Najłatwiej oszczędzać na ludziach. Do czasu
Od trzech lat produktywność, czyli po prostu wydajność, rośnie w Polsce szybciej niż koszty pracy, czyli m.in. nasze zarobki. Według Eurostatu produktywność w przeliczeniu na osobę pełnozatrudnioną w 2010 r. wzrosła o 3,5 proc., rok później o 3,3 proc. Znaczy to, że płace w pewnym przynajmniej stopniu amortyzują pracodawcom skutki kryzysu, rosną bowiem wolniej niż zyski wynikające ze wzrostu naszej produktywności. Szybszy wzrost wydajności niekoniecznie jest jednak naszą zasługą, nie musi bowiem oznaczać, żeśmy się więcej napracowali. Na pewno - z lepszym efektem.
Niebagatelny wpływ na nią ma poprawa organizacji pracy, zastosowanie nowych technologii, a także inwestowanie w kompetencje ludzi. To pozwala przypuszczać, że tempo wzrostu płac w Polsce w ciągu najbliższej dekady będzie nieco wyprzedzać wzrost zarobków w krajach starej Unii.
Na powrót do czasów tuż po wstąpieniu do UE nie ma jednak co liczyć. Koszty pracy w polskich przedsiębiorstwach rosły wtedy w tempie 6 proc. rocznie. Gospodarka się rozwijała, przedsiębiorstwa korzystały z otwartego unijnego rynku, a my liczyliśmy, kiedy wreszcie nasze zarobki dogonią stawki w Europie Zachodniej. I żądaliśmy więcej, bo jak nie, to zmienimy pracodawcę. Firmy zaczęły doceniać kompetentnych ludzi. Rosła presja na podwyżki, ale mimo to dziś koszty pracy w naszym kraju znajdują się w dolnej strefie unijnych stanów niskich. To ciągle, niestety, główne źródło naszej konkurencyjności.
Niskim płacom zawdzięczamy to, że tak bardzo rozwinął się przemysł motoryzacyjny i spożywczy. W krajach zachodnich produkcja dawno przestała się opłacać. Żeby nie zaczęto fabryk zamykać także w Polsce, tempo wzrostu wydajności na trwałe musi być szybsze niż wzrost płac. Prawda jest brutalna. Globalizacja, czyli łatwa możliwość sprowadzenia z innego zakątka świata prawie wszystkiego za bardzo niską cenę, spowodowała, że albo zarabiać będziemy o wiele mniej, niż byśmy chcieli, albo wcale. Najdotkliwiej zostali uderzeni po kieszeni ci, którzy produkują.
Wiedzą to właściciele firm, ale zdają sobie z tego sprawę także ich pracownicy. Dlatego bez większych strajków i protestów (które i tak byłyby nieskuteczne) zaakceptowaliśmy zarobkową stagnację trwającą przez ostatnie trzy lata. A są przecież branże, gdzie płace lecą w dół, jak media czy budownictwo.
Kiedy trend się odwróci? Wtedy, kiedy przedsiębiorcy przestaną się bać niepewnych czasów i zaczną inwestować, a banki będą im na te inwestycje udzielać niedrogich kredytów. Załóżmy, że pierwszy warunek się spełni i za kilka miesięcy Unia najgorsze będzie miała za sobą. Gorzej z warunkiem drugim. Analitycy z BGŻ uważają, że nawet wtedy różnica w stopach procentowych między Polską a krajami UE będzie się utrzymywała na wyższym poziomie niż przed kryzysem. Czyli kredyty w naszym kraju będą jeszcze droższe, co do inwestycji może przedsiębiorców skutecznie zniechęcać.
Z trzech powodów. Po pierwsze Polska jest importerem kapitału, własnego nam brakuje. A od kryzysu, czyli od 2008 r. sytuacja się jeszcze pogarsza, w podobnym tempie jak relacja krajowych oszczędności do PKB. Nigdy nie oszczędzaliśmy dużo, ale sporą część tego, co odłożyliśmy, w ostatnich latach wyjęliśmy z powrotem. Na wyższy koszt kredytu w naszym kraju ma także wpływ wyższa inflacja. Jego cena będzie też konsekwencją większego ryzyka kredytowego, bankowe portfele złych długów niepokojąco puchną. I kolejny powód - z powodu zmian regulacyjnych (tak zwana Bazylea III) zaostrzających bankom wymogi kapitałowe globalna dostępność kredytów także zmaleje. Większa stabilność instytucji finansowych też musi kosztować.
Wśród tych wszystkich złych wiadomości prześwituje jednak światełko w tunelu. Analitycy twierdzą, że powoli zmierzamy w stronę... rynku pracownika. Skoro - jak zapewnia GUS - do 2020 r. liczba osób w wieku produkcyjnym zmniejszy się aż o 2 mln, to mniejsza ilość towaru, jakim jest siła robocza, także musi wpłynąć na jego cenę. Płace coraz trudniej będzie utrzymać na smyczy.
@RY1@i02/2012/237/i02.2012.237.18300080d.802.jpg@RY2@
Joanna Solska publicystka tygodnika "Polityka"
Joanna Solska
publicystka tygodnika "Polityka"
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu