Mamy problem z rodzicami? Zawsze możemy zrzucić to na dziecko
Zapiszemy córkę do szkoły publicznej - mówi matka. - Nie, do prywatnej - mówi ojciec. Obie strony przerzucają się argumentami, ale wspólnej decyzji nie podejmują. Zbliża się wrzesień. Co teraz? To proste. Pójdą do sądu, ten jednemu z nich ograniczy prawa rodzicielskie, wtedy drugie podejmie decyzję.
Brzmi absurdalnie, prawda? Dlaczego więc tę absurdalną zasadę stosuje się zupełnie poważnie, gdy rodzice się rozwodzą? Na jakiej podstawie sędzia rodzinny podejmuje decyzję o ograniczeniu władzy dla jednego z rodziców, gdy oboje zgodnie nie przedstawią mu planu wychowawczego dziecka? Przecież podstawą do takiej decyzji nie może być fakt, że dorośli nie potrafią się porozumieć. W końcu władza rodzicielska dotyczy relacji rodzic - dziecko, która mimo rozwodu matki i ojca może być wciąż bardzo dobra. A mimo to zostaje ograniczona i przez to bezpowrotnie zniszczona. Skoro problem dotyczy dorosłych, należy pracować nad nimi, a nie nad dzieckiem. Zalecić mediacje, pomóc w wypracowaniu porozumienia.
Sprawa planu wychowawczego to kolejny przykład dobrej idei, która trafiła pod walec niedbałości w stanowieniu prawa. Także braku wrażliwości przy jego stosowaniu. Niestety, dzieje się to nie po raz pierwszy w sądach rodzinnych, choć te powinny być szczególnie wyczulone na konsekwencje swoich decyzji.
Mamy więc finał tej historii. Dziecko pójdzie do szkoły publicznej. Po drugie będzie widywać ojca raz na dwa tygodnie przez trzy godziny. A że po kilku latach ojciec stanie się dla niego obcą osobą? Trudno. Sprawa załatwiona. Bach, pięczątka, zamknięte.
@RY1@i02/2012/168/i02.2012.168.000000200.101.gif@RY2@
Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin redaktor działu Opinie
Katarzyna Skrzydłowska-Kalukin
redaktor działu Opinie
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu