Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Powrót do szkoły Duracza, czyli nauka prawa w zarysie

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 9 minut

Od lat obserwujemy ciągłe psucie prawa. Wynika to w głównej mierze z modelu tworzenia uregulowań prawnych w Polsce. Niestety, optymistycznie nie nastrajają też pojawiające się nowe pomysły na kształcenie prawników

Mitem jest to, że prawo tworzą prawnicy. To nie oni kształtują normy. Czynią to politycy. Niestety będący wśród nich prawnicy zapominają o swoim wykształceniu i po prostu realizują się w zawodzie polityka. Przykłady złego, niechlujnego prawa można by mnożyć. Nie pomagają tu komisje kodyfikacyjne prawa cywilnego czy karnego. Nie pomoże też nowa Komisja Kodyfikacyjna Prawa Budowlanego. Znikające przepisy, pojawiające się w sposób nieplanowy i bez kontroli ("lub czasopisma") muszą budzić u laików co najmniej zdziwienie. Tymczasem "wrzutkowe" zmiany przepisów polegające na próbie rozwiązania jednego problemu (często praktycznego) bez uwzględnienia już istniejących regulacji stały się politycznym standardem i sposobem przypodobania się wyborcom.

Oczywiście wszystkie uogólnienia mogą prowadzić również do błędnych wniosków, ale pojawiają się trendy, które są niebezpieczne. Co więcej, moim zdaniem ich odrzucenie nie powinno budzić żadnych wątpliwości. Jeden z nich dotyczy wprowadzenia nowego modelu kształcenia prawników w Polsce.

Jestem przekonany, że poziom studiów prawniczych co roku się obniża. Ma to wiele przyczyn, począwszy od rezygnacji z systemu weryfikacji wiedzy potencjalnego adepta studiów prawniczych i oparcia się tylko na wynikach matur, a na programach studiów skończywszy. To nieprawda, że wydziały prawa mogą kształtować programy studiów zgodnie ze swoją wolą. Proces unifikacji i narzucanie uczelniom niezrozumiałych standardów kształcenia powodowały, że studia prawnicze były i są zależne w dużej mierze od urzędników. Jednak mylą się ci, którzy twierdzą, że wydziały prawa nie były i nie są bez grzechu. Wprowadzenie ogromnej liczby przedmiotów mających marginalne znaczenie dla wykształcenia prawnika z jednoczesnym ograniczeniem liczby godzin dla kanonów wiedzy prawniczej doprowadziło do tego, że wiedza absolwentów prawa jest niezadowalająca. Winę ponoszą też wykładowcy, którzy zamiast rzetelnie egzekwować wiedzę, ścigają się w różnego rodzaju konkursach piękności, tak aby przypodobać się studentom. Niektóre z tych zjawisk ma zlikwidować znowelizowana ustawa o szkolnictwie wyższym.

Większa swoboda dla wydziałów prawa w kształceniu studentów może się jednak okazać tragiczna w skutkach. Pierwsze oznaki liberalizacji już można dostrzec w dyskusji o modelu kształcenia przyszłych prawników. Prawo m.in. obok medycyny nie podlegało do tej pory systemowi bolońskiemu i podziałowi na studia I i II stopnia. Od zawsze obowiązywała formuła jednolitych studiów magisterskich i bardzo dobrze. Niestety pojawiły się już koncepcje odejścia od kształcenia w takim systemie i zaoferowanie studentom modelu 3 + 2. Może byłby to jakiś pomysł, lecz najpierw należy zmienić przepisy, a także dostosować do nowego modelu - studiów licencjackich i magisterskich - rynek usług prawniczych. Gdyby udało się wyodrębnić zawody wymagające jedynie tytułu licencjata oraz te, do których wykonywania konieczne jest magisterium, być może problem naboru na aplikacje przestałby istnieć. Gdyby założyć, że nie wszyscy studenci prawa mają być magistrami, a licencjat w rzeczywistości dawałby określone uprawnienia, to w porządku. Jednak bez dostosowania prawniczego rynku pracy do systemu bolońskiego wszyscy młodzi ludzie zostaną skazani na studiowanie na studiach uzupełniających. Po co więc odchodzić od przyjętego i sprawdzonego modelu kształcenia, tj. studiów jednolitych?

Tymczasem poza pomysłem wprowadzenia systemu 3 + 2, pojawiły się jeszcze bardziej horrendalne propozycje. Mianowicie możliwość uzyskania tytułu magistra prawa na studiach niestacjonarnych, uzupełniających, po trzyletnich studiach, które z prawem nie mają nic wspólnego. Propozycja wykształcenia magistra prawa po licencjacie z geografii, socjologii, ekonomii, rachunkowości, matematyki, filologii, biologii, chemii, AWF itp.(patrz teksty Pauliny Bąk, dodatek DGP Prawnik z 22 sierpnia 2012 r., str. 4-5, i Jakuba Steliny "Rzeczpospolita" z 8 listopada 2012 r., s. C-7) to nic innego jak zabijanie zawodu prawnika.

Już obecny ogląd społeczny związany z tworzeniem prawa nie jest dla prawników korzystny. Ale jeżeli zechcemy mieć adwokatów, radców, sędziów czy prokuratorów etc., którzy nie będą studiować prawa, tylko chemię czy geografię, i na dodatek będziemy używać frazesów, że "ich wiedza będzie większa", że "będą oni mieli szersze spojrzenie na wiele problemów", to pogódźmy się z tym, że zawód prawnika zniknie. Przynajmniej w kształcie takim, jak ja go sobie wyobrażam. Natomiast odwoływanie się do wyzwań XXI wieku czy też modelu studiów w USA jest po prostu demagogią, służącą nie tylko psuciu prawa (ono też zostanie zupełnie popsute), lecz również tworzeniu nowego zawodu na wzór chłoporobotnika.

Oczywiście filologoprawnik, psychologoprawnik czy nawet gimnastykoprawnik mieliby pewnie ponadstandardową wiedzę. Jednak osoby, która tylko w zarysie uczyła się prawa (bo przecież go nie studiowała), nie można określić mianem prawnika. Co prawda osobiście spotkałem prawników lekarzy, matematyków, a nawet muzyków. Jednak chcę podkreślić, że wszyscy skończyli studia prawnicze w normalnym, 5-letnim trybie.

Zamiast uzasadniać jakieś kosmiczne koncepcje nowego sposobu dochodzenia do zawodu prawnika, może lepiej odwoływać się do krajów naszej kultury prawnej, np. Niemiec. I c o się okazuje? Otóż nie ma żadnych argumentów uzasadniających stwierdzenie, że studia uzupełniające (nawet 3-, a nie 2-letnie) są lepsze od jednolitych studiów magisterskich. Powiem więcej, nie ma żadnych podstaw do twierdzenia, że będą one tak samo dobre jak jednolite studia 5-letnie.

Niestety zamiast poszukiwać modelu kształcenia prawników, który byłby oparty na rzeczywistej wiedzy, proponuje się nam powrót do szkoły Teodora Duracza. Co prawda propozycje przyspieszonego kursu dla prawników po innych niż prawnicze studiach licencjackich nie są tak daleko idące, jak te z Centralnej Szkoły Prawniczej Ministerstwa Sprawiedliwości w latach 40. ubiegłego wieku, jednak skojarzenia mogą wystąpić.

Ja osobiście w takich nowych, duraczowskich szkołach nie chciałbym uczyć. Jeżeli do tego wszystkiego dodamy reformatorskie zapędy deregulacyjne, które prowadzą do tego, że usługi prawnicze będą świadczone przez magistrów prawa bez aplikacji, to w połączeniu z koncepcją filozofa-prawnika, możemy być pewni, że szkody dozna wiele osób. Nikomu jakoś nie przychodzi do głowy, by pacjentów leczyli wszyscy chętni. Tak jak nikomu nie przychodzi do głowy, aby system boloński zastosować przy studiowaniu medycyny.

Opanowanie rozległej wiedzy prawniczej wymaga nie poziomu uzupełniających studiów prawniczych, ale pogłębionej wiedzy, wysokich kwalifikacji. I to tego oczekuje od nas rynek w XXI wieku.

@RY1@i02/2012/241/i02.2012.241.07000070b.802.jpg@RY2@

prof. zw.dr hab. Andrzej Kidyba, kierownik Katedry Prawa Gospodarczego i Handlowego UMCS w Lublinie

prof. zw.dr hab. Andrzej Kidyba

kierownik Katedry Prawa Gospodarczego i Handlowego UMCS w Lublinie

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.