Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Dziecko dwóch matek

27 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 27 minut

Punkt wyznaczający przecięcie dwóch krzyżujących się linii leży na każdej z nich. Ot, takie dziecko dwóch matek. Bieda, gdy obie się do niego przyznają. Konflikt można przeciąć albo wykorzystać. Podstęp Salomona spowodował, że prawdziwa matka ujawniła swój emocjonalny związek z dzieckiem, godząc się raczej go wyrzec, niż dopuścić do jego krzywdy. Pewno jednak byłoby lepiej, aby obie panie działały na rzecz dobra dziecka

Trybunał Konstytucyjny zajmuje się konstytucyjnością samego prawa. Nie ocenia jednak konstytucyjności sądowego stosowania prawa. Polska skarga konstytucyjna nie dopuszcza oceny niekonstytucyjności wyroku, umożliwiając jedynie badanie zgodności z konstytucją przepisów, a więc tego, na czym opiera się sąd, wydając wyrok. To kryterium wyróżniające jest jednak jasne tylko w teorii. Z oczywistych względów sądy - nawet dokonując błędnej konstytucyjnie interpretacji - uznają, że jest ona jedyną i wyłączną, no i oczywiście, że jest ona zgodna z konstytucją. Problem powstaje wówczas, gdy taka trwała, powszechna praktyka sądowa jest - z punktu widzenia oceny konstytucyjności - jednak wadliwa, a sam przepis da się inaczej wyłożyć, tym razem już konstytucyjnie. Pół biedy, gdy takiej krytycznej oceny dokonuje doktryna. Wtedy sądy, jeżeli nie dadzą się przekonać do jej zmiany przez komentatorów działających imperio rationis, mogą trwać przy własnej wadliwej praktyce. Jej ewentualna zmiana wymaga przyznania się do błędu, a sądy tego nie lubią i dlatego nie robią. W związku z czym niekonstytucyjność trwa, mimo że wiadomo o jej istnieniu i mimo że zmiana błędnej praktyki leży w zasięgu ręki samego błądzącego. Kres tej sytuacji może położyć dopiero interwencja ustawodawcy, który bywa - niestety - nierychliwy.

Gdy jednak oceniającym taką utrwaloną, powszechną, powtarzalną niekonstytucyjną praktykę jest Trybunał Konstytucyjny, wtedy powstaje dlań dylemat. Prawo jest "dobre", bo daje się wyłożyć konstytucyjnie. Ale zło tkwi w wyłożeniu prawa. Samo indywidualne rozstrzygnięcie, wyrok nie podlega kontroli ze strony TK. Ale może skoro złe odczytanie przepisu było conditio sine qua non, może należałoby to wyraźnie powiedzieć? Czy też stwierdziwszy, że problem leży w sferze stosowania prawa, kontroler konstytucyjności powinien umyć ręce i uznać, że sprawa po prostu wymyka się jego kompetencjom? Pierwszy wariant - nieprowadzący do bezpośredniej kontroli konstytucyjności indywidualnych rozstrzygnięć - ogranicza jednak swobodę interpretacyjną sądów, wskazuje im, jakie odczytanie prawa jest niekonstytucyjne i nie powinno być aplikowane jako podstawa rozstrzygania. To ograniczenie swobody interpretacyjnej (choć jest to swoboda dokonywania wykładni niezgodnej z konstytucją!) jest przyjmowane przez sądy - delikatnie to nazywając - niechętnie.

Druga strategia minimalizuje zarzewie sporów między trybunałem a sądami. Jednakże prowadzi do paradoksu: im mniej konstytucjonalizmu w myśleniu sądów, im trwalsze ich błędne przekonania o tym, co zgodne, a co niezgodne z konstytucją, tym węższa staje się sfera kontroli konstytucyjności dla organu, który do tej kontroli został powołany.

W polskiej praktyce kontrola konstytucyjności obejmuje sobą przepisy w znaczeniu ukształtowanym przez stałą, utrwaloną i powszechną praktykę interpretacyjną (wyrok TK z 8 maja 2000 r., sygn. SK 22/99, i wiele innych). To prowadzi do pośredniej kontroli niekonstytucyjnego odczytywania przez sądy przepisów, skądinąd dające się odczytać w sposób konstytucyjny. Oczywiście na tym tle dochodzi do konfliktów między trybunałem a sądami. Trybunał bowiem ujawnia, że to, co sądy czasem z pełnym własnym przekonaniem traktowały jako jedyne z możliwych odczytanie przepisów, jest tylko jedną z wielu możliwości interpretacyjnych, i to na dodatek niekonstytucyjną (a nikt nie lubi, jak go przyłapią na braku przenikliwości). Najbardziej znanym przykładem sygnalizowanego tu konfliktu jest spór co do wyroków interpretacyjnych i zakresowych. Trybunał wykorzystuje tę technikę orzekania, aby wyeliminować część (ustaloną i utrwaloną praktyką interpretacyjną) zakresu mieszczącego się w kontrolowanym przepisie, nie eliminując jednak tego ostatniego w całości. Sąd Najwyższy z kolei obecnie otwarcie odmawia honorowania takich wyroków (uchwała SN z 17 grudnia 2009 r., sygn. III PZP 2/09), uznając, że go nie wiążą. Wolność dokonywania wykładni niekonstytucyjnej została uznana za wartą otwartej niesubordynacji względem art. 190 konstytucji.

Przed kilkoma laty, w marcu 2007 r., TK kontrolował art. 559 k.p.c. regulujący krąg podmiotów uprawnionych do wnioskowania o uchylenie ubezwłasnowolnienia. Wśród tych podmiotów nie był wymieniony sam ubezwłasnowolniony, co gruntowała uchwała Izby Cywilnej SN z 14 października 2004 r., sygn. III CZP 37/04. Problem polegał na tym, że oczywiście sam ubezwłasnowolniony mógł pisać do sądu - sygnalizując poprawę swojego stanu zdrowia - a sąd mógł z urzędu, bez niczyjego wniosku, uchylić ubezwłasnowolnienie na podstawie tego samego art. 559 k.p.c. Ewentualne pisma zainteresowanych powinny w takich sytuacjach inicjować działanie sądu ex officio. Przepis był więc w porządku. Problemem było to, że praktyka funkcjonowania ubezwłasnowolnienia i działania z urzędu sądów wykazywała, że sądy, otrzymawszy list ubezwłasnowolnionego, bynajmniej nie traktowały tego jako choćby sygnału do podjęcia sprawy z urzędu. Oczywiście nie przepis art. 559 k.p.c. był temu winien, lecz oportunizm praktyki, nadającej przepisom o ubezwłasnowolnieniu niekonstytucyjny rygoryzm, prowadzący do traktowania per non est udziału osoby, której wolność ograniczano. W uzasadnieniu wyroku TK zawarto informację o praktyce: "(...) w postępowaniu o ubezwłasnowolnienie sądy sporadycznie wysłuchują osób zainteresowanych (16 proc. badanych spraw) i wyzywają świadków (tylko 2 proc. badanych spraw), z zasady powołują też tylko jednego biegłego (98 proc. badanych spraw), a kuratorami ustanawiają pracowników sądów często nieprzygotowanych do pełnienia tej roli (99 proc. badanych spraw)". "(...) Co więcej, ubezwłasnowolnienie często jest nadużywane przez rodziny osób ubezwłasnowolnionych w celu uzyskania korzyści majątkowych lub praktycznie wymuszane przez instytucje państwowe, takie jak Zakład Ubezpieczeń Społecznych czy domy opieki społecznej, które uzyskanie orzeczenia o ubezwłasnowolnieniu traktują jako warunek przyznania świadczeń, np. renty, miejsca w domu opieki".

W konsekwencji Trybunał Konstytucyjny, odrzucając możliwość stwierdzenia, że problem dotyczy praktyki sądowej (co powoduje, że zaskarżony przepis jest konstytucyjny), zdecydował się na wydanie wyroku zakresowego. Uznał, że zaskarżony art. 559 k.p.c. "w zakresie, w jakim nie przyznaje osobie ubezwłasnowolnionej uprawnienia do zgłoszenia wniosku o wszczęcie postępowania o uchylenie lub zmianę ubezwłasnowolnienia", jest niezgodny z konstytucją (z jej przepisami o godności i wolności). Trybunał wydał więc tak nielubiany przez sądy ("trybunał dyskwalifikuje to, czego w przepisie nie ma") negatywny wyrok zakresowy. Czy wywarłby on dobroczynny skutek w praktyce - uwrażliwiając sądy, skłaniając je do zmiany praktyki (trwającej od 1969 r.!) - tego nie wiadomo. Rychło bowiem po wydaniu wyroku TK, jeszcze w maju 2007 r., zmieniono przepisy o procedurze ubezwłasnowolnienia, przyznając więcej uprawnień samym zainteresowanym, zapewniając im szerszy zakres wysłuchania i zdolność postulacyjną, której brak TK wskazywał jako przyczynę orzeczenia niekonstytucyjności. Nawet jednak gdyby do zmiany k.p.c. w tym zakresie w ogóle nie doszło i nawet gdyby w 2007 r. SN miał równie dobitne stanowisko co do zbędności czy niedopuszczalności orzekania niekonstytucyjności w wyroku zakresowym (interpretacyjnym), jak w uchwale SN III PZP 2/09, zasługą wyroku TK - podobnie zresztą jak wszelkich wyroków interpretacyjnych, nawet wtedy, gdy SN odmawia ich honorowania - byłoby samo ujawnienie mechanizmu kreowania niekonstytucyjności traktowania osób ubezwłasnowolnionych, a także stwierdzenie (ocena), że brak uwagi dla tego, co ubezwłasnowolnieni piszą w listach do sądu, jest znamieniem niekonstytucyjnych zachowań sądu.

Interpretacyjny wyrok TK sygnalizuje, która z wielu norm tkwiących w kontrolowanej jednostce redakcyjnej i wydobywanych przez sądy jest niekonstytucyjna. To właśnie stwierdza wyrok interpretacyjny (zakresowy). Przywrócenia konstytucyjności można jednak oczekiwać zarówno w drodze działania ustawodawcy pozytywnego (gdy zmieni on tekst prawa, powodując, że zakwestionowana norma już nie da się wyczytać ze zmienionej jednostki redakcyjnej), jak i zmiany praktyki interpretacyjnej. Ta ostatnia możliwość zależy od sądów. Jeżeli zechcą tkwić w niekonstytucyjności - nikt im tego nie zabroni. Wtedy bowiem piłka jest na ich boisku. O fakcie niekonstytucyjności swojego odczytania przepisu poinformował ich wyrok interpretacyjny trybunału, a więc ciała, któremu ustrojodawca przyznał kompetencję do takiej oceny. Ale odpowiedzialność za własną interpretację, zgodną z konstytucją, ciąży także na sądach.

Punkt przecięcia dwóch prostych jest wspólny dla ich obu. To tłumaczy przynależność opisywanej sytuacji zarówno do sfery obowiązywania prawa (jako utrwalonej, powszechnej praktyki interpretacyjnej, nadającej stabilny, choć niekonstytucyjny sens normie), jak i sfery stosowania prawa. W przeciwieństwie do sądu Salomona, gdzie macierzyństwo mogło przysługiwać tylko jednej biologicznej matce, w wypadku interferencji kontroli konstytucyjności dokonywanej przez TK i działań wymiaru sprawiedliwości nic nie stoi na przeszkodzie, aby wysiłki na rzecz konstytucyjnej spójności prawa były podzielone, lecz synergiczne.

A ubezwłasnowolnienie? Mimo nowelizacji z 2007 r. nie przestaje być wyzwaniem dla prawników. W 2010 r. w sprawie Alajos Kiss (wyrok z 20 maja 2010 r.) Europejski Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu uznał naruszenie praw człowieka przez Węgry. Wnioskodawca był pozbawiony prawa wyborczego, co było refleksowym skutkiem jego ubezwłasnowolnienia (u nas podobny skutek przewiduje art. 62 konstytucji).

To zwłaszcza w świetle ratio legis ubezwłasnowolnienia, a także tego, co napisano w uzasadnieniu przegranej przez Węgry sprawy Kiss, musi być uznane za skutek nieproporcjonalnie drastyczny. Nie można bowiem en masse, bez oceny sytuacyjnej właściwej dla danego wypadku, pozbawiać praw publicznych z uwagi na chorobę. Zwłaszcza ważny jest argument odnoszący się do stereotypów kulturowych - jeśli ograniczenie praw podstawowych odnosi się do grupy szczególnie podatnej na napiętnowanie społeczne, doświadczającej w przeszłości dyskryminacji (np. kobiety, mniejszości rasowe i etniczne, mniejszości seksualne), wówczas państwo musi mieć niezwykle istotne powody, aby wprowadzać takie ograniczenia. W stosunku do niepełnosprawnych umysłowo (podobnie jak wobec innych wskazanych wyżej grup) istnieją warunkowane historycznie - często oparte na stereotypach - uprzedzenia skutkujące wykluczeniem społecznym. A to uniemożliwia m.in. dokonanie indywidualnej oceny pozbawienia prawa wyborczego konkretnej osoby ubezwłasnowolnionej.

Czy jednak wszyscy tak sądzą? Sądy kształtujące fatalną sytuację urzeczowienia ubezwłasnowolnionych - z pewnością nie (choć szkoda). A znaczenie stereotypu kulturowego dla korekty prawa w ogólności budzi u nas nieufność nie kogo innego, jak urzędującego ministra sprawiedliwości. Co paradoksalne, temu samemu stereotypowi wobec ubezwłasnowolnionych ulegają ci, którzy dążąc do liberalizacji prawa w zakresie np. związków partnerskich, pozostają w opozycji do ministra (w zakresie stereotypizacji ról genderowych). W projekcie ustawy o związkach partnerskich (został złożony w lutym tego roku do laski marszałkowskiej przez grupę posłów lewicowych i liberalnych) czytamy w art. 5, że zarówno ubezwłasnowolniony całkowicie, jak i częściowo nie może zawrzeć związku partnerskiego.

To rygor dalej idący niż w wypadku małżeństwa, w które nie mogą wstąpić jedynie całkowicie ubezwłasnowolnieni. To, że nie wie prawica, co czyni lewica, i na odwrót, to oczywiste, ale że nie wie lewica, co czyni lewica - to już trochę dziwne.

@RY1@i02/2012/109/i02.2012.109.070000600.803.jpg@RY2@

Fot. Shutterstock

Interpretacja konstytucyjności przepisów stwarza wiele konfliktów pomiędzy Trybunałem Konstytucyjnym a Sądem Najwyższym

@RY1@i02/2012/109/i02.2012.109.070000600.804.jpg@RY2@

Prof. Ewa Łętowska, rzecznik praw obywatelskich w latach 1987 - 1992, sędzia Naczelnego Sądu Administracyjnego w latach 1999 - 2002 i Trybunału Konstytucyjnego w latach 2002 - 2011

Prof. Ewa Łętowska

rzecznik praw obywatelskich w latach 1987 - 1992, sędzia Naczelnego Sądu Administracyjnego w latach 1999 - 2002 i Trybunału Konstytucyjnego w latach 2002 - 2011

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.