Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Siedź w kącie, a (nie) znajdą cię

27 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 28 minut

W moich czasach troskliwe mamusie przestrzegały córeczki, aby "się nie pchać" do pierwszych rzędów, grzecznie siedzieć tam, gdzie ich miejsce, bo i nie warto, i nie trzeba. Kto będzie chciał, poszuka ich i sam znajdzie

Czasy się zmieniają, stare prawdy wietrzeją i z czasem ujawniają własną, istniejącą - od zawsze - beznadziejną nieskuteczność. Bo siedzenie w kącie nie jest dobre. To skazywanie się na społeczny niebyt. Bo czego nie widać, nie słychać i o czym się nie wie, tego po prostu nie ma. To nie istnieje dla innych. Oczywiście chodzi o nieistnienie nie w sensie ontologicznym, ale społecznym. Skoro nikt tego "czegoś" nie zna, to o tym "czymś" się nie dyskutuje, to "coś" nie bierze udziału, niezależnie od tego, w czym i na czym ów udział miałby polegać.

Na przykład w kulturze. Muzyka Bacha niewykonywana przez sto lat po śmierci swego twórcy nie istniała (dla trzech pokoleń) - póki po latach kompletnego zapomnienia Mendelssohn wykonaniem Pasji Mateuszowej nie doprowadził do renesansu dzieł kantora z Lipska. W latach 60. polski muzykolog odnalazł nuty jednej z zaginionych oper Domenico Scarlattiego, "Tetyda na Skryros", nieistniejącej (bo zaginęła) przez dwa wieki. Podobno gdzieś istnieje piąta z "Czterech ostatnich pieśni" Ryszarda Straussa, a wokół rzekomego zaginionego dzieła Arystotelesa Umberto Ecco osnuł intrygę swojej książki "Imię Róży". O skarbach zaginionej Biblioteki Aleksandryjskiej, choć kiedyś tworzyły one kanon kultury, dziś krążą tylko legendy. Te wszystkie byty nieistniejące, rzekome czy utracone, mają cechę wspólną - nic nie wiadomo o ich wyglądzie, treści czy postaci. Przypuszczenia, że jednak te byty gdzieś istnieją i mogą być odkryte, a także o tym, jakie one są lub były - mogą miło ekscytować społeczną wyobraźnię. Ale jak ktoś siedzi w kącie i czeka cichutko, to raczej nie ekscytuje tym nikogo. Bo jak? Gorzej też, gdy do tej kategorii awansują byty, które powinny być dostępne i kształtować opinię społeczną.

Jawność postępowań i orzeczeń (sądowych i dyscyplinarnych) ma ogromny edukacyjny walor. Tym sposobem orzeczenia istnieją także dla kogoś innego niż tylko strony postępowania. A to ważne. Pamiętam jeszcze czasy, gdy tylko nieznaczna część wyroków SN czy NSA była publikowana. Do innych trudno było dotrzeć, a nawet dowiedzieć się, że w ogóle istnieją. Orzeczenia do publikacji kwalifikowano i wybierano, dbając, aby były to takie, jakimi chciano podzielić się z ewentualnymi glosatorami i szerszą publicznością. Dziś i same sądy stały się znacznie bardziej otwarte, i publiczność bardziej wymagająca. Ograniczanie dostępu do wyroków sądowych obecnie nie jest raczej wywołane tym, że chodzi o ich ukrycie, lecz raczej okolicznością, że informacja (dzisiaj także o wyrokach) ma wartość handlową. Dlatego niedawno NSA orzekał (zresztą przychylnie dla zasady dostępności - I OSK 903/12) w sprawie ograniczenia przez SN możliwości korzystania z jego baz danych poprzez zawarcie umowy (rozumiem, że nie nieodpłatnej) z jakimś wydawnictwem.

Dobrze, że oczekiwanie transparentności obejmuje i te sfery wymiaru sprawiedliwości, bo przecież informacja o treści rozstrzygnięć ma ogromne znaczenie dla kultury prawnej, dla zrozumienia zasad funkcjonowania prawa i sądów (przez publiczność i media), dla społecznej kontroli nad trzecią władzą, dla samoświadomości oraz odpowiedzialności sądów i sędziów. Z tego punktu widzenia czeka na zakończenie kampania na rzecz likwidacji tajności postępowań dyscyplinarnych (choć tu już zrobiono kilka kroków w dobrym kierunku). A przecież jeśli narzeka się (słusznie!) na tabloidyzację mediów, to dlatego że hałaśliwemu opisowi różnych zdarzeń, nieraz głośnych i bulwersujących, nie towarzyszy dalszy ciąg, rzetelniejsza i bardziej świadoma ocena z punktu widzenia odpowiedzialności, jakie to zdarzenie powoduje. Ulubione pytanie: "Kto zawinił: człowiek czy system?" - wisi w powietrzu, jeśli brak informacji o ewentualnych konsekwencjach. I jeśli nie można dlatego ocenić, czy winowajcom się po prostu upiekło, czy konsekwencje były sensowne i proporcjonalne, czy też chodziło tylko o znalezienie kozła ofiarnego.

Obok postępowań dyscyplinarnych intryguje mnie od lat problem (tak! bo to jest problem) praktyki sądowej uzewnętrzniającej się w postanowieniach zapadających na posiedzeniach niejawnych. To pokaźny fragment orzecznictwa. Te wszystkie postanowienia o niedopuszczalności drogi sądowej, odrzuceniach i zwrotach wniosków i pism, odmowie wyłączenia sędziego, odmowie przywrócenia terminu - dotykają istoty prawa do sądu, jego efektywności. Oczywiście są to postanowienia poddane rygorom formalnym, są doręczane zainteresowanym i zaskarżalne, a więc instancyjnie kontrolowane. Gdzież więc problem?

Otóż postanowienia z "niejawnego" - w przeciwieństwie do wyroków - nie mają szans na wejście do dyskursu prawniczego. Nie są publikowane. Nie interesują komentatorów, nie są przedmiotem glos i analiz. W konsekwencji przepisy, na których podstawie zapadają, interpretacja, jakiej te przepisy są poddawane przez korzystające z nich sądy, nigdy nie wychodzą poza krąg zainteresowanych konkretną sprawą. Tylko bowiem od orzekającego w danej sprawie sądu zależy odczytanie przepisu czy konkretnego zwrotu, a trafność tego odczytania nie podlega kontroli czy krytyce innych podmiotów (np. doktryny prawa).

W związku z tym następuje dekoncentracja praktyki na poszczególne składy. Ta praktyka nie bywa przedmiotem szerszych uogólnień - ani samego sądownictwa, ani analityków czy to zainteresowanych polityką stosowania prawa, czy prawidłowością kształtowania się wykładni. Jeżeli ktoś chciałby np. coś wiedzieć o zwolnieniach od kosztów sądowych w przekroju krajowo-geograficznym, czy praktyka jest tu w miarę jednolita, czy nie - nie znajdzie na to odpowiedzi. To samo gdyby przedmiotem zainteresowania były np. kwestie zabezpieczeń powództwa albo wstrzymania wykonalności ostatecznych decyzji administracyjnych na czas trwania kontrolnego postępowania sądowo-administracyjnego. Analiza i ocena prawidłowości interpretacji przepisów wykorzystywanych jako prawna podstawa orzeczeń zapadłych na sądowych postępowaniach niejawnych jest trudna z prozaicznego powodu - nie ma jak dotrzeć do przedmiotu oceny, czy to w przekroju pojedynczego sądu, czy w bardziej złożonych konfiguracjach. Trzeba byłoby się bowiem przekopać przez akta poszczególnych spraw. O ile wyroki zawierają lepiej lub gorzej przedstawione stany faktyczne sprawy, co pozwala na choćby wstępną selekcję materiału do dokładniejszych badań aktowych, o tyle wspomniane postanowienia z niejawnego grzeszą szczególną wstrzemięźliwością i schematyzmem.

Postanowienia z niejawnego bywają w ogólności marnie uzasadniane. Skąd wiem? Ano z doświadczenia. Bo chociaż nie mogę podeprzeć się statystyką, to przecież przez całe lata zdarzało mi się stykać, postanowieniami z niejawnego, uzasadnianym wedle schematu, gdzie najpierw przytacza się przepis formułujący abstrakcyjnie jakąś kwestię, następnie się informuje, iż strona wnosi o zastosowanie względem niej możliwości stwarzanej przez ten przepis, a wreszcie konstatuje, że wobec braku przewidzianych przesłanek sąd postanawia ów wniosek oddalić. Brak subsumpcji, brak podania zindywidualizowanych okoliczności sprawy czy analizy sytuacyjnej - to podstawowe grzechy takich uzasadnień. W konsekwencji - ponieważ chodzi o kwestie ocenne i w sporej mierze uznaniowe, ta maniera motywacyjna niweczy możliwość wypracowania jakichś bliższych kryteriów czy uogólnionych zasad praktyki. Bardziej świadome działania interpretacyjne wobec tekstu, nawet jeśli są podejmowane w sprawach tego typu, po prostu giną niedostrzeżone.

W takiej sytuacji inni sędziowie - w skali wydziału, sądu, apelacji, kraju - nie są w stanie zapoznać się z praktyką kolegów i nie mają szans na skorygowanie własnych nawyków czy postaw. Dodajmy, że przepisy tworzące reżim prawny dla rozstrzygnięć zapadających w ramach postępowań niejawnych rzadko kiedy (w każdym razie z pewnością rzadziej niż przepisy tworzące prawną podstawę wyroku) mają szanse na to, aby stać się podstawą zabiegów interpretacyjnych np. Sądu Najwyższego. W rezultacie utrwalone błędne praktyki i interpretacje mogą tu czuć się bezpiecznie. Spektakularnego przykładu dostarczają sprawy, w których sądy powszechne en masse uznawały brak własnej kognicji w sporach dotyczących kościelnej Komisji Majątkowej (także wówczas gdy chodziło o ochronę praw osób trzecich, np. dzierżawców). Orzekane na wyrost postanowienia o braku drogi sądowej nie miały szans dojścia do SN (inna sprawa, czy sąd ten byłby szczęśliwy, gdyby te szanse były większe). To wszystko prowadziło do systemowej niemożliwości ukształtowania normalnymi kanałami wykładni wyważonej, zobiektywizowanej oraz proporcjonalnie uwzględniającej sporne interesy.

A sytuacja wydalanych z Polski cudzoziemców, którym odmawia się wstrzymania wykonania decyzji w czasie, gdy trwa sądowe postępowanie kontrolne sprawdzające zgodność z prawem decyzji deportacyjnych? Jak właściwie wygląda praktyczna wykładnia stosownych przepisów? Zazwyczaj to tylko (i dopiero) szum medialny wokół indywidualnego wypadku powoduje rewizję stanowiska (czy to organu administracji, czy sądu, który odmówił wstrzymania).

A przywracanie terminów? W sytuacji gdy z jednej strony mamy rozpowszechnione postępowania nakazowe, a z drugiej bardzo ułomną praktykę doręczeniową.

Kiepska wiedza samych sądów o własnej praktyce, o granicach wykładni przepisów, na tle których się kształtuje, nieświadomość doktryny o rzeczywistym stanie rzeczy - to wszystko wynika z okoliczności, że w przeciwieństwie do wyroków postanowienia z niejawnego są bytem niestniejącym w dyskursie prawniczym.

Jak widać, waga problemu jest ogromna. W ramach postanowień z niejawnego, o których tu piszę, rozstrzyga się dostępność do sądu i efektywność prawnej ochrony. Chodzi tu o dobra chronione konstytucyjnie, a także efektywne prawo do sądu, tak jak je rozumie art. 6 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka. Ani jednak konstytucjonaliści, ani obrońcy praw człowieka, ani specjaliści prawa karnego, ani cywilnego, ani proceduraliści nie śledzą postanowień z niejawnego. W konsekwencji nie są one ani analizowane, ani nie są przedmiotem glos i komentarzy krytycznych. Właściwie nie wiadomo, jakie one są. Jak kształtuje się w nich wykładnia stosowanych przepisów? Jakie typowe błędy tu występują? Te postanowienia z racji swej niedostępności i braku zainteresowania są poza ramami konkretnej sprawy, nie istnieją w dyskursie prawniczym.

Zgodnie z art. 2 konstytucji zasada zaufania do państwa i prawa jest jednym z wymogów konstytucyjnego porządku. Musi dbać o to ustawodawca (bo inaczej Trybunał Konstytucyjny będzie miał podstawy do stwierdzenia niekonstytucyjności aktu normatywnego). Muszą o to dbać także pozostałe władze. Wymiar sprawiedliwości na zaufaniu buduje bowiem swoją reputację. Jawność, przejrzystość, poddanie pod społeczny osąd to broń judykatywy w walce o zaufanie. "Nie można również lekceważyć funkcji legitymizacyjnej uzasadnień sądowych. Dokonuje się ona w skali indywidualnej (strony postępowania) oraz skali generalnej (opinia publiczna). Komunikacja racjonalnych rozstrzygnięć sądowych i ich uzasadnień pozwala je łatwiej akceptować, a w konsekwencji w opinii publicznej buduje zaufanie społeczne do władzy (sądowniczej)" - brzmi uzasadnienie wyroku Trybunału Konstytucyjnego w sprawie SK 30/05. Z postanowieniami z niejawnego jest tu jakiś problem: czy to, co zawierają, buduje zaufanie, czy tej budowie przeszkadza? I chyba ani same sądy, ani komentatorzy nie znają odpowiedzi.

Porzekadło "siedź w kącie, a znajdą cię" od dawna nie jest prawdziwe. Za szybko żyjemy, za mało czasu, za dużo się dzieje. I na to nic nie można poradzić. Ale można zrobić coś z tym cichutkim, co siedzi i ma nadzieję, że go znajdą. Właśnie, że nie znajdą. Ktoś musi go z tego kąta wypchnąć. Niech stanie w świetle rampy. Może któryś doktorant?

Ograniczanie dostępu do wyroków sądowych obecnie nie jest raczej wywołane tym, że chodzi o ich ukrycie, lecz okolicznością, że informacja (dzisiaj także o wyrokach) ma wartość handlową

@RY1@i02/2012/192/i02.2012.192.07000060a.803.jpg@RY2@

FOT. AFP/EAST NEWS

Na przestrzeni wieków na społeczny niebyt skazawano tysiące dzieł sztuki czy nauki. Niestety ten sam los spotkał uzasadnienia postanowień zapadających na posiedzeniach niejawnych. Kadr z filmu "Imię Róży"

@RY1@i02/2012/192/i02.2012.192.07000060a.804.jpg@RY2@

Prof. Ewa Łętowska, rzecznik praw obywatelskich w latach 1987 - 1992, sędzia Naczelnego Sądu Administracyjnego w latach 1999 - 2002 i Trybunału Konstytucyjnego w latach 2002 - 2011

prof. Ewa Łętowska

rzecznik praw obywatelskich w latach 1987 - 1992, sędzia Naczelnego Sądu Administracyjnego w latach 1999 - 2002 i Trybunału Konstytucyjnego w latach 2002 - 2011

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.