Adwokat diabła pilnie poszukiwany
I Mikołaj Kopernik, i Thomas Gresham opisali mechanizm znikania z rynku monety o większej zawartości kruszcu (a więc lepszej) oraz opanowania obrotu przez monetę lichą, czyli zawierającą mniej szlachetnego metalu. Bo pieniądz gorszy wypiera pieniądz lepszy. Nie inaczej jest w innych dziedzinach życia
Prawo europejskie na szeroką skalę w różny sposób promuje zjawisko naczyń połączonych. Robi to poprzez procedury certyfikacyjne dopuszczające towary i usługi na rynek europejski. Certyfikat bezpieczeństwa towaru czy zgodności z jakimś wzorcem wydany przez właściwe władze jednego z państw Unii jest ważny w obrębie całej Wspólnoty. Ten system będący pochodną ogólniejszych zasad - zakładając, że swobodny przepływ towarów, kapitału, pracowników wymaga niestwarzania przeszkód tej cyrkulacji - dobrze służy wolności przepływu, natomiast Unii pozwala na stworzenie wspólnego rynku i umiędzynarodowienie obrotu. Tyle że ma to jedną, paskudną wadę. Otóż założenie, że w każdym z krajów Unii - jako kraju demokratycznym - jakościowy poziom certyfikacji powinien być identyczny - jest idealizacyjną fikcją.
Niestety smętna uwaga Owidiusza z "Metamorfoz" "widzę i pochwalam to, co lepsze, lecz wybieram gorsze" idealnie opisuje wymianę dóbr i usług. Każdy nabywca chce przecież otrzymywać lepsze jakościowo świadczenia, jednak gdy sam jest sprzedawcą albo usługodawcą muszącym uzyskiwać certyfikacje, to pójdzie tam, gdzie łatwiej je osiągnąć, a umowy postara się zawierać w tym kraju Unii, który najsłabiej chroni konsumenta. Tak już jest, że wyrównanie poziomu w naczyniach połączonych zawsze odbywa się kosztem naczyń pełniejszych. Zjawisko to doskonale znane na tle prawa konsumenckiego UE nosi nazwę race to bottom i jest odmianą prawa Greshama odniesionego dla innej sfery stosunków niż obieg pieniądza kruszcowego.
Przed kilkoma laty byłam recenzentką przy nostryfikacji dyplomu doktorskiego uzyskanego na jednym z - skądinąd niezłych - niemieckich uniwersytetów. Ówczesne przepisy polskie wymagały procedury nostryfikacyjnej z naturalnymi u nas recenzjami, choć umowy dwustronne z Niemcami zakładały równoważność stopnia. Tak więc - pozornie - ta nostryfikacja nie była potrzebna, bo stopień był równoważny dzięki wspomnianej umowie międzynarodowej. Czyli wynik nostryfikacji niezależnie od oceny recenzenta był właściwie przesądzony. Ja też sarkałam na tę - jak mi się wówczas wydawało - zbędną formalność. A jednak nie całkiem miałam rację.
Praca była ewidentnie niedopracowana warsztatowo. Doktorant, promotor i placówka nadająca stopień - zawaliły sprawę. Mieli tytuł i nadzieję na łatwą certyfikację. I choć jakkolwiek z racji wspomnianej umowy międzynarodowej stopień musiał być ostatecznie uznany, to przeprowadzenie nostryfikacji dawało recenzentowi (i radzie naukowej, przed którą nostryfikację prowadzono) możliwość wyrażenia negatywnej oceny, kształtowania opinii środowiskowej, a nawet zawiadomienia o dostrzeżeniu, że dany uniwersytet prowadzi praktykę polegającą na zaniżaniu poziomu (race to bottom). Zatem nostryfikacja - nawet jeśli musiała kończyć się wymuszoną deklaracją równoważności stopnia - umożliwiała instytucjonalne kształtowanie oceny środowisk naukowych i krytykę uniwersytetów zaniżających poziom. Sytuacja ta uległa jednak zmianie. Wydano nowe przepisy, które zniosły obowiązek nostryfikacji. Obecnie stopień naukowy zdobyty na terenie Unii uznaje się z urzędu, z góry, na mocy automatycznie działającej ustawy. Tak więc wszystkie dyplomy unijne są traktowane równoważnie. Roma locuta, causa finita.
Oczywiście z punktu widzenia prawnych skutków właściwie niewiele się zmieniło, co więcej, niektórzy dostrzegają tu zbawienne uproszczenie prawa i umiędzynarodowienie nauki. Tym sposobem zerwano więź między opinią środowiskową a uznawaniem stopnia. Oczywiście opinia społeczna, renoma, nadal będzie się spontanicznie kształtowała, tyle że opinia i renoma utraciły miejsce i czas (etap nostryfikacji), w którym niejako nieuchronnie mogły się spotkać i wokół czegoś ukształtować. W konsekwencji rzadziej, wolniej i co gorsza przypadkowo dojdzie do ukształtowania się i rozpowszechnienia społecznej oceny rzetelności certyfikacji stopni naukowych. Jeżeli zatem owa ocena miała być gwarancją trzymania poziomu, to obecnie, przy automatycznym uznawaniu certyfikatu naukowego, gwarancji tej brak.
Wykluczając gwarancyjne przeciwdziałanie nacisku społecznego, można przewidzieć skutek: to po prostu wyścig ku dołowi (race to bottom). Wyrzucono instytucjonalną gwarancję - oddziaływanie imperio rationis. Zniesienie certyfikacji, jej upraszczanie, jest immanentnie związane z tym zjawiskiem. Oczywiście niewidzialna ręka rynku działa, tyle że wolno i przypadkowo. Problem dostrzegają nawet zwolennicy upraszczania i umiędzynarodawiania dyplomów. Starają się wprowadzić ujednolicenie mechanizmu uzyskania stopni naukowych, a wysiłki umożliwiające "ekwiwalencję porównawczą" przybierają postać dzielenia kształcenia (uzyskiwania stopni) na poszczególne etapy i parametryzowane i punktowane procedury. Ale tu czyha inne zagrożenie. Następuje bowiem autonomizacja poszczególnych wyodrębnianych etapów i formalizacja ocen. W efekcie w pracy magisterskiej czy doktorskiej już nie idzie o to, aby umieć postawić samodzielnie zagadnienie
badawcze, a następnie je obronić we właściwy sposób. Ten cel znika, został bowiem zastąpiony pokonywaniem kolejnych szczebli, które są oddzielnie rozliczane i oceniane. Tak więc to, co miało być lekarstwem na chorobę, pogłębia deficyt aksjologii. Ważny przestaje być efekt (nabranie odpowiedniej wiedzy i umiejętności), kluczowe staje się formalne przejście (zaliczenie i rozliczenie) poszczególnych etapów i procedur, ich sprawozdanie oraz zebranie niezbędnej liczby punktów.
Maleje przez to znaczenie i potrzeba wykorzystania - jako czynnika kontroli - wrażliwości aksjologicznej środowiska naukowego i jego przedstawicieli występujących w charakterze recenzentów. Uzyskiwanie stopni naukowych jest w tej sytuacji poddawane ocenom przede wszystkim z punktu widzenia formalnego legalizmu procedur. Umyka zaś sama możliwość oceny z punktu widzenia aksjologicznego celu uzyskania stopnia. Jest to sytuacja niebezpieczna dla etyki nauki, ponieważ wyznacza jej miejsce w sferze prywatnej, ograniczając tym samym wpływ na sferę publiczną. Osłabia znaczenie w dyskursie publicznym głosu aksjologicznej zorientowanej jednostki, dbającej o opinię środowiska. I dzieje się to tam, gdzie ów głos i dyskurs są gwarancją wywarcia presji (w pożądanym aksjologicznie kierunku) na nazbyt formalistycznie, schematyzacyjnie nastawione prawo i zawarte w nim procedury. Bo wypracowanie opinii, że uniwersytet X w państwie Y promuje (skądinąd za unijne pieniądze) marnych doktorów, jest stosunkowo szybkie w wypadku nostryfikacji. Gdy takiego forum brak, naturalne wyrobienie opinii jest - o czym już wspominałam - dłuższe, trudniejsze, bardziej przypadkowe.
Taka sytuacja stanowi także jednocześnie zagrożenie dla prawa jako takiego, gdyż legitymizuje niebezpieczną tendencję, tj. zerwanie w nim związku między regulacją i aksjologią. Bo chociaż od zawsze powtarza się, że prawo stanowione powinno przynajmniej w pewnym stopniu być aksjologią nasycone, to współczesna kazuistyka prawa, proceduralizacja, uczynienie go instrumentem standaryzacji w najrozmaitszych postaciach, akcentują formalną zgodność z wzorcem jako podstawą do uznania, że wszystko jest w porządku. Przy okazji uspokaja to sumienia prawników, mimo że cel tych wszystkich procedur i parametryzacji jakościowo pozostaje niespełniony.
Z tego, że jest prawny obowiązek traktowania czegoś jako równoważne, bynajmniej nie wynika, że to coś rzeczywiście jest równoważne. Ot, przypowiastka. Któryś z carów borykał się z trudnym przypadkiem przedłożonym do jego osądu. Jakiś nicpoń porwał pannę, a potem, aby uniknąć ślubu czmychnął za granicę. Zrozpaczona rodzina porzuconej dopraszała się sprawiedliwości. Co zrobił car? Po prostu wydał ukaz, który brzmiał: "pannę należy uznawać za dziewicę".
Opisana formalizacja prawa, wypychanie zeń aksjologii pod hasłem uproszczenia, przyspieszenia i potanienia regulowanych nim procesów, dotyczy nie tylko problemu certyfikacji stopni naukowych. Modne hasła deregulacji dostępu, outsourcingu, standaryzacji, pod którymi odbywają się dziś różne reformy ekonomiczne wykorzystujące prawo, kryją za sobą takie właśnie pułapki. Reformatorzy zmęczeni oporem przeciwników skłonni są przedstawiać nam wyłącznie w różowych barwach efekty własnych wysiłków. Dlatego jakoś wstydliwie przemilcza się istnienie race to bottom, jako efektu poszukiwania miejsca, gdzie uzyskanie upragnionego certyfikatu uwolniono od zbyt wygórowanych wymagań. Przemilcza się ciemne skutki formalizacji i obiektywizacji pokawałkowanego systemu prawa, gdzie ocenę merytoryczną zastępuje się automatyzmem - jest tyle i tyle punktów, to taki i taki etap zaliczony. Odpowiedzi mieszczą się w kratkach schematów, tak więc wszystko jest super. Wypracowanie maturalne też jest świetne, tylko dlatego że pojawiły się przewidziane w kluczu dla tego tematu słowa i zwroty etc. Tymczasem nie ma darmowych obiadów, reform bez skutków ubocznych, prawa bez efektów perwersyjnych. Ich przewidywanie, wykrywanie, opisywanie i neutralizowanie powinno być obligatoryjną częścią każdej reformy i jej prawnego oprzyrządowania.
Kościół katolicki mający za sobą wieki doświadczeń i wiedział co robi, powołując urząd adwokata diabła w procesie beatyfikacyjnym. Jego zadaniem jest oponowanie przeciw beatyfikacji i tzw. szukanie dziur w całym. Maria Teresa podobno przy każdej reformie fundowała sobie także takiego sprzeciwiacza. U nas wzięcie mają raczej potakiwacze i schlebiacze. Dlaczego nie brać przykładu z procesów beatyfikacyjnych? Warto się uczyć nie tylko na swoich błędach, ale i na cudzych pomysłach.
To, co miało być lekarstwem na chorobę, pogłębia deficyt aksjologii. Ważny przestaje być efekt, kluczowe staje się formalne przejście poszczególnych etapów i procedur, ich sprawozdanie oraz zebranie niezbędnej liczby punktów
@RY1@i02/2012/085/i02.2012.085.070000600.803.jpg@RY2@
fot. AFP East News
Obecnie stopień naukowy zdobyty na terenie Unii uznaje się z urzędu
@RY1@i02/2012/085/i02.2012.085.070000600.804.jpg@RY2@
prof. Ewa Łętowska, rzecznik praw obywatelskich w latach 1987 - 1992, sędzia Naczelnego Sądu Administracyjnego w latach 1999 - 2002 i Trybunału Konstytucyjnego w latach 2002 - 2011
prof. Ewa Łętowska
rzecznik praw obywatelskich w latach 1987 - 1992, sędzia Naczelnego Sądu Administracyjnego w latach 1999 - 2002 i Trybunału Konstytucyjnego w latach 2002 - 2011
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu