie czarujmy się również, że obecność polskiego ministra finansów miałaby jakiekolwiek większe znaczenie zarówno dla strefy euro, jak i dla Polski. Owszem, polski rząd byłby być może nieco lepiej zorientowany w skali problemów czy pomysłach na uspokojenie sytuacji. Ale na decyzje tak czy inaczej nie miałby żadnego wpływu.
W dodatku trudno oprzeć się wrażeniu, że Rostowski zrobił słusznie, rezygnując z zaproszenia na spotkanie. Niech się rodzina przestanie kłócić między sobą, wtedy pogadamy. Ale jest też coś więcej. Kryzys strefy euro ma rzecz jasna duży wpływ na kondycję gospodarczą Polski. Ale z drugiej strony nie odpowiadamy za niego w najmniejszym stopniu, a mimo wszelkich polskich słabości takie rzeczy, do jakich strefa euro dopuściła w Grecji, w Polsce byłyby po prostu nie do pomyślenia.
Może więc lepiej nie iść tam, gdzie nie za bardzo nas chcą? Może lepiej z dystansem poobserwować to, co się dzieje w strefie euro, dając przy tym do zrozumienia, że my należymy do innej, zdrowszej ligi? Zwłaszcza że o konkretnych, kolejnych posunięciach Eurostrefy i tak nie wiadomo zbyt wiele, poza tym że będą niesłychanie kosztowne.
@RY1@i02/2011/133/i02.2011.133.000.002f.001.jpg@RY2@
Marcin Piasecki
Marcin Piasecki
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu