Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Aż strach się bać

28 czerwca 2018
Ten tekst przeczytasz w 30 minut

Jeśliby uznać, że formy rządzenia się społeczeństw w kulturze judeochrześcijańskiej mają cechy powtarzalności, to z pewnością jesteśmy teraz w czasach sędziów. Okres prorocki mamy bowiem zdecydowanie za sobą. Natomiast czasy wielkich autorytetów, na które orientowałaby się reszta społeczeństwa, już chyba minęły - dziś każdy najwyraźniej jest już dla siebie sterem i żeglarzem

Nie wiem, czy jakimś pocieszeniem może być nadzieja, że po sędziach nastąpi - jak w Starym Testamencie - epoka królów. Chyba dla niewielkiej grupki, bo my przecież "Nigdy z królami nie będziem w aliansach".

Mamy za to już dziś niezwykle rozbudowane sądownictwo powszechne (trójinstancyjne) i administracyjne (dwuinstancyjne). Do tego trzeba dodać Sąd Najwyższy i Trybunał Konstytucyjny. Na poziomie europejskim mamy Europejski Trybunał Praw Człowieka (Strasburg) i Trybunał Sprawiedliwości UE (Luksemburg). Do tego jeszcze Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze i tamże Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości. Chciałoby się powiedzieć: sędziów ci u nas dostatek...

Jak to drzewiej bywało

W XVIII wieku szlachta niespecjalnie przejmowała się zerwaniem kolejnego Sejmu. W końcu wszystko zostawało po staremu, ale kiedy pewnego roku - w czasach już stanisławowskich - nie ukonstytuował się wybierany co roku Trybunał Koronny w Lublinie, wydarzenie to zaniepokoiło współczesnych nie na żarty. Co prawda wybrani na sejmikach deputackich sędziowie zebrali się w Lublinie, ale z jakiegoś powodu nie podjęli działalności orzeczniczej i rozjechali się do domów. To było już bardzo poważne zmartwienie dla stron, które oczekiwały rozstrzygnięcia w konkretnej sprawie, z kolei państwo straciło tym samym swój główny sens.

Gwoli ścisłości historycznej warto dodać, że stolicą Rzeczpospolitej Obojga Narodów miał być Lublin, ale bracia Litwini ostatecznie się na to nie zgodzili. Skorzystała na tym Warszawa, a początkowo wieś Kamionek, gdzie po śmierci ostatniego Jagiellona zebrał się Sejm konwokacyjny, a następnie elekcyjny i tak powoli rosła warszawska stołeczność, której - jak dowodzi prof. Janusz Tazbir - nikt nigdy, aż do czasów II Rzeczypospolitej, nie zadekretował.

Tak więc nieco na otarcie łez Lublinowi dostał się po 1569 r. Trybunał Koronny dla Małopolski i początkowo także dla Litwy. Jednak do Lublina nie zjeżdżało się tylko po to, by załatwić swoje sprawy. Ponieważ nie było wtedy ani telewizji, ani gazet, do Lublina przybywało się także dla rozrywki. Z myślą o sądowej publiczności specjalnie budowano nawet domy. W końcu w Rzeczypospolitej to lex było rex, a nie odwrotnie - jak w krajach ościennych. Warto dodać, że szlachcic wręcz źle się czuł, jeśli nie miał w instancji swojej sprawy. I tak się dzieje do dziś - bo aczkolwiek naród nasz raczej postchłopski, to ambicje ma najwyraźniej postszlacheckie.

Sądzić się lubimy

Przyznam szczerze, że szósta pozycja Polski na liście państw, z których do Strasburga trafia najwięcej spraw, specjalnie mnie nie dziwi. Prym wiedzie Rosja, później jest Turcja, Ukraina i Rumunia - i to chyba też nikogo dziwić nie może. Ale że wyprzedzają nas na tej liście także Włochy, wprawdzie liczebniejsze - jest już pewnym zaskoczeniem. W końcu to kraj o ugruntowanej demokracji, ale z drugiej strony sądownictwo włoskie, najdelikatniej mówiąc, nie należy do przodujących w Europie. Skrajnie upolitycznione, w stałej frontalnej walce ze światem polityków, nie zbudowało sobie dotychczas wystarczająco silnego autorytetu, aby społeczeństwo nie musiało szukać sprawiedliwości poza granicami.

Nasz wymiar sprawiedliwości z pewnością nie jest upolityczniony tak jak włoski i w zasadzie pod tym względem chyba nie mamy sobie nic do zarzucenia. Co prawda różnie bywało z prokuraturą, ale mam nadzieję, że okres, w którym część prokuratorów miała ochotę awansować za pomocą politycznego lewarowania, mamy już trwale za sobą.

Natomiast z polskimi sędziami wszystko wydaje się pod tym względem w porządku. Powstanie na początku transformacji Krajowej Rady Sądownictwa, szybkie wprowadzenie zakazu przynależności do partii politycznych oraz łączenia z pozycją sędziego innych funkcji publicznych pozwoliły nam uniknąć przynajmniej włoskiego zaułka. Niestety nie ustrzegły dostatecznie przed innymi niedomogami. Strasburskie współczesne zwierciadło (było kiedyś Zwierciadło saskie) mówi nam coś o naszym wymiarze sprawiedliwości. Przede wszystkim dużo o stopniu społecznego zaufania, a raczej jego braku, do sądów. Ukazuje też rodzaj spraw, które do Strasburga trafiają i kończą się niekorzystnymi orzeczeniami dla państwa polskiego. Głównie chodzi tu o sprawy aresztowe i związane z przewlekłością postępowania. A zatem to nie polityczne uwikłanie - jak w przypadku Włochów - jest bolączką naszego sądownictwa.

Wydaje się, że winę w przypadku nieuzasadnionych aresztów ponosi przede wszystkim zła konstrukcja początku postępowania karnego. Kto właściwie jest odpowiedzialny za decyzję o areszcie? Formalnie sędzia, bo takie orzeczenie wydaje, ale ponieważ nie jest odpowiedzialny za całe śledztwo czy dochodzenie i ponieważ nie ma czasu z powodów organizacyjnych zagłębiać się w materię całej sprawy - decyzję o areszcie podejmuje on nie tyle na podstawie swojego dogłębnego rozpoznania, ale niejako w praktycznie wymuszonym zaufaniu do prokuratora merytorycznie prowadzącego sprawę. Niestety, prokurator, nie biorąc pełnej odpowiedzialności za areszt, może tym samym mieć lżejszą rękę w pisaniu wniosku o zastosowanie tymczasowego aresztowania. Cześć wniosków jest więc składana niejako na wyrost. W efekcie musi dochodzić do stosowania pewnej liczby aresztów nieuzasadnionych. Zresztą swego czasu opowiadano mi o pewnym asesorze, który gotów byłby podpisać areszt nawet w stosunku do siebie samego, gdyby taki dokument mu podsunięto. Asesorów na szczęście już nie mamy, ale sędziów z mentalnością urzędnika - który myśli tylko o tym, aby przypadkiem nie podpaść i nie zamknąć sobie drogi do szybkiego następnego awansu - chyba jeszcze nie zdołaliśmy się w pełni pozbyć. Remedium na niesłuszne areszty może być tylko takie:

albo pojawią się w naszym systemie sędziowie śledczy, co moim zdaniem byłoby tańsze i całkowicie naturalne,

albo funkcję pełnioną w międzywojniu przez sędziego śledczego nadal będą pełnić prokuratorzy (tak jak dziś), a ich będą z kolei kontrolować specjalni sędziowie do spraw śledztw (i tylko do śledztw), co będzie znacznie droższe i chyba z tych powodów nigdy albo przynajmniej bardzo długo jeszcze się nam nie zdarzy.

Mamy za to mniej przegranych spraw dotyczących warunków w aresztach. Dobre i to, ale generalnie trudno będzie uzyskać istotniejszy postęp, jeśli nie zreformujemy początku śledztwa. Chodzi przede wszystkim o wyraźne wskazanie gospodarza śledztwa, osoby w pełni za nie odpowiedzialnej.

Sąd nierychliwy

Nasz cały proces karny od strony dowodowej jest natomiast zbudowany na z góry zakładanej teoretycznej nieufności do policji i prokuratura. Można wręcz powiedzieć, że prokurator nie przeprowadza dowodów - co najwyżej je zabezpiecza. Właściwy proces dowodzenia prowadzony jest bowiem przed sądem.

Mści się tu oczywiście brak sędziego śledczego, który po prostu dowody przeprowadzał - a mogliśmy mieć do niego daleko głębsze zaufanie, bo był niezawisły - w przeciwieństwie do prokuratora, który niezawisły nie jest. Przy czym chciałbym podkreślić, że niezależność i niezawisłość to dwie, mało mające ze sobą wspólnego, instytucje prawne i wartości.

Myślę także, że pomimo wprowadzenia apelacji i kasacji w latach 90. nasza apelacja nadal pozostała rewizją. Apelacja polegała przecież na ponownym przeprowadzeniu postępowania dowodowego przez sąd II instancji, a kasacja wyłącznie na sprawdzeniu poprawności prawnej, kiedy już nie kwestionuje się ustaleń faktycznych sądu I instancji, a przedmiotem postępowania są wyłącznie zagadnienia prawne. Sąd apelacyjny z prawdziwego zdarzenia nie powinien uchylać sprawy do ponownego rozpoznania, ponieważ rozprawa musiałaby odbyć się przed nim od początku do końca, a przynajmniej w kwestionowanym zakresie przeprowadzona - chyba że jakieś fakty byłyby bezsporne. Byłoby to postępowanie drogie, ale i dla stron kosztowne, co oczywiście wyeliminowałoby wiele niepotrzebnych rozpraw, które dziś są ciągle rewizyjnymi.

Kolejna kwestia to sami sędziowie. Obecny system rekrutowania sędziów spośród prymusów (system kontynentalny), nie gwarantuje doboru na stanowiska sędziowskie prawników o odpowiednich predyspozycjach. Chodzi tu nie tylko o odpowiednią wiedzę, lecz także o umiejętności i postawy (kompetencje społeczne), których nie można wyuczyć metodami akademickimi - a tak są nadal przygotowywani u nas kandydaci do zawodu sędziego.

Z moich obserwacji wynika, że spośród dwudziestu aplikantów sądowych na sędziów nadaje się dwóch. Reszta ma podstawowe kłopoty z podejmowaniem decyzji. Brakuje im też innych talentów, np. nie potrafią współpracować na sali z pozostałymi uczestnikami procesu, nie mówiąc już o umiejętności współdziałania z innymi sędziami czy personelem administracyjnym - co też jest bardzo ważne. Nie pomogą tu żadne testy psychologiczne. Szkołą sędziów jest wyłącznie sala sądowa.

Jak można nauczyć się być sędzią, będąc tylko sędzią? Czy można uczyć się od siebie, czyli na własnych błędach? Do pewnego stopnia pewnie tak, ale sala sądowa to także miejsce aktywności prokuratorów i adwokatów, którzy obserwując sędziów, najlepiej uczą się być sędziami. I z nich właśnie powinni być rekrutowani sędziowie: do sądów pierwszej instancji ci, którzy lepiej się czują w problematyce ustaleń faktycznych, a do sądów kasacyjnych ci, którym lepiej leżą zagadnienia prawne.

Wydaje mi się, że to jest jedyna droga eliminowania z profesji sędziowskiej ludzi o mentalności urzędników. Osób postępujących zawsze według instrukcji płynących z góry i marzących o jak najszybszym awansie. A u nas jest naprawdę gdzie awansować - co najmniej cztery szczeble w górę w sądownictwie powszechnym, niewiele mniej w pionie administracyjnym, gdzie zwykle i tak trafiają byli sędziowie z sądów powszechnych. A jeszcze jest Trybunał Konstytucyjny i Luksemburg, i Strasburg, i... jeszcze, a może wreszcie, Haga.

Trudno uleczyć Strasburg

Tak naprawdę, trudno jest znaleźć diagnozę, która pozwoliłaby odkorkować Strasburg. Jeśli czeka tam do rozpoznania 120 tys. skarg obywateli objętej jurysdykcją ETPCz, to chyba wszystkie wcześniejsze reformy tego sądu były niedostateczne - a podejmowano ich już kilka, ostatnie niecałe dwa lata temu. Strach pomyśleć, co będzie, jeśli w końcu Unia Europejska ratyfikuje europejską konwencję, do czego obliguje ją traktat lizboński, i Strasburg naraz stanie sądem ważniejszym od Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości. Być może przybliży to nam zmierzch epoki sędziów i czasy królów. A jeśli już pojawią się królowie, którzy - jak wiadomo - nie odpowiadają przed sądami, to po jakimś czasie muszą się znowu objawić... prorocy. Bo kto ostatecznie miałby, a raczej śmiałby, napominać i pouczać królów?

Obecny system rekrutowania sędziów spośród prymusów (system kontynentalny) nie gwarantuje doboru prawników o odpowiednich predyspozycjach

@RY1@i02/2012/052/i02.2012.052.070000600.803.jpg@RY2@

fot. Corbis/FotoChannels

@RY1@i02/2012/052/i02.2012.052.070000600.804.jpg@RY2@

Jerzy Stępień sędzia, prezes Trybunału Konstytucyjnego w latach 2006 - 2008, Uczelnia Łazarskiego

Jerzy Stępień

sędzia, prezes Trybunału Konstytucyjnego w latach 2006 - 2008, Uczelnia Łazarskiego

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.