Autopromocja
Dziennik Gazeta Prawana logo
Opinie

Jak nie podbijamy świata

1 lipca 2018
Ten tekst przeczytasz w 5 minut

Polacy przechadzający się po Times Square w Nowym Jorku mogą poczuć się zdziwieni. Jeden z bardziej rzucających się w oczy sklepów ma całkiem swojski szyld - Inglot. To polska firma kosmetyczna, doskonale znana z naszych centrów handlowych. Firma, dodajmy, porządna, ale nie pozycjonująca się jakoś szczególnie wysoko. A tam, w NYC - elegancja wysokiej klasy, której prestiżu dodaje wyjątkowa lokalizacja.

Nie wiem, jak prosperuje nowojorski sklep firmy Wojciecha Inglota, ale tak czy inaczej bardzo rzadko w tak eksponowanych miejscach na świecie widzi się aktywność polskiego biznesu. Zagraniczna ekspansja rodzimych firm to temat na grube tomiszcze. Które byłoby raczej pełne opowieści o żmudnej rozbudowie biznesu niż historii podboju pod hasłem "zdobywamy świat".

Dlaczego tak się stało? W dużej mierze z przyczyn historycznych. Pomińmy już PRL z jego dziwaczną gospodarką i paroma państwowymi firmami, które, owszem, działały na świecie. Tylko kiedy socjalizm upadł, posypał się również biznes. Spadkiem po Polsce Ludowej był brak kapitału, brak kadry menedżerskiej i brak technologii. Czyli właściwie brak wszystkiego. Oczywiście firmy Leszka Czarneckiego, Jana Kulczyka czy Janusza Filipiaka zaistniały za granicą. Są też inne, mniej znane przykłady - paradoksalnym dowodem na docenienie w świecie produkcji wielkopolskiej firmy Novol (branża motoryzacyjna) były chińskie podróbki, które potrafiły się pojawiać na rynku jeszcze przed premierą oryginałów.

Ale ciągle można czuć niedosyt. Polski biznes to na świecie ciągle margines, a tacy Portugalczycy potrafili u nas zbudować sieć handlową, która - licząc razem z ich działaniami w rodzimym kraju - stała się ważnym graczem na skalę europejską. Wystarczyło skuteczne rozwijanie przedsiębiorstwa w dwóch tylko państwach. Trudno powiedzieć, czy Portugalczycy, budując potęgę nad Wisłą, mieli duże poparcie swojego rządu, wiem natomiast na pewno, że nasi przedsiębiorcy próbujący wyjść w świat byli osamotnieni. Polscy politycy przez całą zeszłą dekadę bali się kontaktów z biznesem jak ognia. Rezultat? Pewnie całe mnóstwo zaprzepaszczonych szans. Inaczej być nie może, jeżeli prezydentowi USA czy kanclerz Niemiec w ich podróżach zagranicznych towarzyszą setki przedsiębiorców, a do niedawna obok naszego prezydenta czy premiera widać było tylko paru smętnych gospodarczych oficjeli. Na szczęście przynajmniej to zaczęło się zmieniać.

Jednak niezależnie od tego polski biznes za granicą w paru przypadkach niejako sam w sobie nie spełnił pokładanych w nim nadziei. Ekspansja polskich instytucji finansowych na Wschód nie była tak spektakularna, jak można się było spodziewać. Wyprawa KGHM do Konga stała się przedmiotem dowcipów, trochę na otarcie łez po zmarnowanych milionach dolarów. Wreszcie Orlen i inwestycje w Niemczech, Czechach i na Litwie. O ile dwa pierwsze kierunki nie wzbudziły większych kontrowersji, o tyle ostatni stał się przedmiotem zażartych sporów i dyskusji na temat tego, czy była w tym jakaś polityka, czy nie. Sporów o tyle mało aktualnych, że biznesowa sytuacja Możejek zaczęła się prostować, ucichły sygnały o możliwej sprzedaży rafinerii. Ale kwestią otwartą pozostaje pozycja Orlenu w Europie Centralnej. Polski koncern jest jak średniodystansowiec, który z niezłym czasem przebiegł początek trasy, tylko do mety daleko. A rywale z Zachodu a także Węgrzy, Austriacy czy nawet Rosjanie, mocni, oj mocni...

Teraz na tapecie jest znów KGHM i jego inwestycja w kanadyjską firmę wydobywczą Quadra za blisko 10 mld zł. Poza jakimkolwiek sporem pozostaje to, że lubiński konglomerat musi się rozwijać poza Polską. U nas złoża miedzi za paręnaście lat się wyczerpią, a i tak jej kopanie w kraju jest horrendalnie drogie, między innymi dzięki radosnej twórczości kombinatowych związkowych kacyków. KGHM musi szukać innych pokładów, dopóki jeszcze czerpie gigantyczne zyski z działalności nad Odrą.

Tylko znowu coś tu nie gra. KGHM wszak pozostaje pod wpływem Skarbu Państwa, kanadyjską akwizycję pobłogosławiła rada nadzorcza firmy, która z tymże skarbem ma wiele wspólnego. I co? I nic. Nie ma satysfakcji z tego, że polska firma staje się dużym graczem na światowym rynku miedzi. Może być jej nie powinno, pomysł jest chybiony - jak wskazuje kilku analityków - a KGHM z Kanady powinien się wycofać. Tylko że klamka już zapadła, KGHM z determinacją pokonuje kolejne przeszkody do przejęcia Quadry. Wierzy w biznesowy sens przedsięwzięcia. Czy podobnie wierzy rząd, tego nie wiemy. A bądźmy szczerzy, bez poparcia polityków takie przejęcia zazwyczaj nie kończą się powodzeniem. Raczej pozostaje zupełnie niepotrzebne rozczarowanie, którego w przypadku wyjścia polskich firm za granicę i tak już doświadczyliśmy dosyć sporo.

@RY1@i02/2012/039/i02.2012.039.18600120a.802.jpg@RY2@

Marcin Piasecki, wydawca "Dziennika Gazety Prawnej"

Marcin Piasecki

wydawca "Dziennika Gazety Prawnej"

Dziękujemy za przeczytanie artykułu!
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.