Gabinety lekarskie jak alkowa - mają tajemnice
Skarbówka wystąpiła niedawno do samorządu lekarskiego z pytaniem o granice tajemnicy lekarskiej. Pytanie było czysto teoretyczne, ale zawierało w sobie niepokojące intencje, których tylko można się domyślać. Dla fiskusa medyczne kartoteki to istna kopalnia wiadomości. Przecież w prywatnych gabinetach i klinikach Polacy zostawiają rocznie 30 mld zł. Pokusa, żeby skontrolować przepływ tych pieniędzy, jest więc ogromna. Wykaz pacjentów tylko jednej renomowanej kliniki mógłby dostarczyć pracy niejednemu urzędowi skarbowemu na wiele miesięcy. Na jej podstawie można skontrolować zasobność portfela właściciela, zatrudnionych lekarzy, ale także samych chorych. Czyli trzy w jednym. Lekarze na pytanie fiskusa zareagowali więc bardzo stanowczo. Już samo jego zadanie odczytali jako zaproszenie do donosicielstwa.
I trudno nie przyznać im racji. Tym razem państwo poszło o jeden krok za daleko. Kontakt pacjenta z lekarzem nie jest zwykłą relacją sprzedawcy usługi i kupującego. Wszystko, czego medyk dowiaduje się o chorym podczas kuracji, musi zatrzymać dla siebie. I nie dotyczy to tylko informacji o stanie zdrowia.
Pacjent musi mieć pewność, że wiedza o jego schorzeniach, problemach rodzinnych czy nowym samochodzie, którymi dzieli się z zaufanym lekarzem, nie wykroczy poza ściany jego gabinetu.
Tym bardziej że o wiedzę lekarza o chorych już zabiegają firmy farmaceutyczne czy towarzystwa ubezpieczeniowe. Idąc za przykładem skarbówki, w kolejce mogą ustawiać się następni - banki, które udzielają kredytów, czy pracodawcy, którzy nie lubią chorujących pracowników.
@RY1@i02/2012/234/i02.2012.234.183000600.802.jpg@RY2@
Beata Lisowska dziennikarz działu praca
Beata Lisowska
dziennikarz działu praca
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu